🇵🇱 Polska wersja — Jestem Eliza i mam talent do wpadania w życiowe chaosy – i wyciągania z nich lekcji. Nie udaję, że wiem wszystko, ale wiem jedno: warto żyć po swojemu. Ten blog to miejsce dla tych, którzy lubią szczerość, śmiech przez łzy i trochę zdrowego sarkazmu zamiast idealnych filtrów. Dla Polek i Polaków w Polsce i na emigracji Zapraszam do komentowania na blogu – najbardziej aktywne osoby zgarną moją książkę The Best of the Worst zupełnie za darmo. — 🇬🇧 English version: — Hi, I’m Eliza I have a real talent for falling into life’s chaos… and turning it into lessons. I don’t pretend to know everything, but I do know one thing: it’s worth living your own way. This blog is for those who appreciate honesty, laughter through tears, and a healthy dose of sarcasm instead of perfect filters. It’s a space for Poles at home and abroad — for everyone who’s tired of pretending and ready to just be real. Join the conversation on my blog — the most active readers will get my book The Best of the Worst completely free 📚💥
Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby mnie puścić na żywo w internecie, wybaczcie już wiem to bylam ja 😅 i chyba powinnam dostać medal. Albo przynajmniej darmową kawę ode mnie dla mnie. ☕ Bo gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będę siedzieć przed kamerą i gadać do telefonu – bez przygotowania, bez planu, bez sensu – to bym się roześmiała tak, że aż by mi się tusz rozmazał.
A jednak. Stało się. Włączyłam pierwszego live’a.
Nie dlatego, że miałam coś ważnego do powiedzenia. Nie. Po prostu chciałam zobaczyć, jak to działa. Test. Nic więcej.
No i zobaczyłam.
☕ Kiedy piszę – jestem poważna.
Kiedy mówię – nie potrafię być poważna.
To jest ta dziwna sprzeczność we mnie.
Jak siadam do pisania, to wszystko we mnie cichnie. Piszę o emocjach, o życiu, o ludziach, o sobie – serio, głęboko, czasem aż boli. A jak tylko otworzę usta, to… koniec powagi. Humor wchodzi sam, jakby miał do mnie klucz i nawet nie pukał.
Nie potrafię być poważna, kiedy mówię. Zawsze mi się coś włączy: ironia, sarkazm, śmiech. Czasem próbuję się powstrzymać, ale to silniejsze ode mnie.
I to jest właśnie śmieszne – kiedy piszę, ludzie płaczą. Kiedy mówię, ludzie się śmieją. A ja wciąż jestem tą samą osobą, tylko w innej wersji.
🎥 Live, który był o niczym
Nie było żadnego planu, żadnej kartki, żadnego „dzisiaj porozmawiamy o…”. Włączyłam kamerę, patrzę na siebie i myślę: „No dobra, to teraz co?” 😅
I zaczęłam gadać. Trochę o niczym, trochę do siebie, trochę się śmiałam, trochę nuciłam. Bo tak już mam – jak nie wiem, co powiedzieć, to nucę.
To był typowy ja-moment: zero planu, zero scenariusza, ale z sercem.
Nie było tam żadnej wielkiej mądrości, żadnej nauki o życiu, żadnego przesłania. Było po prostu prawdziwie.
💬 Ludzie wchodzili i wychodzili – a mnie to bawiło
To był mój ulubiony moment. Patrzę – licznik pokazuje, że ktoś wszedł. Po chwili – wyszedł. Za chwilę ktoś nowy. I tak cały czas.
Nie wiedziałam, czy się znudzili, czy może właśnie zadzwonił im czajnik, ale za każdym razem chciało mi się śmiać.
Normalny człowiek pomyślałby: „O nie, tracę widzów!” A ja: „Spoko, może poszli po kawę. Pewnie wrócą.” 😂
To było jak siedzenie w kawiarni, gdzie ludzie wchodzą, patrzą, uśmiechają się i wychodzą – a ja nadal gadam. Bo po co przerywać?
📱 Ludzie starej daty kontra nowoczesność
No i tu zaczyna się najzabawniejsze.
Nie wiedziałam, że live’a nie można zatrzymać. Serio. Myślałam: „Zatrzymam na chwilę, zobaczę lajki, sprawdzę, kto tu w ogóle jest, i wrócę”.
Na szczęście nie zatrzymałam, bo pewnie wszystko by zniknęło. Ale w głowie już miałam plan: „Dobra, jak nie widzę lajków, to może wyłączę i włączę od nowa?”
Ludzie starej daty tak mają. 😅 My nie lubimy, jak coś nie działa tak, jak powinno. Ale zamiast się denerwować – po prostu się śmiejemy i próbujemy dalej.
Bo my się wychowaliśmy w czasach, kiedy jak telewizor nie działał, to się w niego pukało. Więc jak coś nie klika na Facebooku, to człowiek instynktownie ma ochotę zrobić to samo.
😂 Humor – ten, który zawsze mnie ratuje
Ja naprawdę chciałam być poważna. Miałam w głowie, że powiem coś mądrego, może coś motywującego. Ale wyszło jak zawsze.
Zaczęłam się śmiać z samej siebie. Z tego, jak siedzę przed telefonem i próbuję wyglądać profesjonalnie, a tymczasem gadam o niczym i jeszcze nucę jak jakaś ciocia na imieninach.
Ale wiecie co? To było najlepsze, co mogłam zrobić.
Bo humor mnie ratuje. Nie śmieję się, bo mi wesoło. Śmieję się, żeby nie zwariować. Bo czasem to jedyny sposób, żeby przetrwać.
