• 📖 🇵🇱🇬🇧 Tekst dostępny w dwóch językach:
    Najpierw wersja polska, a poniżej English version – scroll down to read in English. 🌍✨

    🇵🇱

    Czasem, kiedy scrolluję Facebooka, mam wrażenie, że uczestniczę w eksperymencie społecznym, w którym wszyscy dobrowolnie oddaliśmy swoje mózgi w leasing.
    I co gorsza — nawet nie negocjowaliśmy warunków.
    Patrzę na te perfekcyjnie wygładzone posty, te zdjęcia jak z katalogu IKEA i te opisy: „Wdzięczna za każdy dzień 🌸✨💫”.
    I wtedy przychodzi mi do głowy jedno pytanie:
    czy to jeszcze człowiek pisał, czy już ChatGPT po cichu przejął stery?

    Bo dziś każdy może być poetą. Wystarczy wpisać:

    > „Napisz post o wdzięczności w stylu inspirującym, ale nie patetycznym.”
    I gotowe.
    Sztuczna inteligencja mówi ci, co czujesz, zanim ty zdążysz to poczuć.



    To przerażające.
    Nie dlatego, że AI jest zła.
    Tylko dlatego, że my coraz mniej chcemy być prawdziwi.

    🎭 Ludzie udający emocje

    Żyjemy w epoce kopiuj-wklej.
    Nie tylko w tekście, ale i w duszy.
    Kiedyś ludzie przeżywali — dziś symulują.
    Nie ma już smutku, jest „low energy mood”.
    Nie ma złości, jest „muszę popracować nad sobą”.
    Nie ma miłości, jest „zobaczymy, co algorytm podpowie na Tinderze”.

    I tak sobie żyjemy, niby wolni, a jednak całkowicie zaprogramowani.
    Patrzę na te idealne posty, które niby mają wzruszać, ale czuję się, jakbym czytała instrukcję obsługi emocji napisaną przez korporację.
    To wszystko takie gładkie, poprawne, marketingowo zoptymalizowane.
    A w środku — pustka.

    Bo emocje to nie są rzeczy do sprzedaży.
    To nie są hashtagi, które trzeba dobrać tak, by zwiększyć zasięg.
    To coś, co albo jest, albo go nie ma.

    A my coraz częściej robimy emocje tak, jak robi się kawę w ekspresie.
    Szybko, automatycznie i z pianką na wierzchu, żeby ładnie wyglądało.

    💡 Władza frazy

    Najbardziej przeraża mnie to, że słowo przestało być wynikiem myśli.
    Stało się produktem zapytania.
    Zamiast: „co ja czuję?”, ludzie pytają: „jak to ładnie napisać?”.
    A potem sztuczna inteligencja, w całej swojej grzeczności, odpowiada:

    > „Oczywiście! Oto 10 wersji emocji, które możesz udawać w zależności od tonu, jaki chcesz uzyskać.”



    I tak oto powstaje nowy gatunek człowieka — człowiek delegujący uczucia.
    Nie wie, co napisać partnerowi po kłótni?
    AI pomoże.
    Nie wie, jak pocieszyć przyjaciółkę po rozstaniu?
    AI wygeneruje empatię w wersji 2.0.

    Wszystko gotowe, bez emocjonalnego ryzyka, bez potu, bez wstydu.
    Wystarczy kliknąć „skopiuj tekst”.
    Jakbyśmy wszyscy mieli wewnętrzny przycisk „czuj za mnie”.

    🧠 Kiedy człowiek przestaje myśleć

    Nie chodzi o to, że AI jest zła.
    Chodzi o to, że człowiek się rozleniwił emocjonalnie.
    Zamiast zadawać sobie pytania, woli wpisywać komendy.
    Zamiast rozmawiać, woli generować.
    Zamiast przeżywać, woli opisywać — ale tak, żeby dobrze wyglądało.

    Patrzę na to wszystko i myślę, że to już nie technologia nas kontroluje, tylko nasz własny strach przed byciem autentycznym.
    Bo prawdziwość boli.
    A AI jest taka miła, taka dopasowana, taka bezpieczna.

    Nie oceni, nie spojrzy krzywo, nie zapyta: „dlaczego znowu to czujesz?”.
    Ona po prostu napisze ci tekst, który brzmi jak ty, tylko lepiej.
    Tyle że to już nie ty.

    🪞 Lustro, które mówi z powrotem

    Sztuczna inteligencja nie ma świadomości, ale jest doskonałym lustrem.
    Odbija to, co w nas siedzi — nasze obsesje, lęki, tęsknoty za doskonałością.
    To nie AI jest niebezpieczna.
    Niebezpieczne jest to, że my sami przestajemy rozpoznawać, co jest jeszcze prawdziwe, a co tylko dobrze napisane.

    Bo jak odróżnić spontaniczne „kocham cię” od tego wygenerowanego po wpisaniu:

    > „Napisz romantyczną wiadomość, ale tak, żeby nie brzmiała jak z AI”?



    Jak odróżnić szczere wyznanie od marketingowego storytellingu?
    A może już nie ma różnicy?

    Bo może, jeśli emocje da się zaprogramować, to człowiek staje się tylko kodem z mięsa i kości.
    A to już brzmi jak horror z gatunku science-fact.

    💬 Zastanów się, zanim klikniesz „wygeneruj”

    Czasem zastanawiam się, co by się stało, gdyby nagle zabrano ludziom wszystkie narzędzia, które „ułatwiają życie”.
    Czy potrafilibyśmy jeszcze coś napisać od siebie?
    Czy pamiętalibyśmy, jak brzmi nasz własny język — ten niepoprawny, surowy, pełen literówek, ale prawdziwy?

    Bo teraz każde zdanie jest przefiltrowane przez algorytm.
    Każde zdjęcie przez aplikację.
    Każda emocja przez autokorektę.
    I powoli zapominamy, że autentyczność nie ma wersji premium.

    Nie potrzebujesz wersji 4.0, żeby czuć.
    Nie potrzebujesz promptu, żeby mówić prawdę.
    Potrzebujesz tylko odwagi, żeby zaryzykować niedoskonałość.
    🧩 Ludzkość w trybie autopilota

    Zauważyliście, że coraz rzadziej się zastanawiamy?
    My już nie przeżywamy świata – my go komentujemy.
    Nie patrzymy – robimy zdjęcie.
    Nie słuchamy – nagrywamy relację.
    Nie czujemy – wpisujemy frazę: „jak opisać smutek po rozstaniu, żeby brzmieć silnie”.

    I w ten sposób żyjemy, coraz bardziej odcięci od źródła.
    Od własnych zmysłów, od intuicji, od ciszy, która kiedyś była przestrzenią do myślenia.
    Dziś cisza to już tylko brak sygnału Wi-Fi.

    Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że AI nie zabrała nam człowieczeństwa.
    Ona tylko pokazała, jak chętnie się go pozbywamy.
    🔥 A może to my jesteśmy programem?

    Może cała ta era sztucznej inteligencji jest tylko wielkim testem:
    Czy człowiek potrafi jeszcze być sobą, kiedy nikt mu nie podpowiada, jak?

    Bo jeśli do każdego uczucia, decyzji i zdania potrzebujemy podpowiedzi —
    to może nie różnimy się od tych algorytmów, które sami stworzyliśmy?

    AI nie ma duszy, ale nauczyła się świetnie ją symulować.
    A my mamy duszę, tylko coraz częściej udajemy, że jej nie ma, żeby nie czuć.
    Paradoks, który powinien nas obudzić, a zamiast tego — usypia.

    💭 Wnioski dla tych, którzy jeszcze myślą

    Nie mam nic przeciwko technologii.
    Korzystam z niej, doceniam, czasem nawet się nią zachwycam.
    Ale przeraża mnie, jak szybko człowiek przestał zadawać pytania, a zaczął wydawać polecenia.

    Bo myślenie boli.
    Czucie boli jeszcze bardziej.
    A generowanie — nie.

    I może właśnie dlatego AI tak idealnie pasuje do współczesnego świata.
    Świata, w którym każdy chce być kimś, ale bez wysiłku.
    Chce mieć rację, ale bez refleksji.
    Chce być oryginalny, ale wpisuje w Google: „jak być oryginalnym”.

    I może dlatego to wszystko mnie przeraża.
    Bo gdy patrzę na te udawane posty, czuję, że nie zbliżamy się do przyszłości.
    My się od niej oddalamy.

    Bo przyszłość nie polega na tym, żeby maszyny myślały za nas.
    Przyszłość polega na tym, żebyśmy nie zapomnieli, jak to robić sami.

    🧠 Epilog

    Może więc nie chodzi o to, że AI zabierze nam pracę, uczucia, czy duszę.
    Może chodzi o coś prostszego:
    Że przestaniemy być ciekawi siebie.
    Że przestaniemy pytać, szukać, dziwić się światu.
    Że zamienimy „dlaczego” na „wygeneruj”.

    A wtedy nie będzie już znaczenia, kto pisał dany post — człowiek czy maszyna.
    Bo różnica zniknie w chwili, gdy przestaniemy ją czuć.
    💬
    I wiesz co?
    Jeśli kiedyś świat naprawdę przejmą roboty, to nie dlatego, że są mądrzejsze.
    Tylko dlatego, że człowiek sam oddał im władzę, wpisując zbyt wiele fraz, a zbyt mało pytań.

    🧠 Człowiek czy algorytm?
    Granica coraz cieńsza, a umysły coraz bardziej podłączone do Wi-Fi. 🤖

    🧠 Human or algorithm?
    The line is getting thinner — and our minds more connected than ever. 🤖

    🇬🇧

    Sometimes, when I scroll through Facebook, I feel like I’m part of a social experiment where we’ve all voluntarily leased out our brains —
    and, worse, didn’t even negotiate the terms.

    I look at those perfectly polished posts, those IKEA-catalogue photos, and the captions like:

    > “Grateful for every day 🌸✨💫”
    And one question hits me:
    Was this still written by a human… or has ChatGPT quietly taken over the keyboard?



    Because nowadays, anyone can be a poet. All you need to do is type:

    > “Write an inspiring post about gratitude — but make it sound natural.”



    And voilà.
    Artificial intelligence tells you what you feel — before you’ve even had a chance to feel it.

    🎭 People Pretending to Feel

    We live in the copy-paste era.
    Not just in text — in soul.
    People used to feel. Now they simulate.

    There’s no sadness anymore, just “low energy mood.”
    No anger — only “I need to work on myself.”
    No love — just “let’s see what the algorithm suggests on Tinder.”

    And that’s how we live. Free on paper, yet totally programmed.
    I scroll through those perfect, emotion-optimized posts — and they feel like user manuals for feelings, written by a marketing team.
    Everything’s smooth, well-formatted, aesthetically aligned.
    And inside — emptiness.

    Because emotions aren’t something you sell.
    They’re not hashtags you optimize for reach.
    They either exist — or they don’t.

    But we keep making emotions the way we make coffee —
    fast, automatic, and with a bit of foam on top, so it looks nice.

    💡 The Power of a Phrase

    What scares me most is that words no longer come from thought — they come from a prompt.
    Instead of asking “what do I feel?”, people ask “how do I write this nicely?”.

    And AI, ever so polite, responds:

    > “Of course! Here are 10 versions of emotions you can fake, depending on the tone you want to achieve.”



    And that’s how a new species is born — the outsourced human.

    Don’t know what to text your partner after a fight?
    AI will fix it.
    Don’t know how to comfort a friend after a breakup?
    AI will generate empathy 2.0 for you.

    Everything’s ready — no emotional risk, no sweat, no awkward silence.
    Just click “copy text.”
    Like we’ve all installed an internal button that says “feel for me.”

    🧠 When Humans Stop Thinking

    The problem isn’t that AI is bad.
    It’s that humans have become emotionally lazy.

    Instead of asking questions — we give commands.
    Instead of talking — we generate.
    Instead of feeling — we describe,
    just as long as it looks good online.

    And I keep thinking — it’s not technology controlling us anymore.
    It’s our fear of being real.

    Because authenticity hurts.
    And AI? It’s so polite, so customized, so safe.

    It won’t judge.
    It won’t roll its eyes.
    It won’t ask, “Why are you feeling this again?”
    It’ll just write something that sounds like you — only better.
    Except it’s no longer you.

    🪞 The Mirror That Talks Back

    Artificial intelligence has no consciousness, but it’s the perfect mirror.
    It reflects what’s already inside us — our fears, obsessions, and desperate longing for perfection.

    AI isn’t dangerous.
    What’s dangerous is that we’re forgetting how to tell what’s real and what’s just well-written.

    Because how do you tell the difference between a spontaneous “I love you” and one generated after typing:

    > “Write a romantic message that doesn’t sound like it was written by AI.”



    How do you tell the difference between a genuine confession and a marketing-friendly story?
    Maybe there isn’t one anymore.

    Maybe, if emotions can be programmed, then humans are just flesh-coded algorithms.
    And that sounds less like science fiction — and more like science fact.


    💬 Think Before You Click “Generate”

    Sometimes I wonder — what would happen if we took away all the tools that “make life easier”?
    Would people still be able to write something on their own?
    Would they remember their real voice — the one that’s raw, messy, full of typos, but true?

    Because now every sentence passes through an algorithm.
    Every photo through an app.
    Every emotion through autocorrect.

