• 📖 🇵🇱🇬🇧 Tekst dostępny w dwóch językach – przetłumaczony na angielski poniżej.
    Scroll down to read the English version. 🌍✨

    🇵🇱

    Nie wiem, kto wymyślił, że żeby podróżować, trzeba mieć prawo jazdy. Wystarczy mieć chęć, odrobinę szaleństwa i męża, który prowadzi z anielską cierpliwością, mimo że z fotela pasażera cały czas słychać: „uważaj”, „skręć”, „czy to na pewno dobra droga?”.

    Tak właśnie jechaliśmy z Bristolu do Birmingham. Miało być prosto. Bez przygód. Bez zbędnych przystanków. Ale jak tylko zobaczyłam tabliczkę „Stratford-upon-Avon”, poczułam w kościach, że tam nas coś ciągnie. No i ciągnęło – dosłownie, bo mąż westchnął i skręcił.

    Nie wiem, czy kierował nim duch przygody, czy świadomość, że opór i tak nie ma sensu, ale po chwili byliśmy w mieście, które pachniało historią, starym papierem i świeżym deszczem.
    To tutaj urodził się William Shakespeare – człowiek, który całe życie pisał o namiętnościach, zdradach i tragediach, a potem nazwano go „największym poetą w dziejach”. Bo widać, że jak masz talent, to nawet problemy rodzinne mogą stać się sztuką.

    🇵🇱 Czasem wystarczy skręcić „bo mam przeczucie”, żeby znaleźć przygodę.
    🇬🇧 Sometimes all it takes is turning “because I’ve got a feeling” to find adventure.



    Spacerowaliśmy po parku, a ja od razu rzuciłam się na pomniki jak dziecko w sklepie z zabawkami. W centrum – Shakespeare. A wokół niego jego postacie: Hamlet z czaszką, Lady Makbet w egzystencjalnym kryzysie, książę Hal z koroną i błazen, który wyglądał, jakby właśnie dowiedział się, że dziś piątek i jest wypłata.

    Pierwszy był książę Hal. Stoi z tą koroną, trzyma ją w górze jak zwycięzca „Tańca z Gwiazdami”. Greg spojrzał na niego z miną króla życia i mówi:
    – Gdyby mi ktoś dał taką koronę, to bym nie oddał.
    Na co ja:
    – Tobie to by raczej dali koronę cierniową po remoncie łazienki.

    I śmiech poszedł w eter. Turyści się oglądali, ale co tam. My i tak graliśmy swoją komedię.

    🇵🇱 Stratford-upon-Avon – miejsce, gdzie Shakespeare spotyka codzienność.
    🇬🇧 Stratford-upon-Avon – where Shakespeare meets everyday life.



    Potem Hamlet. Stoi z czaszką i patrzy w nią jak ja w lustro po weekendzie. Podchodzę, patrzę mu prosto w oczy (kamienne, ale szczere) i mówię:
    – Wiesz, Hamlet, ja też często pytam „być albo nie być”, ale w moim przypadku chodzi o to, czy pić kawę, czy iść spać.
    Milczał. Jak to facet, gdy kobieta zaczyna mówić o swoich dylematach.

    Mąż robił mi zdjęcia, jakbym brała udział w jakimś projekcie artystycznym „Kobieta i jej egzystencjalne przemyślenia przy trupie”. Ale dobrze wyszło – Hamlet ma charyzmę, ja też, więc duet pierwsza klasa.

    🇵🇱 Hamlet, Lady Makbet i ja – trzy różne dramaty, jedno miasto.
    🇬🇧 Hamlet, Lady Macbeth and me – three dramas, one town.



    A potem była Lady Makbet. Patrzę na nią – cała w czerni, dramat w oczach, jakby właśnie zobaczyła rachunek za prąd. Grzesiek podszedł i mówi z powagą:
    – Niech Pani się nie przejmuje, każdemu się zdarza coś głupiego w małżeństwie.
    I w tym momencie nawet Lady Makbet by się uśmiechnęła, gdyby nie była z brązu.

