• Witajcie, kochani!
    Dziś biorę na tapetę naszych ukochanych panów. Ach, ci mężczyźni! Bez nich czasem łatwiej, ale z nimi – ciekawiej. 😉

    Ten, kto mnie śledzi, wie, że miałam w życiu swoje doświadczenia z facetami. I nie zawsze były one godne polecenia. Jako mama samotnie wychowująca dzieci miałam w głowie obraz mężczyzny jako wiecznego alkoholika, awanturnika i specjalisty od myślenia wyłącznie o sobie. Ale wiecie, co jest najzabawniejsze? Mimo tego łatwiej dogadywałam się z facetami niż z kobietami. Dlaczego? Bo oni są… prostsi w obsłudze.

    Nie ma miliona wersji historii. Nie ma „obrażę się, ale powiem, że nic się nie stało, a ty masz się domyślić”. Oni są jak pilot do telewizora – naciskasz guzik i masz efekt. Coś jest albo tego nie ma. Koniec, kropka.

    Psychologia potwierdza: mężczyźni myślą bardziej „tunelowo”. Ich mózg woli działać zadaniowo – jedna sprawa na raz, krok po kroku. Nasz kobiecy mózg? Wielozadaniowy, przeskakuje z jednego tematu na drugi jak szalony królik na kofeinie. Dlatego często mamy wrażenie, że on nas nie rozumie. On naprawdę nie rozumie – bo w jego głowie działa inny system operacyjny!

    Kiedy poznałam mojego męża, długo musiał się za mną nabiegać. Moja nieufność to była zapora nie do przejścia. A jednak nie poddał się. Jesteśmy razem już 18 lat – i powiem Wam, że gdyby nie jego cierpliwość, już dawno byśmy się rozstali. Dopiero po terapii odważyłam się opowiedzieć mu o tym, co działo się w moim domu rodzinnym. A on? Zrozumiał. I dopiero wtedy powiedział: „Teraz już wiem, czemu czasem reagujesz tak, a nie inaczej”. I wiecie co? Zaczęłam zakochiwać się w nim na nowo.

    Mój mąż zawsze miał zwyczaj pytać nawet 10 razy dziennie: „Kochasz mnie?”. I powtarzać, że mnie kocha. Ja – klasyczna sceptyczka – potrzebowałam aż 13 lat, żeby naprawdę w to uwierzyć. A on tyle lat żył u boku kobiety, która nie umiała mu zaufać. A mimo to nie odszedł. Nie poddał się. I dziś mogę powiedzieć: dzięki niemu nauczyłam się, że nie wszyscy faceci to potwory w ludzkiej skórze.

    Bo facet, dziewczyny, to też człowiek. A psychologia mówi jasno: oni mają ogromną potrzebę bycia docenionymi. I nie chodzi o wielkie rzeczy. Wystarczy czasem powiedzieć: „Ale super to zrobiłeś!”, „Świetnie wyglądasz w tej koszuli” albo zwykłe „Dziękuję, że jesteś”. Mężczyzna, który czuje się ważny dla swojej kobiety, będzie nosił ją na rękach – dosłownie i w przenośni.

    Ciekawostka: badania pokazują, że poziom testosteronu spada u mężczyzn, którzy zostają ojcami. Dlaczego? Bo natura tak to wymyśliła, żeby mniej „polowali”, a bardziej chcieli być przy dzieciach. Czyli facet naprawdę potrafi się zmienić – trzeba mu tylko trochę zaufać.

    Jeszcze jedna rzecz: oni nie zawsze wiedzą, jak mówić o emocjach. My mamy tysiąc słów na określenie smutku czy złości. Oni mają dwa: „wkurzony” i „spoko”. Dlatego kiedy nie mówią, że jest im źle – to wcale nie znaczy, że nic nie czują. Po prostu inaczej to wyrażają. I to my często musimy się nauczyć ich języka.