🧠 Lekcje z live’a, który nic nie wniósł (a jednak wniósł wszystko)
1. Nie muszę mieć planu. Czasem wystarczy być sobą.
2. Nie muszę widzieć lajków, żeby wiedzieć, że ktoś się uśmiechnął. Wystarczy, że ja się śmieję.
3. Nie trzeba mówić mądrze, żeby mówić prawdziwie. Autentyczność zawsze wygra z perfekcją.
4. Nucenie to też forma komunikacji. Może nieco dziwna, ale przynajmniej szczera. 🎶
5. Ludzie starej daty też mogą robić live’y. Tylko muszą mieć więcej cierpliwości niż telefon ma baterii.
❤️ Zaskoczenie, które przyszło po
Po zakończeniu tego live’a (czy raczej „testu na cierpliwość”) byłam pewna, że się ośmieszyłam. Ale nie. Zamiast wstydu – przyszła radość.
Bo zrozumiałam, że mnie to naprawdę bawi. Że mogę być sobą, nieudolnie, chaotycznie, bez planu – i że to wystarczy.
Nie potrzebuję skryptu, filtra ani perfekcyjnego kadru. Wystarczy kawa, luz i trochę śmiechu.
📆 I co dalej?
Za tydzień – w sobotę 25-10-2025 o 17:00 – robię kolejnego live’a. Tym razem może się przygotuję… a może znowu nie. Zobaczymy.
Ale wiem jedno – zrobię to z sercem, tak jak zawsze. Bo to już nie jest tylko test. To jest coś, co zaczynam lubić.
I nawet jeśli znowu będę gadać o niczym, to przynajmniej będę robić to z przekonaniem i uśmiechem. 😅
🎯 Na koniec
Nie wiem, czy ten pierwszy live coś zmienił w świecie. Ale na pewno zmienił coś we mnie.
Zrobiłam coś, czego się bałam. Nie uciekłam. Nie wyłączyłam. Nie przestałam mówić, nawet kiedy nie wiedziałam, o czym mówię.
I to jest dla mnie ogromny krok.
Więc jeśli jesteś kobietą, która myśli, że nie da rady, że się nie nadaje, że się wstydzi – zrób jak ja. Włącz. Powiedz cokolwiek. Nawet jeśli to „cokolwiek” zamieni się w nucenie.
Bo czasem właśnie z niczego rodzi się coś.
🩷 Do zobaczenia w sobotę o 17:00. Nie wiem jeszcze, o czym pogadamy, ale wiem, że będzie śmiesznie, prawdziwie i po naszemu. Bez planu, bez presji, bez udawania. Z kawą, humorem i odrobiną chaosu – czyli dokładnie tak, jak lubię.
🌿 Czasem milczenie mówi więcej niż tysiąc słów.🌿 Sometimes silence speaks louder than a thousand words.
📖 🇵🇱🇬🇧 Tekst dostępny w dwóch językach: Najpierw wersja polska, a poniżej English version – scroll down to read in English. 🌍✨
Piszę. Piszę w pociągu, w pracy, na przystanku, czasem nawet w toalecie, bo tam nikt nie puka do drzwi mojego spokoju. Piszę, gdy się wkurzę. Piszę, gdy jestem szczęśliwa. Piszę, gdy nie wiem, co czuję, bo wtedy słowa same mnie prowadzą, jakby wiedziały więcej niż ja.
Zdarza się, że trzymam telefon w rękach i palce same wystukują litery. Czasem nie pamiętam, co napisałam. A potem, gdy wracam do tego tekstu po kilku godzinach, czytam i płaczę. Bo dopiero wtedy widzę, jak bardzo to było o mnie, choć próbowałam udawać, że piszę o „ludziach ogólnie”.
Papier — albo raczej ekran — nie zadaje pytań. Nie ocenia, nie przerywa, nie przewraca oczami. Papier po prostu przyjmuje wszystko.
I może właśnie dlatego stał się moim najlepszym terapeutą.
Nie zrozum mnie źle — mam prawdziwego psychologa. Takiego z dyplomem, spokojnym głosem i umiejętnością słuchania w ciszy. Ale nawet on, po tych wszystkich sesjach, kiedyś powiedział: – Pisanie to dla pani wentyl. Proszę tego nie zatrzymywać.
Nie zatrzymuję. Bo wiem, jak to jest milczeć za długo.
Pierwszy raz poszłam do niego po tym, jak świat mi się rozjechał. Niby nic spektakularnego – żadnego rozwodu, wypadku czy tragedii. Po prostu któregoś dnia obudziłam się i poczułam, że nie chce mi się już żyć tak, jak do tej pory. Nie chciało mi się udawać, że wszystko jest w porządku. Nie chciało mi się być twardą. Nie chciało mi się wciąż „ogarniać”, jakby życie było projektem, a ja kierownikiem budowy własnego bólu.
On, czyli mój psycholog, zaproponował na początku konsultację z psychiatrą, żeby rozważyć leki. – Nie chcę zaburzać swojego myślenia – odpowiedziałam od razu. – Ja nie chcę przestać czuć, ja chcę zrozumieć.
I wtedy pierwszy raz od dawna ktoś nie próbował mnie przekonać, że przesadzam. Nie mówił: „weź się w garść”, „inni mają gorzej”, „bądź wdzięczna, że masz pracę, dzieci, dach nad głową”. On po prostu kiwnął głową i powiedział: – Dobrze. Zaczniemy od zrozumienia.