    Wtedy pomyślałam, że każda z nas ma w sobie coś z Lady Makbet. Czasem próbujemy „zmyć” błędy, które już dawno przestały nas definiować. Ale nie ma sensu – życie i tak zapisze nowy rozdział.

    🇵🇱 Nie mam prawa jazdy, ale mam kierunek – i to mi wystarcza.
    🇬🇧 No driving licence, but a sense of direction – and that’s enough for me.



    Zaraz obok stał błazen. Uśmiechnięty, rozłożony w teatralnym geście, jakby mówił:
    „Patrzcie, i tak wszyscy gramy, tylko nie każdy ma odwagę przyznać, że jego rola to komedia.”
    Mąż spojrzał na niego i mówi:
    – Patrz, Eliza, nawet on wygląda na bardziej szczęśliwego niż ludzie po wypłacie.
    I miał rację.

    Potem był Falstaff – mój faworyt. Facet z brzuchem, kuflem i miną człowieka, który wie, że dieta to wymysł XXI wieku.
    Położyłam mu nogę na kolanie (czysto symbolicznie, proszę się nie śmiać) i mówię:
    – Słuchaj, Falstaff, ty to miałeś dobrze. Zero stresu, tylko piwo, żarty i filozofia życiowa.
    A on – jak każdy mężczyzna z kuflem – milczał, ale ja wiem, że mnie rozumiał.

    I już myślałam, że nic nas bardziej nie zaskoczy, aż zobaczyliśmy… stół do ping-ponga.
    Taki zwyczajny, na środku pasażu . Mąż, jak to on, od razu chciał zagrać. Ja oczywiście próbowałam – z całych sił, ale moja rakietka miała chyba wrodzony bunt wobec piłeczki. Po kilku próbach, gdy piłeczka uciekała w każdy możliwy kierunek oprócz stołu, Greg się śmiał, a ja próbowałam zachować resztki godności.

    🇵🇱 Starsza pani od ping-ponga – najlepszy dowód, że dobro jest zaraźliwe.
    🇬🇧 The ping-pong lady – living proof that kindness is contagious.



    I wtedy podeszła pewna starsza pani. Elegancka, z uśmiechem, taka typowo brytyjska – wiesz, ta aura spokoju, herbaty i dobrego wychowania.
    Patrzy na mnie, widzi moją walkę z grawitacją i mówi do Grega:
    – I’ll play with you, love.
    I zagrała! Tak po prostu. Z obcym facetem w parku.

    I to właśnie jest piękne w Anglii.
    Tutaj ludzie naprawdę potrafią się uśmiechnąć, zagadać, podejść i zrobić coś miłego – bez powodu.
    Nie musisz znać, nie musisz tłumaczyć. Wystarczy być człowiekiem.

    Patrzyłam, jak grają – ona z gracją, Grześ z entuzjazmem – i pomyślałam, że to najpiękniejszy moment całej wycieczki. Bo to właśnie takie drobiazgi pokazują, że świat nie jest jeszcze taki zły.

    A potem, jakby dla równowagi, Mąż przegrał z nią 11:4, więc ego wróciło na ziemię szybciej niż piłeczka po smeczu.

    🇵🇱 Falstaff wiedział, że życie to nie dieta – to degustacja.
    🇬🇧 Falstaff knew life isn’t a diet – it’s a tasting menu.



    Kiedy wracaliśmy do samochodu, śmialiśmy się, że zaczęliśmy dzień jako turyści, a skończyliśmy jako aktorzy w komedii życia. I że nawet bez prawa jazdy można kierować swoją przygodą – wystarczy wskazać kierunek i powiedzieć: „Skręć tutaj, czuję, że będzie ciekawie”.

    I wiecie co? Zawsze jest.