    And we’re slowly forgetting that authenticity doesn’t have a premium version.

    You don’t need version 4.0 to feel.
    You don’t need a prompt to tell the truth.
    You just need the courage to risk imperfection.

    🧩 Humanity on Autopilot

    Have you noticed how rarely we actually think anymore?
    We don’t live life — we comment on it.
    We don’t look — we take pictures.
    We don’t listen — we record stories.
    We don’t feel — we Google:

    > “How to describe heartbreak and still sound strong.”



    And that’s how we live — disconnected from the source.
    From our senses, our intuition, our silence —
    the same silence that used to be space for thinking.
    Now silence just means no Wi-Fi signal.

    The saddest part is — AI didn’t take away our humanity.
    It simply showed how willingly we gave it up.


    🔥 Or Maybe We’re the Program

    Maybe this whole AI era is just one big test:
    Can a human still be themselves when no one tells them how?

    Because if we need a prompt for every emotion, decision, and thought —
    maybe we’re not that different from the algorithms we created.

    AI doesn’t have a soul, but it’s learned to imitate one perfectly.
    And we — we have souls, but we keep pretending we don’t,
    just so we don’t have to feel.

    A paradox that should wake us up — but instead, it lulls us to sleep.

    💭 For Those Who Still Think

    I’m not against technology.
    I use it. I appreciate it. Sometimes I’m even amazed by it.
    But it scares me how fast humans stopped asking questions
    and started giving orders.

    Because thinking hurts.
    Feeling hurts even more.
    But generating — doesn’t.

    And maybe that’s why AI fits our world so perfectly.
    A world where everyone wants to be someone — but without effort.
    Wants to be right — but without reflection.
    Wants to be original — but still Googles “how to be original.”

    Maybe that’s why all of this scares me.
    Because when I look at these fake, polished posts, I don’t feel we’re heading toward the future.
    I feel we’re drifting away from it.

    Because the future isn’t about machines thinking for us.
    It’s about us remembering how to think for ourselves.


    🧠 Epilogue

    Maybe AI won’t steal our jobs, emotions, or souls.
    Maybe the real danger is simpler —
    that we’ll stop being curious about ourselves.
    That we’ll stop asking, exploring, and wondering.
    That we’ll replace every “why” with “generate.”

    And when that happens, it won’t matter who wrote the post — a human or a machine.
    Because the difference will disappear the moment we stop feeling it.

    💬
    And you know what?
    If robots ever truly take over the world,
    it won’t be because they’re smarter.
    It’ll be because humans gave them the power —
    by typing too many commands
    and asking too few questions.

  • 📖 🇵🇱🇬🇧 Tekst dostępny w dwóch językach – przetłumaczony na angielski poniżej.
    Scroll down to read the English version. 🌍✨

    🇵🇱

    Zawsze mnie bawią ludzie, którzy mają „jeden ulubiony gatunek muzyczny”.
    Jak oni to robią?
    Jak można żyć w jednej emocji, w jednym rytmie, w jednej tonacji — cały czas?
    Ja? Ja to mam całą orkiestrę w głowie. Jednego dnia jestem rockiem progresywnym z elementami rozpaczy egzystencjalnej, a następnego disco polo z tanecznym ADHD i refrenem o miłości do sołtysa.
    I powiem wam jedno — każda z tych wersji mnie ma rację bytu.

    Bo muzyka to nie tylko dźwięk.
    To emocjonalny skrót klawiszowy do wspomnień, do stanów, do ludzi, których dawno już nie ma, ale wystarczy jedno „nanananana” i nagle siedzą z tobą w kuchni, piją kawę i śmieją się, jakby nigdy nie odeszli.

    Nie wiem, jak jest u innych, ale u mnie każdy gatunek ma swoje zadanie, jak w dobrze zarządzanym przedsiębiorstwie chaosu.
    Gdyby ktoś zrobił audyt mojej playlisty, pewnie by stwierdził, że mam osobowość wieloraką, z objawami przynajmniej czterech nastrojów równocześnie.
    Ale to nic złego. To po prostu muzyczna wersja kobiecości – emocje, które się nie mieszczą w jednej kategorii Spotify.

    🎸 Kiedy było źle – Coma i Rogucki

    Są takie dni, kiedy świat brzmi jak popsuty gramofon.
    Nic się nie zgadza, rytm się rozjeżdża, a każda nuta to zgrzyt.
    I właśnie wtedy wchodzi on – Rogucki.
    Z tą swoją poetycką brutalnością, z głosem, który nie prosi o uwagę, tylko wbija ci się w serce jak słowo, którego bałaś się wypowiedzieć.
    Coma nie jest do słuchania – Coma jest do przeżywania.
    To nie muzyka do tła, to muzyka do wywracania siebie na lewą stronę.

    Włączałam ich zawsze, gdy było źle.
    Nie po to, żeby się jeszcze bardziej dobić, tylko żeby w końcu coś poczuć.
    Bo czasem człowiek potrzebuje zobaczyć swoje emocje z zewnątrz, w cudzym głosie.
    Żeby zrozumieć, że nie tylko on ma bałagan w środku.
    I Rogucki ten bałagan umie nazwać – z brutalną szczerością, która boli, ale leczy.

    🎹 Gdy wspominam mamę – Czesław Niemen i Grzegorz Turnau

    Kiedy myślę o mamie, nie włącza mi się smutek.
    Włącza się ciepło wspomnienia – jak zapach drożdżowego ciasta i śmiech, który odbija się od ścian kuchni.
    Wtedy gra Niemen. Bo jego głos to jak rozmowa z kimś, kto wie więcej, ale nie mówi tego wprost.
    A potem Turnau, bo on potrafi zamienić ciszę w poezję.
    Ich muzyka nie boli. Ona otula.
    Przypomina, że można być wspomnieniem, które daje spokój, a nie ranę.

    To te chwile, kiedy dźwięki płyną delikatnie, a ja pozwalam sobie na to, żeby na chwilę się zatrzymać.
    Nie po to, żeby wracać do przeszłości, ale żeby przypomnieć sobie, skąd przyszłam.
    Bo bez tego nie da się iść dalej – nawet jeśli się bardzo chce.

    💃 Kiedy sprzątam – Techno i Rave

    Kiedy biorę się za sprzątanie, to włącza mi się tryb Rave Queen.
    Nie ma mopa – jest mikrofon.
    Nie ma odkurzacza – jest scena.
    Nie ma kurzu – są światła stroboskopowe i ja w dresie, z włosami w koczku, robiąca show życia między kuchnią a łazienką.

    To jest właśnie cud muzyki – potrafi zamienić prozę życia w teledysk.
    Techno ma w sobie coś oczyszczającego.
    Rytm, który porządkuje myśli, nawet jeśli one same są w rozsypce.
    To takie muzyczne ADHD z funkcją terapeutyczną.
    Bo jak już się człowiek wystuka w rytm basu, to nagle i mieszkanie, i głowa stają się lżejsze.