    Drogie panie, pamiętajmy też, że oni zakochali się w kobiecie zadbanej, przebojowej, pełnej życia. To my same zamieniamy się potem w „matki Polki w szlafroku”, które wszystko ogarniają, a potem mają pretensje, że nikt ich nie docenia. A przecież mężczyzna też potrzebuje czuć, że jego kobieta chce być atrakcyjna – i dla siebie, i dla niego. Bo mówi się, że „ładna miska jeść nie daje”… Może i nie daje, ale lepiej się z niej je, jak jest zadbana. 😉

    Dlatego warto o nich dbać – nie tylko wymagając, ale też dając. Chwalić, doceniać, zauważać. Wtedy dzieje się magia.

    Podsumowując: ach ci mężczyźni! Czasem doprowadzają nas do szewskiej pasji. Mają swoje „proste myślenie”, gubią skarpetki i twierdzą, że lodówka jest pusta, mimo że wszystko stoi na pierwszej półce. Ale prawda jest taka – bez nich byłoby po prostu nudno.




    👉 A teraz pytanie do Was, dziewczyny: co najbardziej cenicie w swoich facetach? I za co ich najczęściej chwalicie? Piszcie w komentarzach – może razem odkryjemy, że ci nasi panowie wcale nie są tacy źli, jak czasem lubimy o nich mówić!

    👉 I pytanie do panów – co dla Was jest najważniejsze w związku? Co sprawia, że czujecie się naprawdę kochani i docenieni przez swoje partnerki?

  • Od kiedy pamiętam, w moim domu unosił się zapach wódki. Był jak niechciany lokator, jak duch, który przesiąkał firanki, ubrania i włosy. Nie znałam innej codzienności. Wchodziłam do kuchni, a on już tam był. Czasami próbowałam go zagłuszyć – świeżo ugotowanymi ziemniakami, zupą, smażonym mięsem – ale on i tak wygrywał. Wżerał się w ściany, w meble, we mnie. Był ze mną w szkole, kiedy nauczyciel pytał, dlaczego znowu jestem zamyślona. Był ze mną w łóżku, kiedy próbowałam zasnąć, licząc owce, a nie wyzwiska dochodzące zza ściany. I był ze mną w chwilach, gdy najbardziej pragnęłam ciepła i przytulenia – zamiast tego dostawałam chaos, śmiech nie do końca trzeźwy, a potem ciszę pełną zawodu.

    Mama była piękną kobietą. Elegancką, czystą, przebojową. Miała w sobie coś, co przyciągało ludzi – błysk w oku, poczucie humoru tak podobne do mojego, że nieraz płakałyśmy ze śmiechu do późnej nocy. Była moją najlepszą przyjaciółką i największym koszmarem w jednym ciele. I w tym właśnie tkwiła moja największa rana: kochałam ją tak bardzo, że każde jej potknięcie, każdy kieliszek więcej wbijał mi nóż prosto w serce. A ja uczyłam się żyć z tym bólem tak, jak uczy się żyć z blizną – na początku boli przy każdym ruchu, potem zostaje tylko drętwienie, a później, gdy dotkniesz, czujesz pustkę, która już na zawsze będzie twoja.

    Pamiętam dzień, kiedy powiedziała: „Ja już tu nie wrócę”. Słońce świeciło przez okno, ja obierałam ziemniaki na obiad. Miałyśmy je z siostrą zjeść razem, czekając na tatę, który pracował kilkaset kilometrów dalej. Byłam jeszcze dzieckiem, ale w tamtej chwili poczułam się dorosła. Obiecałam ziemniaki, a zamiast tego dostałam pustkę, której nie potrafiłam zasypać. Na początku myślałyśmy, że to kolejny epizod, że znowu się napiła, a potem wróci. Ale nie. Tym razem nie wróciła. Znalazła sobie kogoś starszego o trzydzieści lat. Kogoś, kto miał dzieci w jej wieku. Z perspektywy czasu wiem, że nie chodziło o miłość. Chodziło o alkohol. O miejsce, gdzie butelka była zawsze pełna i gdzie nie musiała się wstydzić tego, kim się stała.