    Bo jak mawiał sam Szekspir:

    > „Cały świat to scena, a ludzie to tylko aktorzy.”



    Tylko że ja – zamiast kierownicy – mam własny scenariusz.
    I w nim jest miejsce na pomniki, śmiech, błaznów, Lady Makbet, i starsze panie od ping-ponga, które przypominają, że dobro jest zaraźliwe.

    A jeśli kiedyś zobaczysz stół do ping-ponga– nie przechodź obojętnie.
    Bo może właśnie tam zaczyna się Twoja scena.

    🇵🇱 Kiedy zwiedzasz z humorem, nawet pomniki się uśmiechają.
    🇬🇧 When you travel with humour, even the statues start smiling.

    📍 Stratford-upon-Avon – miasto, w którym historia naprawdę ma poczucie humoru

    To właśnie tutaj, nad rzeką Avon, w 1564 roku urodził się William Shakespeare – człowiek, który zrobił z ludzkich dramatów światową literaturę.
    Dziś to spokojne miasteczko pełne kanałów, starych domów i uśmiechniętych ludzi, którzy naprawdę potrafią się zatrzymać, porozmawiać i… zagrać z obcym w ping-ponga.

    I może właśnie to jest sekret życia po brytyjsku – nie śpieszyć się, nie przejmować drobiazgami, pić herbatę w deszczu i czasem po prostu powiedzieć „why not?”.
    Bo najpiękniejsze rzeczy zdarzają się wtedy, kiedy nie masz prawa jazdy, ale masz kierunek, ciekawość i serce otwarte na niespodzianki. ❤️

    🇵🇱 Tam, gdzie historia pachnie deszczem i starym papierem.
    🇬🇧 Where history smells like rain and old paper.




    🇬🇧

    🎭 A Weekend with Shakespeare: How to Find the Meaning of Life Without a Driving Licence (and Lose at Ping-Pong to a Stranger)

    I’ve never understood who decided that travelling requires a driving licence.
    All you really need is curiosity, a pinch of madness, and a husband with the patience of a saint — especially when, from the passenger seat, he keeps hearing:
    “Careful.”
    “Turn here.”
    “Are you sure this is the right way?”

    That’s exactly how we were driving from Bristol to Birmingham.
    It was supposed to be simple — no adventures, no extra stops.
    But the moment I saw the sign “Stratford-upon-Avon”, something in my bones whispered: we need to go there.
    And so we did.
    Greg sighed, rolled his eyes, and turned the wheel — because he knew that resistance was futile.

    A few minutes later, we were in a town that smelled of history, old paper, and fresh rain.
    This is where William Shakespeare was born — the man who spent his life writing about passion, betrayal, and tragedy… and was later called “the greatest poet of all time.”
    Apparently, when you have talent, even family drama can become world-class art.

    We walked through the park, and I immediately ran to the statues like a kid in a toy shop.
    In the centre — Shakespeare himself.
    And around him, his characters: Hamlet holding a skull, Lady Macbeth in full existential crisis, Prince Hal with his crown, and the Fool — grinning like he just found out it’s payday.

    The first one we met was Prince Hal.
    He’s standing there, holding the crown up like he just won Strictly Come Dancing.
    Greg looked at him proudly and said:
    “If someone gave me a crown like that, I’d never give it back.”
    To which I replied:
    “They’d probably give you a crown of thorns after finishing the bathroom renovation.”

    We both burst out laughing. Tourists turned their heads — but who cares?
    We were starring in our own comedy anyway.

    Then came Hamlet — staring into his skull like I stare into the mirror on a Monday morning.
    I looked straight into his eyes (well, stone ones) and said:
    “You know, Hamlet, I often ask ‘to be or not to be,’ but in my case it’s more like ‘to drink coffee or take a nap.’”
    He said nothing — like any man when a woman starts talking about her existential dilemmas.