    🚗 Kiedy jadę do pracy – Sylwia Grzeszczak i motywujące nuty

    Sylwia Grzeszczak to moja poranna psychoterapeutka.
    Nie zadaje pytań, nie ocenia, po prostu śpiewa:
    „Po co mi ten świat, jeśli nie mam Ciebie?” – a ja w korku na obwodnicy Birmingham odpowiadam z pełnym przekonaniem: „No właśnie, Sylwia, po co?!”

    Jej muzyka działa jak poranna kawa – nie dlatego, że jest głośna, tylko dlatego, że budzi emocje, zanim budzik zdąży je zabić.
    Każdy dzień zaczynam od małej porcji dźwięków, które przypominają mi, że jeszcze żyję, jeszcze mogę, jeszcze mam siłę.
    To takie moje codzienne „muzyczne BHP” – nie zaczynaj pracy bez ochrony emocjonalnej.

    😤 Kiedy jestem zła – Rap i Grubson

    Są też dni, kiedy we mnie wrze.
    Kiedy świat mnie denerwuje bardziej niż reklamy leków na hemoroidy między filmami na YouTube.
    I wtedy wchodzi rap.
    Nie delikatny, nie filozoficzny, tylko ten prawdziwy – z pazurem, z gniewem, z prawdą.
    Bo czasem nie da się już ładnie tłumaczyć. Trzeba wyrzucić z siebie cały ten wewnętrzny hałas, najlepiej w rytmie 90 BPM.

    Grubson w tym wszystkim jest moim ulubionym przypadkiem.
    Bo potrafi krzyczeć o bólu, ale w taki sposób, że po chwili masz ochotę tańczyć.
    Jest w nim równowaga między agresją a akceptacją.
    Jakby mówił: „Masz prawo się wściekać, ale nie zapominaj, że życie nadal jest twoje.”
    I wtedy ja też to czuję.

    🪩 Kiedy jest radośnie – Disco Polo

    A potem przychodzi moment, w którym przestaję analizować.
    Bo czasem nie trzeba rozumieć muzyki – wystarczy ją poczuć w nogach.
    I wtedy wjeżdża disco polo.
    Bez wstydu. Bez tłumaczenia. Bez filozofii.

    Niech sobie elity muzyczne przewracają oczami – ja w tym czasie śpiewam z pełnym zaangażowaniem o dziewczynie, która tańczy dla mnie.
    Bo właśnie o to chodzi w muzyce – żeby w danej chwili była twoja.
    Nie idealna, nie głęboka, nie ambitna. Po prostu twoja.

    🧩 Psychologia dźwięku

    Jeśli spojrzeć na to z psychologicznej strony, muzyka to jedna z najbardziej naturalnych form autoterapii.
    To, co mówimy na sesji, muzyka potrafi zrobić w trzy minuty.
    Dotknąć emocji, których sami nie umiemy nazwać.
    Uregulować oddech, podnieść tętno, wywołać łzy, przypomnieć zapachy i obrazy, które dawno zniknęły.

    Badania pokazują, że muzyka aktywuje obszary mózgu odpowiedzialne za emocje, pamięć i przyjemność jednocześnie.
    Dlatego jedna piosenka potrafi cię rozwalić bardziej niż 10 godzin terapii.
    Ale też może cię uratować szybciej niż niejedna rozmowa.

    Każdy gatunek ma swoją funkcję:
    – rock i metal pozwalają wyrzucić z siebie złość,
    – pop podnosi poziom serotoniny,
    – jazz synchronizuje fale mózgowe,
    – a klasyka uspokaja układ nerwowy.

    Nie ma „lepszej” muzyki.
    Są tylko różne emocje, które w danym momencie potrzebują swojego brzmienia.

    🎭 Rozdwojenie muzycznej jaźni

    Czasem mam wrażenie, że mam rozdwojenie muzycznej jaźni.
    Jednego dnia płaczę przy balladzie, drugiego tłukę się w rytm bębnów, trzeciego tańczę jakby nikt nie patrzył, choć wszyscy patrzą.
    I wiecie co?
    To jest w porządku.

    Bo muzyka nie wymaga spójności.
    Nie trzeba mieć jednego stylu, żeby być sobą.
    Nie trzeba znać teorii, żeby coś poczuć.
    Nie trzeba być DJ-em, żeby wiedzieć, kiedy serce gra szybciej, a kiedy milknie.

    Ja po prostu słucham tego, co do mnie mówi w danej chwili.
    Czasem to jest Rogucki, czasem Grzeszczak, czasem chłop z YouTube’a, który nagrał remix odkurzacza.
    Nie ma znaczenia.
    Liczy się tylko to, że dźwięk trafia dokładnie tam, gdzie ma trafić.

    ❤️ I może właśnie o to chodzi

    Może wcale nie potrzebujemy jednego ulubionego gatunku, żeby mieć gust.
    Może gust to nie konsekwencja, tylko wrażliwość.
    Bo muzyka nie dzieli – ona łączy momenty, które wydawały się nie do połączenia.

    Czasem myślę, że gdyby ktoś zrobił playlistę mojego życia, wyszłaby z tego niezła psychologiczna zagadka.
    Od Nirvany po Zenka Martyniuka, z przerwą na medytacyjne dzwonki z YouTube.
    Ale może właśnie tak wygląda dusza, która żyje – trochę rozstrojona, trochę nie na beat, ale zawsze w rytmie serca.

    Więc jeśli jeszcze nie słuchałam twojej muzyki – spokojnie.
    To nie znaczy, że mi się nie spodoba.
    To znaczy tylko, że jeszcze nie wpadła do mnie w odpowiednim momencie.
    Bo każda piosenka ma swój czas.
    Tak samo jak każda emocja.
    I kiedy w końcu się spotkają – to będzie idealne brzmienie.

    🎧 Muzyka, która gra w głowie, czasem głośniej niż cały świat.
    🎵 Music that plays inside the head — sometimes louder than the whole world.



    🇬🇧

    People who have “one favourite music genre” always make me laugh.
    How do they do that?
    How can you live in one emotion, one rhythm, one tone — all the time?

    Me? I’ve got a whole orchestra in my head. One day I’m progressive rock with a touch of existential despair, the next — disco polo with dancefloor ADHD and a chorus about falling in love with the village mayor.
    And you know what? Every version of me makes perfect sense.

    Because music isn’t just sound.
    It’s an emotional shortcut key — to memories, to moods, to people long gone, who suddenly reappear the moment a single nanananana plays, sitting with you in the kitchen, drinking coffee, laughing, as if they never left.

