🇵🇱 Opis

Osobisty, literacki list emigrantki do Polski z okazji 11 listopada. O tęsknocie, wolności, historii i dorosłych wyborach, które czasem każą świętować niepodległość z daleka. Poruszająca refleksja o miłości do Ojczyzny na odległość.

🇬🇧 Description

A deeply emotional, literary letter from an emigrant to Poland on November 11th. A story of longing, freedom, history, and the adult choices that sometimes force us to celebrate independence from afar. A heartfelt reflection on loving a homeland from a distance.
👇scroll down for English 👇

🇵🇱 Polsko,

Piszę do Ciebie z miejsca, które nie pachnie jesienią, mokrymi liśćmi i dymem z ognisk. Piszę z kraju, gdzie listopad ma inną barwę i inny smak. Gdzie nikt nie wychodzi tego dnia na ulice, gdzie powietrze nie drży od śpiewu hymnu, a ludzie nie patrzą na siebie z dziwnym rodzajem porozumienia, które w Polsce pojawia się tylko raz w roku.

Piszę, bo tym razem mnie tam nie było.
Piszę, bo 11 listopada minął mi w biegu — nie w rytmie marszu, ale w rytmie odlotów i obowiązków.
Piszę, bo w tym roku nie mogłam być w tłumie, który tak bardzo kocham.

Kiedy tego dnia wstałam, było jeszcze ciemno. Noc lizała krawędzie okien, a świat budził się bez pośpiechu. Tylko ja miałam w sobie ten rodzaj gorączki, który pojawia się zawsze wtedy, kiedy czujesz, że coś ważnego dzieje się właśnie poza tobą. Lotnisko tętniło rutyną, a ja — stawałam się jej częścią, choć serce biło w zupełnie innym rytmie.

Weszłam na terminal i pierwszy raz tego dnia poczułam ukłucie tęsknoty — ostre, konkretne, boleśnie znajome.
Bo w tym samym czasie, kiedy ja wkładałam torbę na taśmę kontroli bezpieczeństwa, w Polsce ludzie prostowali plecy, zapalali znicze, przypinali flagi do płaszczy i stawali w miejscach, które znam od dziecka.

Widziałam to oczami wyobraźni: ojcowie z dziećmi na ramionach, matki poprawiające biało-czerwone kotyliony, młodzież śmiejąca się nieco głośniej niż wypada, starsi ludzie z tym specyficznym błyskiem dumy, który noszą tylko ci, którzy naprawdę pamiętają, czym jest brak wolności.

A ja stałam w kolejce do bramki, słysząc w głowie:

„Jeszcze Polska nie zginęła.”

I uwierz mi — żadne lotnisko na świecie nie jest w stanie zagłuszyć tego śpiewu, kiedy rodzi się w środku człowieka.



Polsko, wybacz, że tego dnia mnie nie było.

Nie uciekłam od Ciebie.
Nie zapomniałam.
Nie schowałam się przed historią ani przed flagą.

Po prostu… musiałam być tam, gdzie mnie wzywało życie.
Musiałam wracać do pracy 12 listopada.
Musiałam podjąć dorosły wybór, ten, przed którym tak wiele osób wciąż ucieka — wybór rozsądku nad emocjami.

Ale powiem Ci coś:
rozsądek nie wyklucza tęsknoty.
One potrafią współistnieć.
I to właśnie czuję — jednocześnie dumę, że żyję, pracuję, walczę, tworzę tam, gdzie mnie los rzucił…
i żal, że nie mogłam stanąć wśród Twoich ludzi w dniu, który jest Twój, który jest nasz.


Pamiętasz, Polsko, jak kiedyś bałaś się tego dnia?

Jak przez lata zakazywano Ci świętować 11 listopada, jak nakładano na Ciebie milczenie?
Jak próbowano Ci wmówić, że nie wolno Ci być dumną ze swojej wolności, że wolność jest niebezpieczna?

A potem — jak odbiłaś ją sobie?
Jak wróciłaś na ulice, na place, do serc?

To zawsze mnie w Tobie wzrusza.
Ta upartość.
Ta niezłomność.
Ta zdolność, by wstać, otrzepać się i podnieść flagę, jakbyś nigdy jej nie upuściła.

Wiesz, że tabloidy na świecie znów o Tobie pisały?
Że znów pokazywano Twoje ulice pełne ludzi, Twoje morze flag, Twoją dumę?
Raz podziwiano, raz krytykowano — jak zawsze.
Ale nikt nie przeszedł obojętnie.
Widać to było zwłaszcza w materiałach, które obiegły świat — zdjęcia z Warszawy, komentarze o tysiącach ludzi, którzy przyszli, by powiedzieć jedno wielkie:

„Pamiętamy.”

Ja też pamiętam.
Nawet jeśli stałam wtedy w kolejce do samolotu.