    Greg took pictures of me like I was part of an art project titled “Woman and Her Reflections Next to a Corpse.”
    But I must say — they turned out great. Hamlet has charisma. And so do I. Perfect duo.

    Next was Lady Macbeth. Dressed in black, eyes full of drama, like she just opened her electricity bill.
    Greg approached her and said seriously:
    “Don’t worry, love. We all do stupid things in marriage sometimes.”
    I swear, even bronze Lady Macbeth would have smiled if she could.

    And I thought — every woman has a bit of Lady Macbeth inside her.
    We all try to “wash away” the mistakes that stopped defining us long ago.
    But there’s no point. Life always writes a new chapter anyway.

    Nearby stood the Fool — smiling, arms spread wide as if saying:
    “See? We’re all actors — only some of us are brave enough to admit our play is a comedy.”
    Greg looked at him and said:
    “Look, Eliza, even he looks happier than people on payday.”
    And he was right.

    Then came my favourite — Falstaff.
    A man with a belly, a mug of beer, and the face of someone who knows that diets are just a 21st-century conspiracy.
    I rested my leg on his knee (symbolically, don’t laugh!) and said:
    “Falstaff, you had it good — no stress, just beer, jokes, and philosophy.”
    And as every man with a pint does — he stayed silent.
    But I know he understood me.

    Just when I thought nothing could surprise us anymore — we saw it.
    A ping-pong table.
    Right in the middle of the walkway.
    Greg, of course, wanted to play.
    I tried too… with all my heart, but my paddle clearly had a personal conflict with the ball.
    After several failed attempts, with the ball flying everywhere except the table, Greg was laughing while I was trying to keep my dignity intact.

    And then she appeared — a lovely elderly lady.
    Elegant, smiling, perfectly British — radiating calm, tea, and good manners.
    She looked at me, saw my hopeless struggle, turned to Greg and said:
    “I’ll play with you, love.”

    And she did.
    Just like that.
    Played with a stranger in the park.

    And that’s the beauty of England.
    People here can genuinely smile, start a chat, or do something kind — just because.
    No need to know each other. No need to explain.
    Just be human.

    I watched them play — she graceful, Greg enthusiastic — and thought: this is the most beautiful moment of the trip.
    Because it’s the small, unplanned things that remind you the world isn’t such a bad place after all.

    For the record, she won 11:4.
    So yes — his ego came back to earth faster than the ping-pong ball after a smash.

    On our way back to the car, we laughed that we started the day as tourists and ended it as actors in a comedy about life.
    And that even without a driving licence, you can still steer your own adventure — all you have to do is point and say, “Turn here, I’ve got a feeling it’ll be fun.”

    And you know what?
    It always is.

    As Shakespeare himself said:

    > “All the world’s a stage,
    And all the men and women are merely players.”



    Except in my version — I don’t have a steering wheel.
    I’ve got a script.
    And in it, there’s room for statues, laughter, fools, Lady Macbeths, and kind ladies with ping-pong paddles who remind you that kindness is contagious.

    So if you ever see a ping-pong table — don’t walk past it.
    Because maybe that’s where your scene begins.

    📍 Stratford-upon-Avon — the town where history truly has a sense of humour.

    It’s here, by the River Avon, that William Shakespeare was born in 1564 — the man who turned human chaos into eternal literature.
    Today, it’s a peaceful little town filled with canals, old houses, and people who still know how to stop, smile, chat — and play ping-pong with strangers.

    And maybe that’s the secret of British life:
    Don’t rush.
    Don’t stress.
    Drink your tea in everything now and then, just say “why not?”

    Because the best stories begin when you don’t have a driving licence — but you do have direction, curiosity, and an open heart. ❤️

  • Każdy ma w sobie coś z inżyniera.
    Nie, nie chodzi o to, że potrafimy zbudować most albo naprawić kran (chociaż Grzegorz pewnie by się nie zgodził, bo on naprawdę potrafi 😅).
    Mam na myśli to, że każdy z nas codziennie konstruuje coś własnego — życie, relacje, siebie.
    Czasem wychodzi idealnie równo, a czasem… ściana się krzywi, bo fundamenty robiło się w pośpiechu.