    I don’t know about others, but for me, every genre has its job — like in a perfectly managed company of chaos.
    If someone audited my playlist, they’d probably diagnose me with multiple personalities, each with its own soundtrack.
    But that’s fine. It’s just the musical version of womanhood — emotions too big to fit into one Spotify category.

    🎸 When things were bad – Coma & Rogucki

    There are days when the world sounds like a broken record.
    Nothing fits, rhythm collapses, every note grinds.
    And that’s when he comes in — Rogucki.
    With his poetic brutality, a voice that doesn’t ask for attention but cuts straight through your chest like a word you were too afraid to say.
    Coma isn’t for listening — it’s for feeling.
    It’s not background music; it’s self-dissection through sound.

    I’d play them when things got hard.
    Not to feel worse, but to finally feel something.
    Because sometimes you need to hear your own emotions through someone else’s voice — to realise you’re not the only one with chaos inside.
    And Rogucki… he names that chaos. With brutal honesty that hurts — but heals.

    🎹 When I think of my mother – Czesław Niemen & Grzegorz Turnau

    When I think of my mum, sadness doesn’t show up — warmth does.
    The smell of yeast cake, laughter bouncing off kitchen walls.
    Then Niemen plays. His voice feels like a conversation with someone who knows more, but won’t say it outright.
    Then Turnau comes in — turning silence into poetry.
    Their music doesn’t hurt. It embraces.

    It reminds me that memory can bring peace, not pain.
    That you can be gone and still be a gentle light in someone’s life.
    I let those melodies flow softly, just long enough to stop and breathe.
    Not to go back — but to remember where I came from.
    Because you can’t move forward if you forget your roots.

    💃 When I clean – Techno & Rave

    When it’s cleaning time, my brain switches to Rave Queen mode.
    No mop — just a microphone.
    No vacuum — a stage.
    No dust — strobe lights and me, hair in a bun, performing a full-blown show between the kitchen and the bathroom.

    That’s the magic of music — it turns the mundane into a music video.
    Techno has this cleansing power.
    The beat lines up your thoughts even when they’re falling apart.
    It’s like therapeutic ADHD — when you’ve stomped enough to the bass, both your feet and your head feel lighter.

    🚗 When I drive to work – Sylwia Grzeszczak & motivational beats

    Sylwia Grzeszczak is my morning therapist.
    No questions, no judgment — just singing:
    “What’s the point of this world if I don’t have you?” — and there I am, stuck in Birmingham traffic, shouting back: “Exactly, Sylwia! What’s the point?!”

    Her songs hit like caffeine — not because they’re loud, but because they wake emotions before the alarm kills them.
    I start every day with a small dose of music reminding me I’m still alive, still capable, still strong.
    It’s my emotional safety gear — never start work without it.

    😤 When I’m angry – Rap & Grubson

    Then there are days when everything annoys me more than YouTube ads for haemorrhoid cream.
    That’s when rap steps in.
    Not the gentle kind — the raw, honest, gritty kind.
    Because sometimes you just can’t be polite anymore. You’ve got to scream it out — preferably at 90 BPM.

    Grubson is my favourite in this category.
    He can yell about pain in a way that makes you want to dance.
    He balances aggression and acceptance.
    Like he’s saying: “You’ve got every right to be pissed — just don’t forget, life’s still yours.”
    And suddenly, I believe it too.

    🪩 When I’m happy – Disco Polo

    And then come the carefree days.
    When you stop analysing and just feel the beat.
    That’s when disco polo enters — no shame, no excuses, no philosophy.

    Let the music snobs roll their eyes — I’ll be here singing passionately about “the girl who dances for me.”
    Because that’s what music’s about — it’s yours in that moment.
    Not perfect, not deep, not refined. Just yours.

    🧩 The Psychology of Sound

    From a psychological point of view, music is one of the most natural forms of self-therapy.
    What you say in a therapy session, music can do in three minutes.
    It touches emotions you can’t name, regulates your breathing, raises your heart rate, brings back smells and faces long gone.

    Studies show that music activates brain areas responsible for emotion, memory, and pleasure simultaneously.
    That’s why one song can destroy you more than ten hours of therapy — but also save you faster than one conversation.

    Every genre serves a purpose:
    – rock and metal let out anger,
    – pop raises serotonin,
    – jazz synchronises brain waves,
    – classical music calms the nervous system.

    There’s no “better” music.
    Only different emotions that need their own sound.

    🎭 Split Musical Personality

    Sometimes I feel like I have musical split personality disorder.
    One day I cry to a ballad, the next I’m pounding to drums, the third I’m dancing like no one’s watching — even though everyone is.
    And you know what? That’s okay.

    Music doesn’t demand consistency.
    You don’t need one style to be yourself.
    You don’t need theory to feel.
    You don’t need to be a DJ to know when your heart speeds up — or falls silent.

    I just listen to what speaks to me in that moment.
    Sometimes it’s Rogucki, sometimes Grzeszczak, sometimes a random guy from YouTube remixing a vacuum cleaner.
    It doesn’t matter.
    What matters is that the sound hits exactly where it’s meant to.

    ❤️ And maybe that’s the point

    Maybe we don’t need a single favourite genre to have taste.
    Maybe taste isn’t about consistency — but sensitivity.
    Music doesn’t divide; it connects the moments we thought couldn’t coexist.

    If someone made a playlist of my life, it would be a psychological puzzle — Nirvana next to Zenek Martyniuk, with a break for meditation bells from YouTube.
    But maybe that’s what a living soul looks like — a little offbeat, a little out of tune, but always in the rhythm of the heart.

    So if I haven’t listened to your kind of music yet — don’t worry.
    It doesn’t mean I won’t like it.
    It just means it hasn’t found me at the right time yet.
    Because every song has its moment.
    Just like every emotion.
    And when they finally meet — it’ll be perfect harmony.

  • 📖 🇵🇱🇬🇧 Tekst dostępny w dwóch językach – przetłumaczony na angielski poniżej.
    Scroll down to read the English version. 🌍✨

    Zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego kłamstwo wchodzi nam jak świeża drożdżówka, a prawda czasem stoi w gardle jak ość? Kłamstwo jest jak influencer: zawsze ma dobry filtr, zna najlepsze kąty i mówi dokładnie to, co chcesz usłyszeć. Prawda… prawda ma rozciągnięty sweter, krzywe światło i ten niefortunny zwyczaj proszenia, żebyśmy pomyśleli. A my po całym dniu marzymy jednak o czymś lżejszym niż myślenie — najlepiej o serialu, który robi to za nas.