    Tata nigdy nie zabronił nam jej odwiedzać. Nie wiem, czy to było dobre, czy złe. Wtedy myślałam, że dobrze – bo mogłam ją widywać, mogłam mieć chociaż kawałek mamy. Ale ten kawałek był skażony libacjami, krzykami, padaczkami alkoholowymi. Byłam dzieckiem, a siedziałam przy stole, gdzie dorośli oblewali każdy dzień, jakby to była najważniejsza uroczystość. Widziałam, jak alkohol odbierał jej twarz – piękna kobieta powoli zamieniała się w karykaturę samej siebie. A ja… ja tylko chciałam mieć mamę. Tę prawdziwą, tę, z którą można było się śmiać, którą można było przytulić. I dlatego tam chodziłam. Nawet jeśli czekało mnie kolejne rozczarowanie, wciąż miałam nadzieję, że może tym razem będzie inaczej.

    Był taki czas, kiedy przestała pić. To było po narodzinach mojego pierwszego dziecka. Przez kilka lat miałam mamę taką, jaką zawsze pragnęłam. Pomagała mi, wspierała, była obok. Była ostoją. W tamtych chwilach zapominałam o przeszłości, wierzyłam, że choroba została za nami. Ale gdy mój syn miał około sześciu lat, mama znowu sięgnęła po kieliszek. I wrócił dawny koszmar – może jeszcze gorszy, bo tym razem znałam już smak tego, jak mogłoby być dobrze. To było jak pokazanie komuś raju, a potem zamknięcie drzwi na klucz i wyrzucenie go w piekło.

    Czasy się zmieniały, ale alkohol pozostawał taki sam. W latach 80. lał się strumieniami. Piło się z okazji imienin, świąt, urodzin, awansów, pogrzebów i bez okazji. Nikt nie zadawał pytań, każdy miał swoją butelkę, każdy miał swoje powody. Ale mama nie piła jak inni. Mama piła, żeby przetrwać. A może piła, żeby przestać czuć. Nie wiem do dziś. Gdy przeszła na emeryturę, zaczęła się staczać coraz szybciej. Wyprowadziła się z miasta, zerwała kontakty, odzywała się tylko wtedy, gdy trzeźwiała. Każdy telefon, każdy list był jak oddech ulgi, ale i strach – bo wiedziałam, że to tylko chwilowe. Wiedziałam, że zaraz zniknie znowu, że wpadnie w wir, z którego już nie będzie chciała wychodzić.

    W pewnym momencie jej życia wylądowała na ulicy. Bezdomna. Zmarznięta, głodna, zapomniana. Odmroziła sobie palce – amputowali je. Byłam wtedy daleko, za granicą, a mimo to starałam się pomóc. Dzięki jednej osobie, która podała jej rękę, i pani z opieki społecznej udało się zorganizować jej roczny pobyt w szpitalu. Myślałam, że to będzie moment przełomu. Rok w czystym miejscu, pod opieką lekarzy. Ale nadzieja jest krucha, kiedy naprzeciw stoi alkoholizm. Pamiętam rozmowę z kobietą z opieki społecznej, która patrząc mi prosto w oczy, powiedziała: „Lekarz psychiatra twierdzi, że nie ma już ratunku. Mama jest nastawiona na autodestrukcję. Proszę, niech pani poszuka pomocy dla siebie. Dla mamy już nic nie zrobimy, ale pani jeszcze można pomóc.”