    Ale dziś opowiem Wam historię człowieka, który postanowił być pierwszy, nie wiedząc jeszcze, że zostanie niezapomniany.

    Isambard Kingdom Brunel – człowiek, który wymyślił odwagę na nowo

    Rok 1828.
    Młody inżynier pisze słowa, które widzicie na tej karteczce:

    > “Be the first engineer and an example for future ones.”



    „Bądź pierwszym inżynierem i przykładem dla tych, którzy przyjdą po tobie.”
    Nie brzmi to jak post motywacyjny z Instagrama, prawda? A jednak ma w sobie coś, co porusza.

    Bo Brunel naprawdę był pierwszy.
    Nie dlatego, że nikt przed nim nie budował mostów czy statków.
    Ale dlatego, że miał odwagę budować inaczej — i nie przepraszać za to, że myśli po swojemu.

    Zaprojektował m.in. Clifton Suspension Bridge (tak, ten sam, na którym byliśmy wczoraj) i SS Great Britain, czyli pierwszy na świecie statek parowy z żelaznym kadłubem.
    W tamtych czasach to był kosmos.
    Ludzie mówili, że żelazo nie uniesie się na wodzie.
    Brunel im na to: „Patrzcie.”
    I popłynął. Dosłownie.



    SS Great Britain – cud, który narodził się z uporu

    Dziś stoi dumnie w dokach Bristolu, odnowiony, błyszczący jak nowa moneta.
    Aż trudno uwierzyć, że kiedyś zatonął, zardzewiał, a przez lata był tylko wrakiem, o którym mało kto pamiętał.
    Został uratowany dopiero w latach 70., przywieziony z Falklandów i odrestaurowany.
    Czyli dosłownie — wrócił do życia.

    Patrząc na niego, miałam w głowie jedną myśl:
    Nie ma takiego dna, z którego nie można wypłynąć.
    Bo jeśli statek, który leżał na dnie oceanu, dziś znów błyszczy w słońcu, to znaczy, że wszystko da się odbudować.

    Czasem człowiek też musi zejść na dno, żeby przypomnieć sobie, że potrafi się odbić.
    I może właśnie dlatego tak lubię takie miejsca — one nie tylko uczą historii, ale też dają nadzieję.



    My i Brunel – czyli dwa różne światy, jeden sens

    Kiedy stanęliśmy z Grzegorzem przed tym gigantem, pomyślałam, że w sumie jesteśmy do niego trochę podobni.
    On – żelazny, pełen blizn po sztormach, ale dalej stoi.
    Ja – może mniej z żelaza, ale też po kilku życiowych burzach, które mogły mnie zatopić.
    A jednak stoję.

    Grzesiek jak zwykle udawał, że to tylko wycieczka, ale znam ten jego wzrok — to spojrzenie faceta, który też coś buduje.
    Nie z cegieł, ale z wytrwałości.
    Dom, rodzinę, siebie.

    I tak chodziliśmy po pokładzie SS Great Britain, on oglądał śruby i nity, a ja myślałam o tym, że życie to w sumie ciągły remont.
    Czasem trzeba coś przeszlifować, czasem wymienić część, która już nie działa.
    A czasem – po prostu stanąć na pokładzie i powiedzieć: „Dobra. Płyniemy dalej.”

    Brunel, który się nie poddał

    Brunel nie był tylko geniuszem — był też człowiekiem, który popełniał błędy.
    Wielkie projekty, jeszcze większe porażki.
    Niektóre jego pomysły kosztowały majątek i doprowadziły go do ruiny.
    Ale on nigdy nie przestał próbować.

    I tu jest coś, co powinniśmy sobie powtarzać codziennie:
    Nie ma sukcesu bez kilku katastrof po drodze.

