Witajcie.

Dziś chcę poruszyć temat, który rozdziera serce, który dzieli ludzi, wywołuje kłótnie w telewizji i tysiące komentarzy w internecie. Temat, który stał się politycznym orężem, a w tym wszystkim gdzieś ginie najważniejszy głos – głos kobiety, która to przeżyła.

Mówię o aborcji.

Widzicie polityków w garniturach, którzy prześcigają się w górnolotnych hasłach. Jedni krzyczą: „Moje ciało, moja decyzja”, drudzy odkrzykują: „Życie od poczęcia, nie wolno zabijać!”. W telewizji to wygląda jak mecz, jak kolejna debata, w której chodzi o punkty do słupków poparcia. A ja wam dziś opowiem, jak to wygląda naprawdę – gdy nie siedzisz w studiu telewizyjnym, tylko we własnej kuchni, z pustką w oczach, łzami na policzkach i sercem pękającym na milion kawałków.

Bo ja wiem, jak to jest.

Ciemna strona przemocy

Wiecie, że po mojej drugiej ciąży miałam depresję poporodową. Pisałam wam już o tym. To była choroba, ale wtedy nikt tego tak nie nazywał – mówiło się, że kobieta jest „słaba”, że „nie daje rady”, że „przesadza”. Miałam dwoje dzieci i zamiast szczęścia czułam bezsilność i mrok.

Nie miałam ochoty na bliskość. Seks? To było ostatnie, na co miałam siłę i chęć. Ale mój partner miał inne zdanie. W przemocowych związkach to tak działa – liczy się on, jego potrzeby, jego prawa. Twoje ciało? To tylko narzędzie.

Pewnego dnia po prostu „wziął, co jego”. Bez pytania, bez mrugnięcia okiem. Ja nazywam to wprost – to był gwałt. Tak, gwałt od człowieka, z którym mieszkałam, który niby był ojcem moich dzieci. I z tego gwałtu powstała ciąża.

Strach i bezsilność

Nie chciałam tego dziecka. Wiem, że to brzmi brutalnie, ale taka była prawda. Wiedziałam, że z trójką dzieci sobie nie poradzę. Ledwo dawałam radę z dwójką. Nie miałam pieniędzy, nie miałam wsparcia, nie miałam zdrowia psychicznego.

A wtedy aborcja w Polsce była zakazana. Oficjalnie – nie do pomyślenia. Nielegalna. Ale kobiety i tak musiały sobie radzić.

Opowiedziałam wszystko mojej mamie. Pamiętam, że płakała ze mną, ale nie oceniała. Powiedziała tylko: „Córeczko, musimy coś zrobić”. To była jedyna osoba, która wtedy stanęła po mojej stronie.

Mama pomogła znaleźć lekarza, który zgodził się „po cichu” zrobić zabieg. Ale była jeszcze kwestia pieniędzy. Nie miałam umowy o pracę, pracowałam na czarno, więc nie mogłam liczyć na chorobowe ani żadne wsparcie.

Poszłam do swojej szefowej i przedstawiłam jej całą sytuację. Byłam gotowa, że mnie wyśmieje, że mnie wyrzuci. Ale ona… ona po prostu pożyczyła mi pieniądze. Na zabieg i na miesiąc życia. Dla mnie to były wtedy ogromne pieniądze – i ogromna ulga.

Badanie, które złamało serce

Przed zabiegiem lekarz kazał mi zrobić USG. Nie wiem, czy wiecie, ale w wielu krajach to standard – kobieta ma „zobaczyć, co usuwa”. To miało być tylko formalność.

Ale kiedy usłyszałam bicie serca, coś we mnie pękło. To był moment, w którym poczułam, że może nie dam rady. Że może jednak powinnam urodzić. Ale szybko wróciła rzeczywistość – brak pieniędzy, przemoc w domu, depresja.

I wiedziałam, że nie mam wyjścia.

Dzień zabiegu

W dniu zabiegu zadzwoniłam do partnera, żeby przyszedł po dzieci. Powiedziałam mu, gdzie ma się pojawić. Przyszedł – i wtedy dowiedział się, po co tam jestem. Był oburzony, gotowy na awanturę, ale ja nie dałam mu tej szansy. Zostawiłam mu dzieci i weszłam z mamą na klatkę schodową, która prowadziła do prywatnego mieszkania. Tam, w czterech ścianach, ginekolog „po cichu” usuwał ciążę.

Czekałyśmy w poczekalni. Pamiętam ten strach – taki, który paraliżuje całe ciało.

W pewnym momencie lekarz zapytał, czy możemy przepuścić inną pacjentkę. „Ona się spieszy, koleżanka czeka z jej dziećmi” – powiedział. Zgodziłyśmy się, bo przecież rozumiałam jej ból.

To był błąd.

Kiedy poszłam się przygotować, weszłam do łazienki. Prysznic był zakrwawiony. A w odpływie… zobaczyłam to, co przed chwilą usunięto tamtej dziewczynie. Płód. Tak po prostu – spłukany do kanalizacji.

Zaczęłam panikować. Chciałam uciec. Ale mama trzymała mnie za rękę. „Córeczko, już nie ma odwrotu” – powtarzała.

Usiadłam na fotelu ginekologicznym. Anestezjolog podał narkozę. Po wszystkim obudzili mnie – i od tamtej chwili nic już nie było takie samo.

Ból duszy

Nie chodziło nawet o fizyczny ból. O rany, o krwawienie. To dusza bolała najbardziej. Tydzień mieszkałam u mamy, bo nie mogłam dźwigać. Codziennie płakałam. Czułam się brudna, winna, zła.