    Te słowa złamały mnie, a jednocześnie były początkiem mojego uzdrowienia. Całe życie próbowałam być ratownikiem. Trzymałam mamę, ciągnęłam ją, kiedy upadała. Stałam jak mur, gotowa chronić ją przed światem. Aż w końcu ktoś powiedział mi, że moja siła nie wystarczy. Że jej nie uratuję, choćbym oddała własne życie. To był moment, w którym po raz pierwszy pomyślałam, że może nie muszę jej zbawiać. Że mogę zbawić samą siebie.

    Bałam się mówić o tym głośno. Wstyd, poczucie winy, złość – wszystko mieszało się we mnie. Ale w końcu sięgnęłam po pomoc. Mieszkając w Anglii, zaczęłam szukać psychologów online. Nie czytałam opisów, patrzyłam na zdjęcia. Potrzebowałam zaufać intuicji. Trafiłam na terapeutę, który nie od razu, ale powoli, krok po kroku, zaczął do mnie docierać. To nie było proste. Nie umiałam mówić o sobie. Więc napisałam. Zebrałam w słowa uczucia, wspomnienia, obrazy z mojego życia i wysłałam mu. To był mój sposób na rozmowę, na otwarcie się. I właśnie wtedy narodziła się moja książka. Z bólu, z potrzeby zrozumienia, z pragnienia, by ktoś mi pomógł uporządkować ten chaos.

    Mama zmarła w 2024 roku, między czerwcem a lipcem. Znaleźli ją w lesie. Ciało było w takim stanie, że potrzebne były testy DNA, by potwierdzić, że to ona. Pamiętam, że kiedy usłyszałam tę wiadomość, poczułam mieszaninę złości i ulgi. Byłam wściekła – na nią, na siebie, na świat. Ale byłam też spokojna. Wiedziałam, że już się nie męczy. Że w końcu znalazła ciszę, której całe życie szukała w butelce. Zawsze powtarzała, że chce być ze swoją mamą, z Walentyną. I teraz była. Wierzę w to.

    Po śmierci mamy poczułam pustkę, której nie da się porównać z niczym innym. Niby wiedziałam, że taki finał jest nieunikniony. Że każdy dzień, każda libacja, każde jej zniknięcie prowadziło dokładnie do tego miejsca. A jednak, gdy usłyszałam o jej śmierci, coś we mnie pękło. Nie było już przestrzeni na nadzieję, na wiarę, że może któregoś dnia zadzwoni i powie: „Wróciłam. Tym razem na zawsze.” Śmierć zamknęła wszystkie drzwi, wszystkie możliwości. Pozostawiła mnie z ciszą, która była cięższa niż wszystkie awantury razem wzięte.

    Pierwsze dni były jak sen. Zły, gęsty, z którego nie mogłam się obudzić. Próbowałam sobie wyobrazić, jak wyglądały jej ostatnie chwile. Czy była sama? Czy czuła ból? Czy zdawała sobie sprawę, że to już koniec? Czy może po prostu odpłynęła, tak jak zasypia się po ciężkim dniu? Nie wiem. Nigdy się nie dowiem. A to niewiedza bolała najbardziej. Była jak drzazga, której nie da się wyciągnąć – tkwiła we mnie i kaleczyła przy każdym ruchu.

    Ale obok bólu pojawiło się coś jeszcze. Ulgę trudno wytłumaczyć komuś, kto tego nie przeżył. Kiedy żyjesz latami w ciągłym napięciu, w ciągłym czekaniu na telefon, że stało się coś złego – i nagle ten telefon już nigdy nie zadzwoni – czujesz spokój. Straszny, brutalny spokój. Wiedziałam, że już się nie męczy. Że nie leży pijana na przystanku, że nie marznie w zimie, że nie szuka w butelce tego, czego i tak nigdy nie znajdzie. Wiedziałam, że odnalazła to, czego chciała najbardziej – swoją mamę, Walentynę. Mówiła o tym tak często, że byłam pewna, że jej śmierć nie była tylko końcem, ale też spełnieniem pragnienia, które nosiła w sercu od zawsze.