    Bo jeśli czekasz, aż wszystko będzie idealne, to nigdy nie odpłyniesz z portu.
    A statek stoi w porcie tylko po to, żeby zardzewieć.



    Psychologia z pokładu: czyli jak nie zgubić siebie w drodze

    W psychologii mówi się o tzw. growth mindset — nastawieniu na rozwój.
    To znaczy, że zamiast mówić „nie potrafię”, mówisz „jeszcze się uczę”.
    I dokładnie tak żył Brunel.

    Nie wiedział, jak coś zrobić – więc wymyślał.
    Nie miał wzoru – więc tworzył własny.
    I za każdym razem, kiedy coś mu się waliło, wracał do tego, co napisał jako młody chłopak:
    „Bądź przykładem dla przyszłych.”

    To zdanie można odnieść do wszystkiego.
    Bo bycie przykładem nie znaczy, że masz być idealna.
    Znaczy, że idziesz dalej, nawet jak się boisz.
    Że ktoś, kto patrzy na ciebie — może pomyśleć: „Skoro ona dała radę, to ja też mogę.”



    Statek, który przypomina o nas samych

    Patrzyłam na tę ogromną konstrukcję i pomyślałam, że człowiek jest trochę jak ten statek.
    Z zewnątrz wygląda solidnie, błyszczy, a w środku – trochę rdzy, trochę starych śrub, trochę pamiątek po sztormach.
    Ale dopóki w środku jest serce, dopóki coś napędza ten silnik — to dalej płynie.

    My też mamy swoje fale – rachunki, zmęczenie, plany, które nie zawsze wychodzą.
    Ale potem przychodzi taki dzień, jak ten w Bristolu.
    Dzień, kiedy patrzysz na historię kogoś, kto był przed tobą i myślisz:
    „Dobrze. Może nie jestem Brunel, ale buduję swoje.”



    A może właśnie o to chodzi?

    Może szczęście to nie stan, tylko proces?
    Jak statek – nigdy nie stoi w miejscu, bo woda zawsze się rusza.
    I nawet jak czasem faluje, to nie znaczy, że się tonie.
    Czasem to po prostu znak, że płyniesz w dobrą stronę.



    Kiedy wychodziliśmy z doków, Mąż powiedział:
    – Wiesz, że ten statek ma ponad 180 lat?
    – Wiem. I dalej się trzyma. – odpowiedziałam.
    – No właśnie. Ty też – dodał i uśmiechnął się tym swoim spokojnym, cichym uśmiechem.

    I pomyślałam wtedy, że jeśli kiedyś ktoś miałby napisać o nas jedno zdanie, chciałabym, żeby brzmiało tak:
    „Zbudowali swoje życie po swojemu. I nie bali się płynąć pod prąd.”




    Bo może nie jesteśmy inżynierami, ale każdego dnia budujemy coś ważnego.
    A najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że nie trzeba być Brunelem, żeby zostawić po sobie ślad.
    Wystarczy być sobą.
    Do końca. ❤️

  • Są takie miejsca, które wyglądają jak z pocztówki – piękne, spokojne, aż trudno uwierzyć, że pod tą powierzchnią kryje się tyle historii.
    Clifton Suspension Bridge w Bristolu to właśnie jedno z nich.
    Dla turystów – idealne tło do selfie.
    Dla mnie – lekcja o tym, jak cienka jest granica między przepaścią a początkiem czegoś nowego.

    Byliśmy tam z mężem podczas naszego urlopu. Wreszcie bez pośpiechu, bez dzwoniącego telefonu i bez planu na każdą minutę. Chcieliśmy po prostu zobaczyć coś pięknego. A wyszło… jak zwykle – głębiej, niż się spodziewałam.

