Każdy ma w sobie coś z inżyniera.
Nie, nie chodzi o to, że potrafimy zbudować most albo naprawić kran (chociaż Grzegorz pewnie by się nie zgodził, bo on naprawdę potrafi 😅).
Mam na myśli to, że każdy z nas codziennie konstruuje coś własnego — życie, relacje, siebie.
Czasem wychodzi idealnie równo, a czasem… ściana się krzywi, bo fundamenty robiło się w pośpiechu.

Ale dziś opowiem Wam historię człowieka, który postanowił być pierwszy, nie wiedząc jeszcze, że zostanie niezapomniany.

Isambard Kingdom Brunel – człowiek, który wymyślił odwagę na nowo

Rok 1828.
Młody inżynier pisze słowa, które widzicie na tej karteczce:

> “Be the first engineer and an example for future ones.”



„Bądź pierwszym inżynierem i przykładem dla tych, którzy przyjdą po tobie.”
Nie brzmi to jak post motywacyjny z Instagrama, prawda? A jednak ma w sobie coś, co porusza.

Bo Brunel naprawdę był pierwszy.
Nie dlatego, że nikt przed nim nie budował mostów czy statków.
Ale dlatego, że miał odwagę budować inaczej — i nie przepraszać za to, że myśli po swojemu.

Zaprojektował m.in. Clifton Suspension Bridge (tak, ten sam, na którym byliśmy wczoraj) i SS Great Britain, czyli pierwszy na świecie statek parowy z żelaznym kadłubem.
W tamtych czasach to był kosmos.
Ludzie mówili, że żelazo nie uniesie się na wodzie.
Brunel im na to: „Patrzcie.”
I popłynął. Dosłownie.



SS Great Britain – cud, który narodził się z uporu

Dziś stoi dumnie w dokach Bristolu, odnowiony, błyszczący jak nowa moneta.
Aż trudno uwierzyć, że kiedyś zatonął, zardzewiał, a przez lata był tylko wrakiem, o którym mało kto pamiętał.
Został uratowany dopiero w latach 70., przywieziony z Falklandów i odrestaurowany.
Czyli dosłownie — wrócił do życia.

Patrząc na niego, miałam w głowie jedną myśl:
Nie ma takiego dna, z którego nie można wypłynąć.
Bo jeśli statek, który leżał na dnie oceanu, dziś znów błyszczy w słońcu, to znaczy, że wszystko da się odbudować.

Czasem człowiek też musi zejść na dno, żeby przypomnieć sobie, że potrafi się odbić.
I może właśnie dlatego tak lubię takie miejsca — one nie tylko uczą historii, ale też dają nadzieję.



My i Brunel – czyli dwa różne światy, jeden sens

Kiedy stanęliśmy z Grzegorzem przed tym gigantem, pomyślałam, że w sumie jesteśmy do niego trochę podobni.
On – żelazny, pełen blizn po sztormach, ale dalej stoi.
Ja – może mniej z żelaza, ale też po kilku życiowych burzach, które mogły mnie zatopić.
A jednak stoję.

Grzesiek jak zwykle udawał, że to tylko wycieczka, ale znam ten jego wzrok — to spojrzenie faceta, który też coś buduje.
Nie z cegieł, ale z wytrwałości.
Dom, rodzinę, siebie.

I tak chodziliśmy po pokładzie SS Great Britain, on oglądał śruby i nity, a ja myślałam o tym, że życie to w sumie ciągły remont.
Czasem trzeba coś przeszlifować, czasem wymienić część, która już nie działa.
A czasem – po prostu stanąć na pokładzie i powiedzieć: „Dobra. Płyniemy dalej.”

Brunel, który się nie poddał

Brunel nie był tylko geniuszem — był też człowiekiem, który popełniał błędy.
Wielkie projekty, jeszcze większe porażki.
Niektóre jego pomysły kosztowały majątek i doprowadziły go do ruiny.
Ale on nigdy nie przestał próbować.

I tu jest coś, co powinniśmy sobie powtarzać codziennie:
Nie ma sukcesu bez kilku katastrof po drodze.

Bo jeśli czekasz, aż wszystko będzie idealne, to nigdy nie odpłyniesz z portu.
A statek stoi w porcie tylko po to, żeby zardzewieć.



Psychologia z pokładu: czyli jak nie zgubić siebie w drodze

W psychologii mówi się o tzw. growth mindset — nastawieniu na rozwój.
To znaczy, że zamiast mówić „nie potrafię”, mówisz „jeszcze się uczę”.
I dokładnie tak żył Brunel.

Nie wiedział, jak coś zrobić – więc wymyślał.
Nie miał wzoru – więc tworzył własny.
I za każdym razem, kiedy coś mu się waliło, wracał do tego, co napisał jako młody chłopak:
„Bądź przykładem dla przyszłych.”

To zdanie można odnieść do wszystkiego.
Bo bycie przykładem nie znaczy, że masz być idealna.
Znaczy, że idziesz dalej, nawet jak się boisz.
Że ktoś, kto patrzy na ciebie — może pomyśleć: „Skoro ona dała radę, to ja też mogę.”



Statek, który przypomina o nas samych

Patrzyłam na tę ogromną konstrukcję i pomyślałam, że człowiek jest trochę jak ten statek.
Z zewnątrz wygląda solidnie, błyszczy, a w środku – trochę rdzy, trochę starych śrub, trochę pamiątek po sztormach.
Ale dopóki w środku jest serce, dopóki coś napędza ten silnik — to dalej płynie.

My też mamy swoje fale – rachunki, zmęczenie, plany, które nie zawsze wychodzą.
Ale potem przychodzi taki dzień, jak ten w Bristolu.
Dzień, kiedy patrzysz na historię kogoś, kto był przed tobą i myślisz:
„Dobrze. Może nie jestem Brunel, ale buduję swoje.”



A może właśnie o to chodzi?

Może szczęście to nie stan, tylko proces?
Jak statek – nigdy nie stoi w miejscu, bo woda zawsze się rusza.
I nawet jak czasem faluje, to nie znaczy, że się tonie.
Czasem to po prostu znak, że płyniesz w dobrą stronę.



Kiedy wychodziliśmy z doków, Mąż powiedział:
– Wiesz, że ten statek ma ponad 180 lat?
– Wiem. I dalej się trzyma. – odpowiedziałam.
– No właśnie. Ty też – dodał i uśmiechnął się tym swoim spokojnym, cichym uśmiechem.

I pomyślałam wtedy, że jeśli kiedyś ktoś miałby napisać o nas jedno zdanie, chciałabym, żeby brzmiało tak:
„Zbudowali swoje życie po swojemu. I nie bali się płynąć pod prąd.”




Bo może nie jesteśmy inżynierami, ale każdego dnia budujemy coś ważnego.
A najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że nie trzeba być Brunelem, żeby zostawić po sobie ślad.
Wystarczy być sobą.
Do końca. ❤️

Posted in , ,

Dodaj komentarz