Nie wiedział, że to słowo stanie się moją obsesją na dwa lata.
Zrozumienie. Jakby można było wyjąć siebie spod żeber, położyć na stole i rozłożyć na części, żeby sprawdzić, co nie działa.
Przez pierwsze miesiące gadałam głównie o innych. O rodzicach, o pracy, o mężu. O tym, kto mnie zranił, kto zawiódł, kto nie rozumie. Aż któregoś dnia powiedział: – A co pani czuje, kiedy to mówi?
Pamiętam, że parsknęłam śmiechem. – Jak to co? Złość. Wkurzenie. Rozczarowanie. – A pod spodem? – dopytał.
I wtedy coś we mnie pękło. Nie potrafiłam odpowiedzieć. Bo pod spodem było… nic. Pustka. Tak długo żyłam reagowaniem na innych, że zapomniałam, jak to jest czuć siebie.
Wróciłam wtedy do domu i zamiast włączyć serial, sięgnęłam po notatnik. Napisałam pierwsze zdanie, potem drugie, potem dziesięć kolejnych. I nagle poczułam, jak z każdym słowem spływa ze mnie napięcie.
Nie analizowałam, nie planowałam. Po prostu pisałam. Wszystko: o złości, o wstydzie, o tym, że nienawidzę swojego odbicia w lustrze, o tym, że chciałabym czasem po prostu zniknąć, a potem wrócić już inna. Lepsza. Cichsza.
Od tamtej pory piszę zawsze, gdy coś mnie dopada. Złość, radość, strach, tęsknota — wszystko trafia na papier. Bo kiedy nie wiem, co czuję, słowa wiedzą za mnie. One są jak mapa emocji, które próbowałam latami ignorować.
W pracy, między jednym zadaniem a drugim, czasem zapisuję jedno zdanie w notatkach: „Nie chce mi się być dzisiaj człowiekiem.” Albo: „Dlaczego nikt nie widzi, jak bardzo się staram?”
Czasem piszę w pociągu, między hałasem a ciszą, kiedy w szybie widzę swoje odbicie i nie wiem, czy ta kobieta z siatkami i zmęczonym spojrzeniem to ja, czy ktoś, kto tylko udaje, że nad wszystkim panuje.
A czasem piszę w środku nocy, kiedy cały dom śpi, a ja mam wrażenie, że duszę się własnymi myślami. Wtedy stawiam kropkę, odkładam telefon i czuję ulgę. Jakby ktoś w końcu zdjął ze mnie ciężar.
Ale najtrudniejszy moment przychodzi zawsze później — wtedy, gdy to czytam.
Czytanie własnych słów to jak zaglądanie sobie w oczy. Nie zawsze się da. Bo kiedy widzisz na czarno napisane: „Nie potrafię siebie lubić”, to już nie możesz udawać, że wszystko gra.
Zdarza się, że czytam swoje teksty po kilka razy. Nie dlatego, że jestem perfekcjonistką. Tylko dlatego, że za każdym razem rozumiem więcej. Pierwszy raz – emocje. Drugi – myśli. Trzeci – prawdę.
Czasem dopiero po tygodniu dociera do mnie, że w zdaniu, które napisałam od niechcenia, ukryłam największy krzyk.
Bo człowiek najgłośniej krzyczy wtedy, gdy pisze szeptem.
Na terapii uczyłam się tego samego, tylko bez długopisu. Zamiast pisać – mówiłam. Zamiast czytać – słuchałam siebie.
Zajęło mi to dwa lata. Dwa lata rozbierania siebie na kawałki i składania od nowa. Bez leków, bez gotowych odpowiedzi, bez „zrób to, a będzie dobrze”.
Mój psycholog nigdy mnie nie oceniał. Nie mówił, że coś robię źle. Czasem tylko powtarzał: – Proszę być dla siebie łagodna.
Na początku mnie to irytowało. Bo jak tu być łagodną dla kogoś, kogo przez lata miało się ochotę udusić? Dla siebie — tej, która się boi, która zawala, która zawsze czuje się „nie dość”.
A potem zrozumiałam, że ta „nie dość” to właśnie ja. I że nie mogę jej ciągle karać za to, że nie jest kimś innym.
Któregoś dnia dostałam komentarz pod jednym z moich tekstów. Kobieta napisała: „Kiedy zaczynamy siebie kochać? ”
Czytałam to pytanie kilka razy. Bo przecież to pytanie zadawałam sobie przez większość życia. Tylko nigdy go nie napisałam.
Kiedy? Kiedy przestanie boleć? Kiedy przestanę się porównywać? Kiedy wreszcie zrozumiem, że nie muszę być idealna, żeby zasługiwać na spokój?
Nie umiałam jej wtedy odpowiedzieć. Bo nie ma jednej daty, jednego dnia, jednego momentu, w którym człowiek budzi się rano i mówi: „Od dziś kocham siebie.”
To się dzieje po cichu. Wtedy, gdy pierwszy raz nie mówisz do siebie „idiotko”. Gdy pozwalasz sobie odpocząć, zamiast cisnąć do upadłego. Gdy wybierasz siebie, nie tłumacząc się nikomu. Gdy przestajesz przepraszać za to, że jesteś emocjonalna, zmęczona, wrażliwa.
Bo miłość do siebie nie jest romantyczna. Jest codzienna. I cholernie trudna.
Dziś, kiedy patrzę wstecz, widzę, że to, co nazywałam „pisaniem”, było po prostu moją próbą zrozumienia. Nie świata. Siebie.