Kilka dni później partner zrobił mi „przyjęcie niespodziankę” na urodziny. Zaprosił znajomych. Oni bawili się, pili, śmiali, a ja siedziałam w kącie i czułam, że krzyczę w środku. Chciałam tylko, żeby wszyscy zniknęli.

Po miesiącu wróciłam do pracy. Ale nadal krwawiłam. Szefowa, ta sama, która mi pomogła, zabrała mnie prywatnie do ginekologa. Okazało się, że mam zakażenie. Musieli mnie czyścić jeszcze raz. Kolejny ból. Kolejne upokorzenie.

Statystyki, które bolą

Kiedy dziś patrzę na liczby, aż ściska mi gardło.

👉 Według WHO co roku na świecie wykonuje się ponad 70 milionów aborcji.
👉 45% z nich to aborcje niebezpieczne – wykonywane w warunkach podobnych do tych, które opisałam.
👉 Każdego roku ponad 20 tysięcy kobiet umiera z powodu komplikacji po nielegalnych zabiegach.
👉 W Polsce – według raportów organizacji pozarządowych – nawet 150 tysięcy kobiet rocznie decyduje się na aborcję, choć oficjalne dane mówią o… kilkuset.

To pokazuje jedno – niezależnie od zakazów, kobiety i tak to robią. Bo czasem nie mają wyjścia.

Walka wewnętrzna

Przez lata nosiłam w sobie poczucie winy. W każde Wszystkich Świętych zapalałam świeczkę. Jedna zawsze była dla tego dziecka, które nie miało szansy przyjść na świat.

Czasem czułam złość – na siebie, na partnera, na cały świat. Czasem żal – że mogłam mieć kogoś jeszcze, kogoś bliskiego. Ale najczęściej czułam pustkę.

Bo aborcja nie znika z pamięci. To nie jest decyzja, którą podejmujesz i zapominasz. To jest cień, który idzie za tobą przez całe życie.

Lewica i prawica – obie strony medalu

Dziś, kiedy słyszę hasła lewicy – „moje ciało, moja decyzja” – zgadzam się. Ale dodaję: tak, to twoja decyzja, ale nie wolna od konsekwencji. Potrzebujemy psychologów, wsparcia, terapii.

A kiedy słyszę prawicę – „życie od poczęcia” – też rozumiem. Bo ja wiem, jak boli świadomość, że zabrałaś komuś życie. Ale dodaję: nie każdy ma wybór. Nie każdy ma siłę. Nie każdy ma wsparcie.

Moje przesłanie

Nie piszę tego, żeby się wybielać. Piszę, żeby ktoś, kto stoi dziś w podobnym miejscu, wiedział: nie jesteś sama.

Aborcja to dramat. To nie jest moda, to nie jest fanaberia. To walka o przetrwanie – psychiczne, fizyczne, życiowe.

Gdybym miała jedno życzenie, to chciałabym, żeby politycy przestali się przerzucać hasłami, a zaczęli słuchać. Słuchać kobiet. Słuchać historii takich jak moja.

Zakończenie

Dziś jestem inną kobietą. Silniejszą, choć z bliznami. Nadal boli, ale nauczyłam się żyć z tym bólem.

Chcę, żebyście wiedzieli jedno: jeśli ktoś wam powie, że aborcja to „łatwe rozwiązanie”, to kłamie. To najtrudniejsza decyzja w życiu kobiety.

I zostaje z nami na zawsze.

💬 A wy? Jak myślicie – czy w tej dyskusji jest jeszcze miejsce na empatię? Czy jesteśmy w stanie spojrzeć na drugiego człowieka bez oceniania, tylko z sercem?

📅 Jutro opublikuję post ku pamięci mojej mamy. Jeśli chcesz być ze mną na tej drodze – zasubskrybuj.

Posted in

2 responses to “Aborcja – moja historia i prawda, o której rzadko się mówi”

  1. Awatar some1
    some1

    Czym ma być tzw. „bezpieczna aborcja”?Że ginie jedna osoba, a nie dwie?Że ginekologa nie będzie ścigać policja za zabójstwo?A jeśli tzw. partner kiedyś zabije kobietę, bo powie, że „nie miał wyjścia”? Np. rozejdą się, a nie będzie chciał płacić alimentów, kiedy dzieci będą u niej (w większości sytuacji tak jest), to to będzie OK?Oczywiście nikomu tego nie życzę. Ale nie wolno mówić, że nie ma wyjścia i trzeba zabić dziecko.Niewinny człowiek nie pojawił się na świecie.Nie był on Twoim ciałem, ale był w Twoim ciele.Bardzo Tobie współczuję. Związałaś się z osobą, która nie wzięła odpowiedzialności. Nazywasz go partnerem, a nie mężem. To choroba naszych czasów.Trwałe małżeństwo jest jedynym prawdziwym zabezpieczeniem mężczyzny i kobiety, a także ich potomstwa.Bardzo współczuję wszystkim „partnerkom” oraz matkom i ojcom zabitych dzieci.Taki ból towarzyszy do końca życia… Ale pewne sprawy można postawić w świetle prawdy.Można odmienić życie, przebaczyć sobie, przebaczyć innym, uzyskać przebaczenie u Boga w spowiedzi świętej i zrzucić z siebie przynajmniej część ciężaru, zyskując nadzieję.

    Polubienie

    1. Awatar Eliza Siatkowska

      Dziękuję Ci za te słowa i za to, że podzieliłaś się swoim spojrzeniem z taką empatią. Rozumiem Twój punkt widzenia. Chciałabym tylko dodać, że moja historia wydarzyła się w latach 2000-nych – wtedy świadomość i wsparcie wyglądały zupełnie inaczej niż dziś. Dlatego dziś o tym piszę, by pokazać, z czym mierzyły się kobiety w tamtym czasie.

      Polubienie

Dodaj komentarz