    W tamtym czasie terapia stała się moim ratunkiem. Na początku miałam w sobie opór. Nie chciałam rozmawiać. Każde pytanie bolało jak otwieranie rany, która jeszcze krwawi. Ale z czasem nauczyłam się ufać. Nauczyłam się mówić. A kiedy nie umiałam, pisałam. I te słowa płynęły ze mnie jak rwąca rzeka. Raz pełne gniewu, raz pełne rozpaczy, a czasami wdzięczności za te krótkie chwile, gdy mama była trzeźwa i obecna. Terapeuta powtarzał mi jedno: „To nie była twoja wina.” I w końcu zaczęłam w to wierzyć. Nie od razu. Ale powoli.

    Nosimy w sobie ciężary, które nie należą do nas. Dzieci alkoholików dźwigają walizki pełne cudzych grzechów. Walizki tak ciężkie, że czasami wydaje się, że nigdy nie uda się ich odłożyć. Ale można. Potrzebna jest odwaga, żeby przyznać: to nie moje. To nie ja zawiodłam. To nie ja wybrałam butelkę zamiast dziecka. To nie ja porzuciłam rodzinę. To nie ja wolałam obcego mężczyznę i kieliszek zamiast domu, który pachniał ziemniakami i dziecięcym śmiechem. To była jej choroba. Nie moja.

    Kiedy to zrozumiałam, zaczęłam oddychać inaczej. Jakby ktoś zdjął ze mnie ciasny gorset, który dusił mnie od lat. Zaczęłam patrzeć na swoje życie bez filtra wstydu i winy. Zaczęłam czuć, że mam prawo być szczęśliwa. Że mogę śmiać się, kochać, budować coś nowego, nie patrząc wiecznie w przeszłość. Zrozumiałam też, że przebaczenie nie oznacza zapomnienia. Przebaczenie to wybór, że nie pozwolę, by jej decyzje definiowały moje życie. To nie uniewinnienie. To uwolnienie.

    Mama I ja



    Kiedy wracam myślami do dzieciństwa, widzę siebie – małą dziewczynkę siedzącą na parapecie i patrzącą przez okno. Czekającą na mamę, która obiecała, że wróci. Widzę kuchnię, w której garnek z ziemniakami kipiał, a ja nie miałam serca ich wyrzucić, bo to była moja obietnica – że zrobimy obiad razem. Widzę siebie, jak stoję w drzwiach, gdy wracała pijana, i próbuję zgadnąć, czy będzie śmiech, czy krzyk. Widzę, jak biegnę do niej, kiedy przez chwilę była trzeźwa i pachniała mydłem zamiast alkoholem. I wiem, że w tym wszystkim była miłość. Chora, poraniona, pełna braków, ale była. I to właśnie ta miłość sprawiła, że przetrwałam.

    Dziś wiem, że moja historia to nie tylko historia bólu. To też historia nadziei. Bo jeśli ja potrafiłam przejść przez to piekło i znaleźć w sobie siłę, by pisać, by mówić, by nieść tę historię dalej – to znaczy, że każdy może. Każdy, kto kocha alkoholika, musi wiedzieć jedno: to nie jest twoja wina. Nie musisz pić razem z nim, żeby udowodnić, że jesteś lojalny. Nie musisz ratować go kosztem siebie. Masz prawo kochać i jednocześnie stawiać granice. Masz prawo odejść, jeśli to jedyny sposób, by ocalić siebie. I masz prawo szukać pomocy. Bo bez niej można utonąć razem z nim.

    Mama nie była potworem. Była kobietą, która się pogubiła. Kobietą, która nie znalazła w sobie siły, by wybrać życie zamiast butelki. Kobietą, którą kochałam i od której uciekałam jednocześnie. Jej choroba zabrała mi dzieciństwo, ale dała mi też coś, czego nie da się kupić – siłę. Siłę, by walczyć o siebie, by nie powielać błędów, by pisać, by mówić głośno o tym, o czym wielu woli milczeć.