Każdy tekst, który napisałam, był jak rozmowa z moją duszą. Każda łza, która spadła na ekran telefonu, była jak dowód, że coś we mnie nadal żyje. Że nie zgniłam emocjonalnie, choć przez lata próbowałam udawać, że nic mnie nie rusza.
Pisanie stało się moim lustrem. Nie upiększa, nie kłamie, nie filtruje. Ale pokazuje coś, czego nie widzi nikt inny — mnie prawdziwą.
Może kiedyś odpowiem na to pytanie: „Kiedy zaczynamy siebie kochać?”
A może nie muszę. Może wystarczy, że każdego dnia próbuję siebie rozumieć. Bo zanim człowiek nauczy się kochać, musi się najpierw usłyszeć. I to właśnie robię — pisząc.
Piszę, żeby się usłyszeć. Czytam, żeby zrozumieć. I płaczę, żeby się oczyścić.
Bo papier naprawdę przyjmie wszystko. Ale tylko ja mogę nadać temu znaczenie.
✨ Nie wiem, czy już siebie kocham. Ale wiem, że już siebie nie nienawidzę. A to, jak na początek, brzmi całkiem nieźle.
😷 Czas pandemii – czas, który zmienił nas wszystkich.😷 Pandemic times – a period that changed us all.
🇬🇧 Paper Accepts Everything
I write. I write on the train, at work, at the bus stop—sometimes even in the bathroom, because that’s the only place no one knocks on the door of my peace. I write when I’m angry. I write when I’m happy. I write when I don’t know what I feel, because that’s when the words start leading me—as if they know more than I do.
Sometimes I hold my phone, and my fingers just start typing. Sometimes I don’t even remember what I wrote. And then, when I return to it a few hours later, I read—and cry. Because only then do I realize how deeply it was about me, even though I pretended it was about “people in general.”
Paper—or rather, the screen—doesn’t ask questions. It doesn’t judge, interrupt, or roll its eyes. Paper simply accepts everything.
And maybe that’s why it became my best therapist.
Don’t get me wrong—I do have a real psychologist. One with a degree, a calm voice, and that rare ability to listen in silence. But even he, after all our sessions, once said:
> “Writing is your release valve. Please, don’t stop.”
And I haven’t. Because I know what it’s like to stay silent for too long.
The first time I went to him was when my world quietly fell apart. Nothing dramatic—no divorce, no accident, no tragedy. I just woke up one day and realized I didn’t want to keep living the way I had been. I didn’t want to keep pretending everything was fine. I didn’t want to keep being “strong.” I didn’t want to keep “managing,” as if life were a project and I were the site manager of my own pain.
He, my psychologist, suggested I see a psychiatrist first—to consider medication.
> “I don’t want to disrupt my thinking,” I said immediately. “I don’t want to stop feeling. I want to understand.”
And for the first time in years, someone didn’t try to convince me I was overreacting. He didn’t say: “Pull yourself together,” “Others have it worse,” or “Be grateful—you have a job, children, a roof over your head.” He just nodded and said:
> “Alright. We’ll start with understanding.”
He didn’t know that word would become my obsession for the next two years.
Understanding. As if you could take yourself out from under your ribs, lay yourself on the table, and take yourself apart to see which piece isn’t working.
For the first few months, I mostly talked about other people. My parents. Work. My husband. Who hurt me, who failed me, who didn’t understand. Until one day he asked:
> “And what do you feel when you say that?”
I remember laughing.
> “What do I feel? Anger. Frustration. Disappointment.” “And underneath that?” he pressed.
And something inside me cracked. I couldn’t answer. Because underneath… there was nothing. Just emptiness.
I had spent so long reacting to everyone else that I’d forgotten what it felt like to feel myself.
That evening, instead of turning on a series, I reached for my notebook. I wrote one sentence, then another, then ten more. And suddenly, with every word, I felt the tension melt away.
I didn’t analyze. I didn’t plan. I just wrote. Everything—about anger, about shame, about how I hated my reflection in the mirror, about how sometimes I wanted to disappear and come back different. Better. Quieter.
Since then, I write whenever something hits me. Anger, joy, fear, longing—it all ends up on paper. Because when I don’t know what I feel, the words know for me. They are like a map of emotions I’ve spent years trying to ignore.
At work, between one task and another, I sometimes type a single line in my notes:
> “I don’t feel like being a human today.” Or: “Why does no one see how hard I’m trying?”
Sometimes I write on the train, between noise and silence, when I see my reflection in the window and wonder if that tired woman with shopping bags is really me—or just someone pretending to be in control.
And sometimes I write in the middle of the night, when everyone’s asleep and I feel like I’m suffocating under the weight of my own thoughts. Then I put down a full stop, set my phone aside, and feel relief— as if someone had finally lifted the burden off me.
But the hardest part always comes later—when I read it.
Reading your own words is like looking yourself in the eye. And sometimes you just can’t. Because when you see it written down—
> “I don’t know how to like myself.” —you can’t pretend everything’s fine anymore.
I sometimes read my texts over and over. Not because I’m a perfectionist. But because every time, I understand more. The first time—emotion. The second—thought. The third—truth.
Sometimes it takes a week to realize that the line I wrote carelessly was actually a scream. Because people scream the loudest when they write in a whisper.
Therapy was the same process, just without the pen. Instead of writing—I spoke. Instead of reading—I listened to myself.
It took me two years. Two years of taking myself apart and putting myself back together. Without medication, without shortcuts, without “do this and you’ll be fine.”