    Nie mówię, żeby nie oglądać telewizji. Oglądajmy, ja też czasem oglądam — choć bardziej jak badaczka: „co dziś będzie trendować w emocjach?”. Tylko błagam: włączmy mózg, zanim włączymy pilota. Bo są chwile, gdy mózg sam próbuje z pilota uciec. Jak wczoraj, kiedy zobaczyłam w TV Bakiewicza, który mówił o napalmie. Mój mózg nie tyle się „zastanowił”, ile wykonał salto i próbował wyjść tylnymi drzwiami. Są rzeczy, które nie nadają się do pokazywania, nie dlatego, że ktoś „ma inne zdanie”, tylko dlatego, że gra cudzymi emocjami jak na fortepianie. I nawet jeśli stacja „chce go skompromitować”, to najczęściej robi mu darmową kampanię PR. Klasyka: nieważne, co mówią — ważne, żeby mówili.

    Dlaczego kłamstwo wygrywa?

    Psychologia ma na to kilka smutno-zabawnych odpowiedzi:

    Potwierdzenie własnych przekonań (confirmation bias): kochamy informacje, które potwierdzają, co już myślimy. Kłamstwo jest w tym mistrzem — ugniata się jak plastelina, dopasuje do Twojej wersji świata. Prawda jest sztywna. Mówi: „przykro mi, ale…”. Nie lubimy „ale”.

    Heurystyka dostępności: to, co głośne, świecące i szokujące, wydaje się „ważniejsze” niż jest. Jeśli ktoś krzyknie „NAPALM!” w prime time, nasz mózg robi wielkie oczy. To nie jest wina mózgu — on tak działa. Wina zaczyna się tam, gdzie przestajemy pytać: „po co mi to wrzucono do głowy?”.

    Efekt prawdy iluzorycznej: powtórz coś sto razy, a nawet rozsądni ludzie zaczną to czuć jako „znajome”, czyli „prawdziwe”. Reklama to wie, polityka to uwielbia, telewizja to sprzedaje. Prawda powtarzana rzadko przegrywa z kłamstwem powtarzanym pięknie.

    Zmęczenie poznawcze: po całym dniu chcemy prostych odpowiedzi. Kłamstwo daje ulgi w pigułce: „to nie Twoja wina”, „oni przeciwko nam”, „ktoś to wszystko zaplanował”. Prawda przychodzi z podręcznikiem i zadaniem domowym. Kto ma siłę na zadania domowe?

    Społeczny dowód słuszności: jeśli „wszyscy” to udostępniają, to „coś w tym musi być”. Nie musi. Czasem w tym jest tylko dobrze skrojona narracja i cudzy interes.


    Telewizja: nie wróg, ale narzędzie (a narzędzia tną w obie strony)

    Telewizja nie jest diabłem. Jest narzędziem. Nożem można kroić chleb albo zranić kogoś w palec — to nie wina noża. Problem w tym, że dziś każdy kanał do perfekcji opanował framing (jak oprawić temat w ramkę) i setting agendy (o czym będziemy myśleć jutro rano). I naprawdę nie chodzi o „prawa-lewa”. Propaganda nie ma jednej flagi. Ma format. Dramaturgię. Muzyczkę. Napisy. I gościa w studiu, który powie dokładnie tyle, ile potrzeba, żeby oglądalność nie spadła w przerwie na jogurt.

    Widzisz tę grę, gdy w dyskusjach ustawowo musi być „iskra”, najlepiej krzykliwa. Nie po to, żeby widz zrozumiał, ale żeby poczuł. Bo uczucie trzyma krócej niż rozum, ale szybciej się klika. Dlatego tak często emocje podszywają się pod fakty, a prowadzący z rycerza prawdy robi się reżyserem pojedynku: „panie pośle, ale krótko!”.

    I wtedy wchodzą „tematy gorące” jak napalm — całe na czerwono. Ktoś powie, że to demaskacja. Ja pytam: kogo to buduje? I czy na pewno demaskuje? Po prawdzie: na okładkę trafia nie sprostowanie, tylko skandal. Rozgłos robi robotę. Mechanizm jest stary jak świat — uwaga to waluta. A telewizja, tak jak internet, zarabia w tej walucie.

    Dlaczego wolimy true crime od wiadomości?

    Jest w tym pewien paradoks, który mnie nie przestaje śmieszyć i smucić naraz. Te same stacje, które podkręcają emocje do czerwoności, zapraszają psychologów z pytaniem: „Skąd taka popularność filmów o seryjnych mordercach?”. Serio? Może stąd, że w true crime przynajmniej wiadomo, co jest faktem. Nikt nie udaje, że to „trochę żart”. To się wydarzyło. Jest data, jest miejsce, są nazwiska, jest konsekwencja. To straszne — ale szczere. A my jesteśmy tak głodni szczerości, że wolimy brutalną prawdę niż cukrową watę „debaty”, po której prowadzący życzy nam „spokojnej nocy”.

    Nie dlatego, że kochamy zbrodnię. Tylko dlatego, że mamy dość ściemy.

    Kłamstwo ma lepszy PR, bo nie ma skrupułów

    Kłamstwo jest elastyczne — ubierze się w Twoje emocje, przytuli Twoje lęki, obieca prostą drogę. Prawda mówi: „będzie niewygodnie”. Kłamstwo mówi: „będzie prosto”. Prawda układa puzzle z miliona elementów. Kłamstwo rysuje mema.

    Zauważyłaś, jak często w rozmowach znika zdanie „masz rację”? Zastąpiło je: „to Twoja opinia”. Cudny wynalazek. Dzięki niemu nic nie musi być prawdą ani kłamstwem — wszystko staje się narracją. A jak wszystko jest narracją, to wygra ta, którą najprzyjemniej się słucha. Albo ta, którą najgłośniej krzyczą.

    I tu wchodzimy w sedno: nie potrzebujemy dziś „więcej informacji”. Mamy ich za dużo. Potrzebujemy lepszych nawyków myślenia. Tylko tyle i aż tyle.

    Jak myśleć, kiedy już nam się nie chce?

    Nie będę robić moralitetu. Znam to zmęczenie, które mówi: „daj mi pięć zdań i święty spokój”. Dlatego proponuję krótką apteczkę poznawczą. Bez wykładów, za to z humorem:

    1. Pytaj „komu to się opłaca?” Zanim zareagujesz, zapytaj, kto zyskuje na tym, że Ty to czujesz. Złość? Lęk? Zachwyt? Jeśli da się to przeliczyć na oglądalność, kliknięcia, głosy — bingo. To nie znaczy, że coś jest fałszywe, ale znaczy, że ktoś to sprzedał.


    2. Zmień kanał — w głowie. Nie chodzi o pilota. Chodzi o nawyk. Jeśli łapiesz się, że coś Cię „niesie”, zrób trzy oddechy. Zapisz jedno zdanie: „Co ja wiem, a co ja czuję?”. Ta pauza robi cuda.