Polsko, tęsknię za Tobą najbardziej wtedy, gdy Cię opuszczam.

Kiedy drzwi samolotu się zamykają, czuję, jak coś we mnie chce zawrócić.
Jak jakaś część mnie próbuje powiedzieć:
“Jeszcze chwilę. Jeszcze jeden krok w Twoją stronę.”

Jest we mnie ta dziwna, dziurawa przestrzeń, która uaktywnia się zawsze, kiedy wyjeżdżam z Tobą w sercu, a nie pod stopami.
Bo emigracja to nie tylko życie w innym kraju.
To życie w dwóch krajach jednocześnie.
Jednym fizycznie, drugim emocjonalnie.
Jednym w ciele, drugim w pamięci.

I tak jak rozum mówi mi:
„Musisz wrócić do pracy”,
tak serce szepcze:
„Chciałabym być tam jeszcze dzień.”


Polsko, chcę coś przyznać — tęskniłam tego roku bardziej niż zwykle.

Może dlatego, że coraz częściej rozumiem, że niepodległość to nie tylko święto.
To nie tylko historia z książki, nie tylko marsz, nie tylko flagi.

To prawo do tego, by być sobą.
By wybrać własną drogę.
By zmienić życie.
Wyjechać.
Zostać.
Szukać.
Odnaleźć.
Upaść i podnieść się znowu.

Paradoksalnie — dopiero gdy jesteś daleko, zaczynasz rozumieć, że wolność to nie miejsce.
To decyzja.



Polsko, pozwól, że opowiem Ci o mojej podróży.

Kiedy samolot startował, niebo było jeszcze granatowe.
Miasto pod nami wyglądało jak rozsypany worek świateł.
A ja — jak zawsze — zamknęłam oczy, żeby nie zobaczyć, jak się oddalam.

W powietrzu wszystko było dużo cichsze niż zwykle.
Jakby nawet silniki mówiły:
„Dziś 11 listopada. Szanujmy to.”

Zastanawiałam się wtedy, ile ludzi w tej samej chwili idzie z flagą.
I czy ktoś z nich pomyśli o kimś takim, jak ja — kimś, kto kocha Polskę na odległość.

Czy emigranci też mają prawo do patriotyzmu?
Czy tęsknota wystarczy?
Czy miłość jest ważniejsza, gdy jest blisko, czy wtedy, gdy musi pokonywać tysiące kilometrów?

Pomyślałam o tym długo.
I doszłam do wniosku, że może właśnie my — Ci, którzy wyjechali — nosimy Polskę najgłębiej.
Bo nosimy ją tam, gdzie nie ma jej nikt inny: w sobie.


Polsko, ja Cię nie straciłam.

Nawet jeśli czasem czuję, że oddalam się od Twoich ulic, Twoich głosów, Twojej historii — Ty nadal jesteś tam, gdzie bije moje serce.

Bo serce emigranta jest jak walizka, która nigdy się nie domyka — zawsze coś z niego wystaje.
Często właśnie flaga.



Polsko, obiecuję coś.

Jeśli tylko będę mogła — wrócę któregoś roku i pójdę w tłumie.
Zaśpiewam hymn.
Podniosę flagę.
Poczuje chłód powietrza i ciepło wspólnoty.

Ale jeśli znów nie będę mogła —
to i tak będę świętować.

Bo niepodległość nie jest tylko wydarzeniem.
Jest stanem ducha.



I dziś, kiedy kończę ten list, mówię Ci coś, czego nie powiedziałam Ci nigdy głośno:

Dziękuję.

Za to, że mam gdzie wracać.
Za to, że wiem, kim jestem.
Za to, że nauczyłaś mnie wstawać, nawet gdy życie mnie przewraca.
Za to, że mogę Cię kochać z daleka.

I za to, że kiedy mówię “Polska”, moje serce wie dokładnie, co ma robić.

Polsko, jesteś domem nawet wtedy, gdy jestem daleko.

Tłum 11 listopada – serce Polski bijące jednym rytmem, nawet gdy patrzę z daleka.
The November 11th crowd – the heartbeat of Poland, pulsing even from afar.

🇬🇧Dear Poland,

I’m writing to you from a place that does not smell like November — not the way you do.
There is no scent of cold air mixed with chimney smoke.
No wet maple leaves crushed under hurried boots.
No echo of a familiar anthem carried across a crowded street.

I’m writing to you from far away,
from a country where November is only a month, not a memory.
Where people don’t stop or gather or lift flags.
Where the date “11th November” means nothing unless you explain it twice.

I’m writing because this year, I wasn’t there.
And it feels strange to admit it — strange and heavy.