My psychologist never judged me. He never said I was doing something wrong. Sometimes he only repeated:
> “Be gentle with yourself.”
At first, it irritated me. Because how can you be gentle with someone you’ve wanted to strangle for years? With yourself—the one who’s scared, who fails, who always feels not enough.
But then I understood. That “not enough” is me. And I can’t keep punishing her for not being someone else.
One day, I got a comment under one of my posts. A woman wrote:
> “When do we start loving ourselves?”
I read it several times. Because that was the question I’d been asking myself my whole life— I’d just never written it down.
When? When does it stop hurting? When do I stop comparing myself? When do I finally understand that I don’t need to be perfect to deserve peace?
I didn’t know how to answer her. Because there’s no single date, no morning when you wake up and say:
> “From today, I love myself.”
It happens quietly. When, for the first time, you don’t call yourself an idiot. When you let yourself rest instead of pushing through. When you choose yourself without apologizing. When you stop saying sorry for being emotional, tired, sensitive.
Because self-love isn’t romantic. It’s daily. And it’s damn hard.
Today, looking back, I see that what I called “writing” was really my way of trying to understand— not the world, but myself.
Every text I’ve written was a conversation with my soul. Every tear that fell on my phone screen was proof that something in me was still alive. That I hadn’t rotted emotionally, even though I’d spent years pretending nothing touched me.
Writing became my mirror. It doesn’t beautify, doesn’t lie, doesn’t filter. But it shows something no one else can see — the real me.
Maybe someday I’ll be able to answer that question:
> “When do we start loving ourselves?”
Or maybe I don’t need to. Maybe it’s enough that I try to understand myself every day. Because before you learn to love yourself, you have to learn to hear yourself.
And that’s what I do—when I write.
I write to hear myself. I read to understand. And I cry to cleanse.
Because paper really does accept everything. But only I can give it meaning.
✨ I don’t know if I love myself yet. But I know I don’t hate myself anymore. And for a start, that sounds pretty damn good.
📖 🇵🇱🇬🇧 Tekst dostępny w dwóch językach: Najpierw wersja polska, a poniżej English version – scroll down to read in English. 🌍✨
Zawsze brakowało go w moich opowieściach, prawda? Pisząc o dzieciństwie, o mamie, o dorastaniu i wszystkich burzach, które przechodziłam, zawsze omijałam temat taty szerokim łukiem. Nie dlatego, że chciałam go pominąć. Po prostu… nie wiedziałam jak. Bo jak napisać o kimś, kogo jednocześnie się kocha i boi? Jak mówić o człowieku, który był surowy, czasem brutalny, a mimo to zostawił w sercu coś więcej niż strach?
Tata. Samo to słowo kiedyś ściskało mnie w gardle. Bo z jednej strony był moim pierwszym bohaterem, tym, który wszystko wiedział, wszystko potrafił, naprawiał, organizował, utrzymywał nas, walczył o każdy grosz. A z drugiej – był kimś, kto nauczył mnie, jak boli niezrozumienie.
Dziś wiem, że żeby zrozumieć jego historię, trzeba zejść głęboko. Nie w fakty, ale w emocje. Nie w to, co się wydarzyło, tylko dlaczego. Bo on nie był złym człowiekiem. Był po prostu człowiekiem, który nie potrafił być ojcem w sposób, jakiego potrzebowałam. I wiecie co? Dziś już mu tego nie wypominam. Bo wiem, że robił, co potrafił, z tym, co miał.
Od zawsze był tym „twardym” rodzicem. Nie było u niego miejsca na słabość, łzy, czy rozmowy o uczuciach. W domu rządził ton głosu, nie emocje. A ja, jako dziecko, nie rozumiałam, że za tą twardością krył się lęk. Lęk przed tym, że nie da rady. Lęk przed tym, że zostanie sam. Lęk przed tym, że zawiedzie.
Kiedy mama odeszła, został z nami sam – z dwoma nastolatkami i długami, z codziennością, której nie da się zatrzymać, z rachunkami, które nie czekają. Nie był przygotowany. Żaden mężczyzna nie jest przygotowany na to, że jego świat się rozpadnie, a mimo to będzie musiał wstać rano i ugotować obiad. Więc ugotował. Po swojemu. Z nerwami, z gniewem, z krzykiem, ale jednak ugotował. Bo to był jego sposób na przetrwanie.
Pamiętam, jak czasem mówił: „Trzeba być twardym, nie miękkim.” I wierzył w to święcie. Tylko że ja nie byłam twarda. Ja byłam emocją w czystej postaci – wrażliwa, płaczliwa, z głową w chmurach i sercem w chaosie. Więc zderzenie było gwarantowane. On chciał mnie wzmocnić, ja czułam, że mnie łamie. On chciał mnie ochronić, ja miałam wrażenie, że mnie niszczy. I tak się mijaliśmy – przez lata, przez całe dzieciństwo, aż w dorosłość.
Wiecie, jak to jest, kiedy człowiek nie potrafi mówić o uczuciach? Zamiast „kocham” wychodzi mu „zawiodłem się”. Zamiast „martwię się o ciebie” wychodzi „czy ty zawsze musisz robić po swojemu?”. Zamiast przytulić – odsuwa się. Bo bliskość parzy tych, którzy nigdy jej nie doświadczyli.
On naprawdę wierzył, że wychowuje mnie na silną kobietę. A ja przez lata wierzyłam, że po prostu nie zasługuję na miłość. I dopiero dziś rozumiem, że oboje byliśmy ofiarami własnych przekonań.