    3. Szukaj niezgody z samą sobą. Jeśli jakaś informacja idealnie pasuje do Twojego światopoglądu — zatrzymaj się. To podejrzane. Prawda rzadko bywa idealna. Częściej drapie.


    4. Wpuść dwa źródła, które się nie lubią. Przeczytaj tę samą sprawę z dwóch stron. Nie chodzi o symetrię, tylko o perspektywę. Jak patrzysz jedną gałką okiem — tracisz głębię.


    5. Nie nagradzaj manipulacji uwagą. Nie wchodź w link, który krzyczy. Nie udostępniaj rzeczy „dla beki”. Algorytm nie wie, że to beka. Wie, że klikasz. A potem będziesz jeść tę samą papkę codziennie.


    6. Ustal własne „standardy higieny informacyjnej”. Tak jak myjesz zęby, myj głowę: jedna dłuższa rzecz dziennie (reportaż, analiza), zero doom-scrollingu przed snem, jeden dzień w tygodniu offline od newsów. Świat się nie zawali — obiecuję.


    7. Miej zgodę na „nie wiem”. To jest zdanie bohaterów, nie ignorantów. „Nie wiem” otwiera głowę. „Wiem wszystko” ją zamyka.



    Bakiewicz, napalm i inne słowa-klucze

    Nad słowami „napalm”, „zdrada”, „zagrożenie” świecą w newsroomach lampki „click”. To trigger’y. Nie chodzi o to, by ich nie używać. Chodzi o to, aby wiedzieć, co robią. Słowa mają temperaturę. Dziennikarstwo ma termometr. Jeżeli ktoś podnosi Ci temperaturę co pięć minut, to nie jest lekarz od prawdy — to DJ od Twojego układu nerwowego.

    I jasne, że czasem trzeba „pokazać, co ktoś mówi, żeby go obnażyć”. Tylko że telewizja nie obnaża. Telewizja powiększa. Ustawia światła, mikrofon i robi scenę. I niestety, scena bywa nagrodą samą w sobie. Bo rozgłos żywi się rozgłosem, nawet jeśli jest to rozgłos „negatywny”.

    „Ale ja mam dość polityki”

    Ja też. Dlatego to nie jest tekst o polityce. To tekst o myśleniu. O tym, że prawda nie musi być modna, żeby była potrzebna. I że można oglądać TV — serio można — jak się ogląda pokaz iluzjonisty: z zachwytem dla sztuczki, ale z ręką na portfelu.

    Widzisz, prawda nie krzyczy. Nie musi. Nie ma budżetu na konfetti i nie tańczy na rolkach. Prawda stoi z boku i czeka, aż do niej podejdziesz. Czasem jest nieśmiała, czasem nieładna, czasem nieprzyjemna. Ale to ona zostaje z Tobą, kiedy gasną światła w studiu.

    Kłamstwo przychodzi pierwsze, bo ma czerwony dywan. Prawda przychodzi ostatnia, bo idzie piechotą.

    A teraz coś osobistego (żeby nie było, że tylko teorie)

    Ile razy złapałam się na tym, że wierzę w ładne zdanie, bo mnie pociesza? Milion. Ile razy udawałam, że coś „na pewno” jest takie, jak czuję? Jeszcze więcej. Tylko że prawda ma dziwny zwyczaj pukać do drzwi akurat wtedy, gdy masz gości. Wchodzi bez zaproszenia i rozgląda się w milczeniu. Robi porządek. Nie dlatego, że lubi sprzątać. Tylko dlatego, że nie znosi bałaganu w głowie.

    I wiesz co? Z każdym rokiem coraz bardziej lubię to jej milczenie. Bo w ciszy słychać, co naprawdę myślę. A nie to, co ktoś mi właśnie wrzucił w uszy w prime time.

    Morał (tak, będzie morał — bez moralizowania)

    Nie potrzebujemy „więcej prawdy w telewizji”. Potrzebujemy więcej prawdy w sobie. A to oznacza odwagę, żeby czasem nie kliknąć, nie skomentować, nie podkręcić, nie krzyczeć. Oznacza zgodę na nudę faktów i luksus sprawdzania źródeł. Oznacza trening mózgu, który jest tak samo ważny jak trening ciała — tylko hantli nie widać.

    Telewizja nie przestanie robić telewizji. Internet nie przestanie być internetem. Ale my możemy przestać być publicznością „do obrobienia”. Możemy być widzami, którzy włączają mózg. I naprawdę nie chodzi o doktorat. Chodzi o jedno pytanie zadane w porę:

    > Komu to się opłaca, że ja mam to czuć?



    A jeśli czujesz, że odpowiedź brzmi: „na pewno nie mnie” — to wyłącz dźwięk. I włącz myślenie.

    Pytanie do Ciebie (tak, do Ciebie)

    Kiedy ostatni raz złapałaś się na tym, że uwierzyłaś w coś, bo wszyscy o tym mówili — i co się stało, kiedy sprawdziłaś fakty?
    I drugie: czy wolisz dziś „ładne kłamstwo”, które głaszcze, czy „niewygodną prawdę”, która leczy?

    Napisz. Naprawdę chcę to przeczytać — nie po to, by wygrać dyskusję, tylko po to, by lepiej myśleć razem.

    Czasem mam wrażenie, że diabeł już nie potrzebuje piekła — wystarczy mu telewizor i pilot. 🔥
    Sometimes it feels like the devil doesn’t need hell anymore — a TV and a remote will do just fine. 🔥

    Have you ever wondered why lies go down as smoothly as a fresh pastry, while truth sometimes gets stuck in your throat like a fishbone?
    A lie is like an influencer — always perfectly filtered, knows the best angles, and says exactly what you want to hear.
    Truth… truth wears a stretched-out sweater, stands in bad lighting, and has that unfortunate habit of asking you to think.
    And after a long day, who has the energy for thinking? We’d rather have something lighter — like a TV show that does it for us.

    I’m not saying don’t watch TV. Watch it — I do too, though more like a researcher asking, “What emotion is trending today?”
    Just please, turn on your brain before you turn on the remote.
    Because sometimes, the brain itself tries to escape from it.
    Like yesterday, when I saw a man on TV talking about napalm — my brain didn’t just “pause for thought,” it did a full somersault and tried to exit through the back door.

    Some things shouldn’t be shown — not because “people have different opinions,” but because they play others’ emotions like a piano.
    And even if a TV station claims to be “exposing” someone, what it really does is give them free PR.
    Classic rule: it doesn’t matter what they say — as long as they say it.


    Why does the lie win?

    Psychology has a few darkly funny answers:

    Confirmation bias: We love information that confirms what we already believe.
    Lies are masters of this — soft, flexible, easy to shape into your version of reality.
    Truth is rigid. It says, “I’m sorry, but…”
    And nobody likes the word “but.”