While your streets filled with white-and-red flags,
while children painted their cheeks with colors of freedom,
while old men stood straighter than usual with the kind of pride only they understand,
I was… in an airport queue.
A boarding pass in my hand instead of a flag.
A suitcase instead of a candle.

And my heart — somewhere between.



Poland, I missed you the moment I stepped away.

This year I had to leave early in the morning.
Duty called — the kind that doesn’t negotiate, the kind that insists.
I had to be back at work on the 12th, and life rarely adjusts its rhythm to our emotions.

So while you prepared for the day that shaped who you are,
I walked through the bright, cold terminal air,
carrying a kind of sadness only emigrants truly understand.

Airports are strange places on national holidays.
They have no patriotism, no memory, no history.
Just departures and arrivals,
and people like me — torn between two worlds.

At the security line,
as my bag rolled away from me on the belt,
I heard a whisper rise in my mind:

“Jeszcze Polska nie zginęła.”
“Poland has not yet perished.”

And I realized something simple and painful:

You can take a person out of Poland,
but you cannot take Poland out of a person.



A little piece of your history for the world…

I thought about you while I waited for the plane.
About that day in 1918 when you finally exhaled after 123 years of suffocation.
About the signatures, the armistice, the moment the chains fell — even if the world didn’t notice at once.

I thought about Piłsudski stepping onto the stage of history,
about the people who whispered your name in secret for generations,
about those who kept your language alive
when speaking it could cost them everything.

The world wrote about you again this year.
Headlines reported your marches,
your crowds,
your national pride that refuses to be quieted.

Some praised you.
Some criticized you.
But no one ignored you.

And that’s the mark of a nation that has survived the impossible.



Poland, forgive me for not being there.

Not because I don’t love you.
Not because I forgot.
Not because I’ve turned into someone who waves your flag only online.

But because sometimes
life demands practical choices,
and adulthood forces us to be somewhere we didn’t choose,
on days when our heart would choose differently.

This year I was needed elsewhere.
Needed by my job.
Needed by my responsibilities.
Needed by the life I built — one that grows far from home.

But my absence was not a betrayal.
It was a necessity.

And necessity is often the most painful kind of loyalty.



**You should know something, Poland —

distance does not weaken love.**

If anything, it sharpens it.

Sometimes I think emigrants love you in a strange, deeper way —
because we love you through longing.
We don’t have daily reminders of you,
we don’t walk past your buildings,
don’t hear your language in the supermarket,
don’t smell your bakeries in the morning.

We carry you in memory only,
and memory — when it is all you have — becomes sacred.



Let me tell you about my journey that morning.

When the plane took off, the sky was still dark blue.
The world below was a glitter of golden dots —
as if you were waving at me with your city lights.

I closed my eyes.
Not because I wanted to sleep,
but because watching myself drift away from you always hurts a little.

Up there, above the clouds,
everything feels quieter.
Even the engines hum differently.
Almost as if they, too, know the weight of the date.

I wondered how many people were already gathering,
holding flags,
calling each other,
saying:
„Do zobaczenia pod pomnikiem.”
“See you under the monument.”

And I wondered if someone,
anyone,
ever thinks about people like me.

People who love their country from a distance.
People who carry it, invisible, in the chest,
without fanfare,
without being noticed,
without standing in crowds —
but with a fire much harder to extinguish.



Poland, I need you to understand something.

I did not lose you when I moved away.
I didn’t trade you for anything else.
I didn’t replace you.
You are not a closed chapter.

You are the opening page of every chapter that came after.

Because the truth is simple:

Home is not where you live.
Home is where your heart refuses to forget.

And my heart refuses to forget you.


**You should know —

I longed for you more this year.**

Maybe because every year I grow more aware of what freedom really means.
It’s not just parades.
Not just history lessons.
Not just flags on tall poles.

Freedom is the right to choose your life.
To leave.
To return.
To search.
To build again from nothing.
To fall apart and stand up taller.

Ironically,
it’s only when you’re far from home
that you truly understand freedom.

Because freedom is an internal compass,
not a physical address.



**Poland,

I want to give you something —
a promise.**

If life allows it,
I will return one year,
stand in your streets,
lift your flag,
and let the anthem melt into my bones.

But if I cannot —
if duty calls again,
if responsibilities drag me elsewhere —
know this:

I will still celebrate you.

Because independence is not a parade.
It’s a memory.
A spirit.
A choice.

And I choose you.
Every time.
Even from thousands of miles away.



Thank you, Poland.

For giving me an identity
that distance cannot erase.

For teaching me resilience
so deeply that even oceans cannot weaken it.

For letting me carry you across borders
without needing a passport to justify it.

For being the home
that exists inside me
even when I am not walking your streets.

You are my beginning.
You are my echo.
You are the place my heart stands
even when my feet stand elsewhere.

Poland,
you are still my home.
Always.

Posted in , , , , ,

Dodaj komentarz