Nie chcę, żebyście pomyśleli, że był potworem. Bo nie był. Był człowiekiem, który nie potrafił inaczej. Którego świat nauczył, że facet ma być twardy, że emocje są dla kobiet, że płacz to wstyd. I jak potem taki człowiek ma nagle stać się czułym ojcem? Jak ma nauczyć córkę, czym jest miłość, skoro sam jej nigdy nie dostał w takiej formie?
Czasem myślę, że mój tata był jak niedokończony obraz – pełen barw, ale pomieszanych. Artysta chaosu, który sam nie rozumiał, co maluje. Ale wiecie co? To on stworzył mnie. Z tych wszystkich kontrastów, z gniewu i czułości, z krzyku i milczenia. Bez niego nie byłoby mnie – tej, która dziś potrafi pisać o uczuciach, choć kiedyś się ich bała. Kiedy byłam nastolatką, marzyłam, żeby mnie zauważył. Nie jako „tę młodszą”, „tę trudną”, ale po prostu jako Elizę. Chciałam, żeby zapytał, co czuję, dlaczego płaczę, dlaczego milczę. Ale on nie wiedział, jak zapytać. Więc robił to po swojemu – gniewem. A ja odpowiadałam buntem.
Pamiętam, jak raz położył mi rękę na ramieniu, kiedy wróciłam z jakiejś szkolnej imprezy. Nie powiedział nic. Po prostu dotknął. Wtedy pierwszy raz pomyślałam: „On się martwi.” I to było dla mnie więcej warte niż jakiekolwiek „kocham cię”. Długo żyłam z przekonaniem, że mnie nie kochał. Że wszystko, co robił, było przeciwko mnie. Aż dorosłam. I zobaczyłam w jego oczach coś, czego wcześniej nie rozumiałam – strach. Strach, że mnie straci. Strach, że nie potrafi naprawić tego, co popsuło się między nami. Strach, że za późno. Bo zawsze jest za późno, kiedy człowiek przez pół życia ucieka przed emocjami.
Kiedyś słyszałam, że „ojciec to pierwszy mężczyzna, który łamie serce swojej córce, ale też ten, który uczy ją, jak potem się podnieść”. I myślę, że w moim przypadku to prawda. Złamał, ale i nauczył. Zranił, ale i ukształtował. Nie słowami, tylko doświadczeniem.
Wiem, że w oczach wielu , którzy to czytają był tyranem. Ale ja widzę w nim człowieka, który walczył – z życiem, z samym sobą, z przeszłością, z oczekiwaniami, z własnym sercem, które pewnie nie raz krzyczało „dość”. Nie umiał mówić o uczuciach, więc zamienił je na obowiązki. Nie umiał okazywać miłości, więc okazywał ją czynami. Kupił coś, naprawił, zorganizował. I w ten sposób mówił: Zależy mi. Tylko ja wówczas słyszałam: Musisz.
A dziś wiem, że każdy z nas kocha na tyle, na ile potrafi. Nie ma jednego języka miłości – są ich miliony. Jego językiem była troska, ukryta pod surowością. Moim – emocje, które długo nie miały gdzie się podziać. Czasem patrzę na niego teraz – starszego, cichszego, jakby pogodzonego z życiem. I widzę człowieka, który w końcu się zatrzymał. Nie krzyczy już. Nie musi udowadniać. Chyba w końcu zrozumiał, że nikt nie wymagał od niego perfekcji. Ja też nie. Wystarczyło, żeby był. A był – zawsze. Nawet jeśli jego obecność bolała, to była.
Zresztą… czy nie o to chodzi w życiu? Żeby w końcu zrozumieć, że nikt nas nie skrzywdził „z premedytacją”? Że ludzie ranią, bo sami są poranieni? Że krzyk często jest językiem bólu, a milczenie – wołaniem o pomoc?
Dziś, kiedy o nim piszę, nie czuję złości. Czuję ciepło. Takie inne niż dawniej – spokojne, łagodne. Czuję wdzięczność. Za lekcje, które dostałam. Za charakter, który we mnie zbudował. Za tę upartość, która nieraz ratowała mi życie. Były w jego życiu kobiety – każda inna, każda zostawiła po sobie ślad. I każda z nich widziała w nim coś, czego ja długo nie dostrzegałam – dobro. To ukryte pod grubą warstwą gniewu. To, które przebijało się w małych gestach. I myślę, że obie go naprawdę kochały. Ale z kimś, kto nie ufa światu, nie da się zbudować trwałego domu. Z kimś, kto raz został zniszczony przez miłość, nie da się kochać w pełni. Więc kiedy to wszystko się rozsypało, nie byłam zdziwiona. Bo on zawsze był bardziej samotny niż wyglądał. Czasem myślę, że tata i ja jesteśmy do siebie podobni bardziej, niż chciałabym przyznać. Upartość, nieufność, potrzeba kontroli – to wszystko mam po nim. I choć kiedyś się tego wstydziłam, dziś widzę w tym siłę. Bo jeśli on nauczył mnie czegokolwiek, to tego, że nawet z bólu można coś zbudować. Że można być niedoskonałym i wciąż kochać. Że można się mylić, a mimo to próbować dalej. Że można nie umieć mówić o uczuciach, a mimo to czuć głęboko.