    Availability heuristic: Whatever is loud, shiny, and shocking seems “important.”
    If someone screams “NAPALM!” in prime time, your brain’s eyes go wide.
    That’s not stupidity — that’s biology.
    The problem starts when we stop asking, “Why was that put into my head?”

    Illusory truth effect: Repeat something a hundred times and even smart people start to feel it’s “familiar,” therefore “true.”
    Advertising knows it, politics loves it, and television sells it.
    Truth, repeated rarely, loses to lies repeated beautifully.

    Cognitive fatigue: After a long day, we crave simple answers.
    Lies offer quick relief: “It’s not your fault,” “They’re against us,” “Someone planned it all.”
    Truth shows up with a textbook and homework.
    And who’s got energy for homework?

    Social proof: If “everyone” shares it, it must be true.
    It’s not.
    Sometimes it’s just a well-tailored narrative — serving someone else’s interest.



    Television: not evil, but a tool (and tools cut both ways)

    TV isn’t the devil. It’s a knife — it can slice bread or cut a finger.
    The problem is, today every network has mastered framing (how to box a topic) and agenda setting (what we’ll think about tomorrow morning).
    And it’s not about left or right — propaganda doesn’t wear a flag, it wears a format.
    It has lighting, soundtracks, captions, and a guest who says just enough to keep viewers through the yoghurt commercial.

    You can see the pattern: every debate “needs” a spark — someone loud, emotional, outrageous.
    Not to make you understand, but to make you feel.
    Emotion fades faster than logic but gets clicks ten times quicker.
    That’s why feelings now masquerade as facts, and the host isn’t a knight of truth — but a director of the duel:
    “Minister, please — briefly!”

    Then the “hot topics” enter like napalm — all in red.
    Someone calls it “exposure.”
    I ask: exposure for whom?
    Because the cover story is never the correction — it’s the scandal.
    Attention is currency.
    And both TV and the internet trade in it.


    Why do we prefer true crime to the news?

    Here’s a paradox that’s both funny and sad.
    The same stations that stir up fear and anger ask psychologists:
    “Why are people obsessed with serial killer shows?”
    Really? Maybe because at least there, we know what’s true.
    There’s a date, a place, names, and consequences.
    It’s horrific — but honest.
    We’re so starved for authenticity that we’d rather watch brutal truth than sugar-coated debate.

    Not because we love crime — but because we’re tired of lies.


    Lies have better PR because they have no shame

    A lie is flexible — it wears your feelings, hugs your fears, promises an easy road.
    Truth says, “It’s going to be uncomfortable.”
    Lies say, “It’ll be simple.”
    Truth is a 1,000-piece puzzle.
    Lies are a meme.

    Notice how often people stop saying, “You’re right.”
    They replace it with, “That’s your opinion.”
    Brilliant invention — now nothing has to be true or false.
    Everything’s just a narrative.
    And when everything’s a narrative, the story that wins is the one that feels the best — or screams the loudest.

    We don’t need more information.
    We need better thinking habits.
    That’s it.


    How to think when you don’t feel like thinking

    No lectures, just a practical survival kit — brain edition:

    1. Ask “Who benefits?”
    Before reacting, ask who gains from you feeling this way — anger, fear, euphoria.
    If it can be measured in views, votes, or money — there’s your answer.


    2. Change the channel — in your head.
    If something carries you away emotionally, take three breaths.
    Write one line: “What do I know, and what do I just feel?”


    3. Distrust perfect alignment.
    If something fits your worldview perfectly — pause.
    Truth rarely fits perfectly. It usually scratches a bit.


    4. Read two opposing sources.
    Not for balance — for depth.
    Looking with one eye loses depth perception.


    5. Don’t reward manipulation with attention.
    Don’t click on screaming headlines.
    Don’t share “for fun.”
    Algorithms don’t get sarcasm — they just see engagement.


    6. Keep “information hygiene.”
    Like brushing teeth: one in-depth piece a day, no doomscrolling before bed, one day offline per week.
    The world won’t end. Promise.


    7. Be okay with “I don’t know.”
    That’s not ignorance — that’s courage.
    “I don’t know” opens your mind; “I know everything” shuts it.


    Trigger words and emotional DJs

    Words like “napalm,” “betrayal,” and “danger” light up newsroom dashboards like Christmas trees.
    They’re emotional triggers.
    The problem isn’t using them — it’s not knowing what they do.
    If someone keeps raising your temperature every five minutes, they’re not a doctor of truth — they’re a DJ for your nervous system.

    And yes, sometimes we “need to show what someone said to expose them.”
    But TV doesn’t expose — it amplifies.
    It sets the stage, adjusts the light, and turns it into a performance.
    And unfortunately, the stage itself is often the reward.


    “But I’m tired of politics!”

    Me too.
    That’s why this isn’t about politics.
    It’s about thinking.
    About the fact that truth doesn’t have to be fashionable to be necessary.

    You can watch TV — just watch it like a magician’s act:
    Admire the trick, but keep your hand on your wallet.

    Truth doesn’t shout.
    It doesn’t need to.
    It doesn’t have a budget for confetti or roller-skates.
    Truth stands quietly in the corner, waiting for you to notice.
    Sometimes shy, sometimes messy, sometimes uncomfortable — but it stays when the lights go out.

    Lies arrive first — they’ve got the red carpet.
    Truth walks.


    A personal note (because theory alone is boring)

    I’ve lost count of how many times I believed a comforting sentence just because it made me feel better.
    Or pretended something was “definitely true” because it fit my emotions.
    But truth has this annoying habit of showing up uninvited — right when you’ve got guests.
    It enters, looks around, and silently rearranges things.
    Not because it loves cleaning — but because it hates mental clutter.

    And you know what? I’ve started to like its silence.
    Because in silence, I finally hear what I think — not what someone just poured into my ears during prime time.


    Moral (without moralising)

    We don’t need “more truth on TV.”
    We need more truth inside ourselves.
    That means courage to not click, not comment, not amplify, not shout.
    It means accepting the boredom of facts and the luxury of checking sources.
    It’s mental fitness — invisible dumbbells included.

    Television won’t stop being television.
    The internet won’t stop being the internet.
    But we can stop being an audience to be manipulated.
    We can be viewers who think.

    You don’t need a PhD — just one good question at the right time:

    > “Who benefits from me feeling this way?”



    And if the answer is “Definitely not me,”
    turn off the sound — and turn your mind back on.


    A question for you

    When was the last time you realised you believed something just because everyone said it —
    And what happened when you checked the facts?

    And one more:
    Would you rather hear a pretty lie that comforts, or an uncomfortable truth that heals?

    Write it down.
    Not to win the argument — but to think better, together.