    Sarah Ann Henley – dziewczyna, która skoczyła i przeżyła

    Historia Clifton Bridge ma w sobie coś z bajki i coś z dramatu.
    W 1885 roku 22-letnia Sarah Ann Henley dostała list od ukochanego, że „to koniec”.
    Zrozpaczona, stanęła na moście i skoczyła.
    I tu życie pokazało, że ma poczucie humoru – bo jej szeroka, warstwowa suknia złapała powietrze jak spadochron. Wiatr uniósł ją, a błotnisty brzeg rzeki złagodził upadek.

    Sarah przeżyła.
    Wyszła za mąż. Przeżyła jeszcze 63 lata.
    Zyskała nawet przydomek „kobieta, która oszukała los”.

    I wiesz co? Patrząc na ten most, pomyślałam, że każda z nas ma w sobie trochę tej Anny.
    Ten moment, gdy już nie widzisz sensu, gdy serce krzyczy „dość”.
    A potem coś – przypadek, człowiek, słowo – łapie cię w ostatniej chwili.
    Nie dlatego, że życie zawsze jest łaskawe.
    Tylko dlatego, że nawet w najgorszym momencie może zdarzyć się cud.

    Dwie walizki, które przypomniały mi o życiu

    Ale most ma też swoją mroczną stronę.
    W zeszłym roku świat obiegła wiadomość o dwóch walizkach znalezionych na moście.
    W środku – ludzkie szczątki.
    Brzmi jak scena z kryminału, ale to niestety prawdziwa historia.

    Staliśmy wtedy z mężem i patrzyliśmy w dół, na rzekę Avon, na ten sam most, o którym tyle czytałam.
    I przyszło mi do głowy coś zupełnie innego niż to, co mówili w wiadomościach.

    Każdy z nas ma swoje walizki.
    Jedni niosą je z dumą, inni wstydliwie po kątach serca.
    W środku wspomnienia, żale, winy, strachy – wszystko to, czego nie pokazujemy na Instagramie.
    I czasem dźwigamy to tak długo, że nawet nie zauważamy, jak bardzo ciągnie nas w dół.

    A może właśnie po to są takie miejsca jak Clifton?
    Żeby przypomnieć nam, że warto się zatrzymać, otworzyć swoją „walizkę” i spojrzeć, co w niej naprawdę siedzi.
    Bo czasem, gdy w końcu wypuścisz przeszłość – robi się lżej.
    Nie dlatego, że zapominasz.
    Tylko dlatego, że już nie musisz dźwigać wszystkiego sama.
    My, most i wiatr

    Wiesz, co jest w tym wszystkim najpiękniejsze?
    Że staliśmy tam razem – ja i Mąż – i żadne z nas nie musiało nic mówić.
    Patrzyliśmy w dal, wiatr rozwiewał włosy (moje bardziej niż jego 😅), a gdzieś w środku była ta dziwna cisza, która pojawia się, gdy czujesz, że jesteś dokładnie tam, gdzie trzeba.

    Bo życie to nie tylko bieganie za czymś nowym.
    Czasem chodzi o to, żeby zatrzymać się nad przepaścią, spojrzeć w dół, a potem spokojnie pójść dalej – trzymając czyjąś dłoń.

    Nie wiemy, co przyniesie kolejny zakręt.
    Ale wiemy jedno – nawet jeśli most się chwieje, to póki idziemy razem, zawsze znajdziemy równowagę.

    Na koniec – lekcja z Bristolu

    Sarah Ann Henley nauczyła mnie, że nawet w najgorszym upadku może kryć się początek nowego życia.
    A te dwie walizki przypomniały, że dopóki ich nie otworzymy, nie zobaczymy, co nas naprawdę zatrzymuje.

    Więc jeśli dziś czujesz, że wszystko się wali – pamiętaj o Annie.
    I o tym, że każdy most kiedyś drżał przy budowie.
    A mimo to stoi do dziś – dumny, piękny, niezniszczalny.

    Tak jak Ty. 🌉💫