Tata nigdy mnie nie przeprosił. Nie powiedział też, że żałuje. Ale ja wiem, że żałuje. Widziałam to w jego oczach. W tych momentach, gdy patrzył na mnie tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział jak. I to wystarczy. Nie potrzebuję słów. Czasem cisza jest większym wyznaniem niż tysiąc zdań. Przebaczenie przyszło do mnie powoli. Nie w jednym momencie. Nie po jakiejś terapii czy rozmowie. Po prostu – któregoś dnia wstałam i poczułam, że nie chcę już dźwigać jego błędów na swoich barkach. Że to nie jest moja wina, że nie umiał być innym ojcem. Że nie muszę już udowadniać, że jestem warta miłości. Bo zawsze byłam. Tylko nikt mnie tego nie nauczył.
Odpuściłam. I w tym odpuszczeniu było więcej miłości, niż w całym moim wcześniejszym życiu. Bo zrozumiałam, że przebaczenie to nie „zapomnieć”, tylko pozwolić sobie iść dalej. Kiedy dziś o nim myślę, widzę mężczyznę, który całe życie próbował być kimś, kim nigdy nie pozwolono mu być – sobą. Wychowany w przekonaniu, że facet musi być silny, twardy, nieustępliwy, zapomniał, że siła to nie krzyk, tylko spokój. Ale jak miał to wiedzieć, skoro nikt mu tego nie pokazał?
Może ja jestem pierwszym pokoleniem, które uczy się inaczej. Które łamie schemat. Które mówi o emocjach bez wstydu. I może właśnie to jest największy prezent, jaki mogę mu dać – że zatrzymam ból na sobie, nie przekażę go dalej. Tata nie był złym człowiekiem. Był po prostu człowiekiem, który nie wiedział, jak żyć inaczej. A ja dziś nie chcę go oceniać. Chcę go rozumieć. Bo rozumienie leczy lepiej niż gniew.
I wiesz co, tato? Jeśli to kiedykolwiek przeczytasz – dziękuję. Za wszystko. Za krzyk, który nauczył mnie słuchać ciszy. Za surowość, która nauczyła mnie empatii. Za chłód, dzięki któremu dziś wiem, jak ważne jest ciepło. Za każdą łzę, która sprawiła, że teraz umiem płakać bez wstydu.
Nie mam już w sobie żalu. Mam tylko spokój. I miłość – taką dojrzalszą, spokojniejszą, bez oczekiwań. Bo wiem, że zasługujesz na pamięć, nie za to, że byłeś idealny, ale za to, że jesteś. Że wciąż tu jesteś – z tym samym spojrzeniem, z tą samą upartością, z tym samym sercem, które nigdy nie przestało próbować.
A ja dziś mogę w końcu powiedzieć: było warto. Bo gdybyś był inny, ja też byłabym inna. A ja w końcu lubię tę wersję siebie, którą stworzyłeś – trochę pokręconą, trochę szaloną, ale prawdziwą. Tato, nie musisz już nic naprawiać. Nie musisz już nic udowadniać. W moim sercu już jesteś naprawiony. I całe szczęście, że nadal mogę Ci to powiedzieć. ❤️
📞 Jeśli jesteś ojcem, który sam wychowuje dzieci – nie wstydź się prosić o pomoc. Nie musisz być twardy przez cały czas. Masz prawo się zmęczyć, pogubić, potrzebować rozmowy.
👉 Telefon zaufania dla mężczyzn: +48 608 271 402 👉 Centralne Stowarzyszenie Obrony Praw Ojca i Dziecka: csopoid.pl 👉 Rzecznik Praw Obywatelskich – infolinia: 800-676-676
I pamiętaj: POMYŚL O SOBIE. Bo kiedy Ty jesteś spokojny i zadowolony, wszyscy wokół Ciebie też będą. ❤️
👨👩👧👦 Rodzina — nie zawsze idealna, ale zawsze prawdziwa.👨👩👧👦 Family — not always perfect, but always real.
🇬🇧
He was always missing from my stories, wasn’t he? When I wrote about my childhood, my mother, my growing up, and all the storms I went through, I always avoided the topic of my father. Not because I wanted to erase him. I simply… didn’t know how.
Because how do you write about someone you both love and fear? How do you speak about a man who was strict, sometimes harsh, yet left behind something more than fear?
Dad. That word used to tighten my throat. Because on one hand, he was my first hero — the one who knew everything, could fix anything, kept us afloat, fought for every penny. And on the other he was the man who taught me what misunderstanding feels like.
Today I know that to understand his story, you have to dig deep. Not into the facts, but into the emotions. Not into what happened, but why it happened. He wasn’t a bad man. He was just a man who didn’t know how to be a father in the way I needed. And you know what? I don’t hold that against him anymore. Because now I know — he did the best he could with what he had.
He was always the “tough” parent. There was no room for weakness, tears, or talk about feelings. At home, it was tone of voice that ruled, not emotion. And as a child, I didn’t understand that behind that hardness was fear. Fear of not being enough. Fear of being left alone. Fear of failure.
When my mother left, he stayed with us — two teenagers, debts, and a life that wouldn’t stop for anyone. He wasn’t prepared. No man ever really is — not for the day his world collapses and he still has to wake up in the morning and make lunch. So he did. In his own way. With anger, with shouting, with frustration — but he did it. Because that was his way of surviving.
I remember he used to say:
> “You have to be tough, not soft.”
And he truly believed that. But I wasn’t tough. I was pure emotion — sensitive, tearful, with my head in the clouds and my heart in chaos. So the clash was inevitable. He wanted to make me stronger — I felt he was breaking me. He wanted to protect me — I felt he was destroying me. And so we kept missing each other — for years, through all my childhood, and into adulthood.
You know what it’s like when someone can’t talk about their feelings? Instead of “I love you,” they say, “I’m disappointed.” Instead of “I’m worried about you,” they say, “Do you always have to do everything your own way?” Instead of a hug — they step back. Because closeness burns those who have never felt it.
He truly believed he was raising me to be a strong woman. And for years, I believed I simply didn’t deserve love. Only now do I understand — we were both victims of our own beliefs.
I don’t want you to think he was a monster. Because he wasn’t. He was a man who didn’t know another way. A man taught that real men must be tough, that emotions are for women, and that crying is shameful. And how is a man like that supposed to suddenly become a gentle father? How can he teach his daughter what love is when he himself never received it in that form?
Sometimes I think my father was like an unfinished painting — full of colours, but all mixed. An artist of chaos who didn’t understand what he was creating. But you know what? He created me. Out of all those contrasts — anger and tenderness, shouting and silence. Without him, I wouldn’t be who I am today — the woman who can finally write about feelings she once feared.
When I was a teenager, I dreamed that he would notice me. Not as “the younger one,” not as “the difficult one,” but simply as Eliza. I wanted him to ask what I felt, why I cried, and why I was quiet. But he didn’t know how. So he asked in his own language — through anger. And I answered in mine — rebellion.
I remember once, he put his hand on my shoulder when I came home from a school party. He didn’t say a word. He just touched me. And for the first time, I thought: He’s worried. And that meant more to me than any “I love you.”
For a long time, I lived believing he didn’t love me. That everything he did was against me. Until I grew up. And then I saw something in his eyes that I hadn’t seen before — fear. Fear of losing me. Fear of not being able to fix what was broken between us. Fear that it was too late. Because it’s always too late when you spend half your life running from your emotions.
I once heard that “a father is the first man to break his daughter’s heart, but also the one who teaches her how to mend it.” And I think that’s true for me. He broke me — but he also taught me. He hurt me — but he shaped me. Not with words, but with experience.
I know that for many reading this, he was a tyrant. But I see a man who fought — with life, with himself, with his past, with expectations, with his own heart that probably screamed “enough” more than once. He didn’t know how to speak about feelings, so he replaced them with duties. He didn’t know how to show love, so he expressed it through action. He bought something, fixed something, and organized something. That was his way of saying: I care. But all I heard back then was: You must.
Today I know — everyone loves in the way they know how. There isn’t one language of love — there are millions. His care was hidden behind harshness. Mine was an emotion that had nowhere to go for years.
Sometimes I look at him now — older, quieter, as if finally at peace. And I see a man who finally stopped running. He doesn’t yell anymore. He doesn’t need to prove anything. I think he finally understood that no one ever asked him to be perfect. Not even me. It was enough that he was there. And he was — always. Even when his presence hurt, it was still a presence.
After all… isn’t that what life is about? To finally understand that no one really hurts us on purpose? That people wound others because they themselves are wounded? That shouting is often the language of pain, and silence — a cry for help?
Today, when I write about him, I don’t feel anger. I feel warmth. A different kind of warmth — quiet, gentle. I feel gratitude. For the lessons he gave me. For the strength he built in me. For the stubbornness that has saved me more than once.
There were women in his life — each different, each leaving a mark. And each of them saw in him something I couldn’t see for a long time — goodness. The kind hidden under layers of anger. The kind that showed itself in small gestures. And I think they both truly loved him. But you can’t build a home with someone who doesn’t trust the world. You can’t love fully someone who’s been destroyed by love once before. So when it all fell apart, I wasn’t surprised. Because he had always been lonelier than he looked.
Sometimes I think my father and I are more alike than I’d like to admit. Stubbornness, distrust, the need for control — I got all that from him. And though I once felt ashamed of it, now I see it as a strength. Because if he taught me anything, it’s that you can build something even out of pain. That you can be imperfect and still love. That you can be wrong and still keep trying. That you can struggle to express emotions and still feel deeply.
My father never apologised. He never said he regretted anything. But I know he does. I saw it in his eyes. In those moments when he looked at me as if he wanted to say something but didn’t know how. And that’s enough. I don’t need words. Sometimes silence is a greater confession than a thousand sentences.
Forgiveness came to me slowly. Not in a single moment. Not after therapy or a big talk. It just happened — one morning I woke up and realised I didn’t want to carry his mistakes on my shoulders anymore. That it wasn’t my fault he didn’t know how to be a different father. That I no longer needed to prove I was worthy of love. Because I always was. No one ever taught me that.
I let go. And in that letting go, there was more love than in my entire life before. Because I finally understood — forgiveness isn’t about forgetting. It’s about allowing yourself to move on.
When I think of him now, I see a man who spent his whole life trying to be someone he was never allowed to be — himself. Raised to believe that a man must be strong, unyielding, invincible — he forgot that real strength isn’t in shouting, but in calm. But how could he know, if no one ever showed him?
Maybe I’m the first generation learning a different way. Breaking the pattern. Speaking about emotions without shame. And maybe that’s the greatest gift I can give him — to stop the pain with me and not pass it on.
My father wasn’t a bad man. He was simply a man who didn’t know how to live differently. And today, I don’t want to judge him. I want to understand him. Because understanding heals better than anger.
And you know what, Dad? If you ever read this — thank you. For the shouting that taught me to listen to silence. For the sternness that taught me empathy. For the coldness that showed me how important warmth really is. For every tear that taught me, I can cry — without shame.