    Kiedy myślę o niej teraz, widzę ją nie jako alkoholiczkę, ale jako człowieka. Człowieka, który chciał kochać, ale nie potrafił. Człowieka, który bał się bólu, więc topił go w wódce. Człowieka, który na końcu został sam, ale który mimo wszystko nauczył mnie, że nawet w największym upadku można znaleźć lekcję. Ona nie potrafiła się uratować, ale ja mogłam. I zrobiłam to.

    Pisząc te słowa, czuję wdzięczność. Nie za to, że piła. Nie za to, że mnie raniła. Ale za to, że dzięki niej wiem, jak ważne jest, by mówić. By nie milczeć, kiedy boli. By szukać pomocy. By dawać nadzieję innym. Moja książka, moje słowa – to nie tylko moja historia. To głos wszystkich dzieci, które siedziały w kuchni, czując zapach wódki zamiast zapachu obiadu. To głos wszystkich, którzy bali się, że nigdy nie będą wystarczający, bo butelka zawsze wygrywała. To głos wszystkich, którzy potrzebują usłyszeć: nie jesteś sam.

    Bo ja też nie byłam sama. Nawet jeśli tak się czułam.

    Dziś, kiedy patrzę na swoje życie, widzę drogę – wyboistą, bolesną, pełną zakrętów. Ale na końcu tej drogi jest światło. Światło, które sama sobie zapaliłam, idąc krok po kroku, czasem na kolanach, czasem w ciemności. I chcę, żeby każdy, kto czyta te słowa, wiedział: to światło jest też dla ciebie. Możesz je znaleźć. Nawet jeśli teraz wydaje ci się, że siedzisz w ciemnym lesie, z którego nie ma wyjścia – jest ścieżka. Czasem trudno ją dostrzec, ale istnieje.

    Mama odeszła. Jej życie skończyło się w samotności, w lesie, z dala od wszystkiego, co mogło ją uratować. Ale moja historia się nie skończyła. Wręcz przeciwnie – dopiero się zaczyna. Bo ja wybrałam życie. Wybrałam miłość, która nie boli. Wybrałam przyszłość, która nie pachnie wódką, ale świeżo skoszoną trawą, zapachem kawy o poranku, śmiechem moich dzieci. Wybrałam siebie.

    I jeśli miałabym zostawić wam jedno zdanie, jedno przesłanie, to brzmiałoby tak: nie pozwól, by czyjś alkoholizm odebrał ci prawo do szczęścia. To nie twoja wina. To nigdy nie była twoja wina. A twoja droga może prowadzić do światła. Trzeba tylko uwierzyć, że ono istnieje.

    Spoczywaj w spokoju

  • Witajcie.

    Dziś chcę poruszyć temat, który rozdziera serce, który dzieli ludzi, wywołuje kłótnie w telewizji i tysiące komentarzy w internecie. Temat, który stał się politycznym orężem, a w tym wszystkim gdzieś ginie najważniejszy głos – głos kobiety, która to przeżyła.

    Mówię o aborcji.

    Widzicie polityków w garniturach, którzy prześcigają się w górnolotnych hasłach. Jedni krzyczą: „Moje ciało, moja decyzja”, drudzy odkrzykują: „Życie od poczęcia, nie wolno zabijać!”. W telewizji to wygląda jak mecz, jak kolejna debata, w której chodzi o punkty do słupków poparcia. A ja wam dziś opowiem, jak to wygląda naprawdę – gdy nie siedzisz w studiu telewizyjnym, tylko we własnej kuchni, z pustką w oczach, łzami na policzkach i sercem pękającym na milion kawałków.

    Bo ja wiem, jak to jest.

    Ciemna strona przemocy

    Wiecie, że po mojej drugiej ciąży miałam depresję poporodową. Pisałam wam już o tym. To była choroba, ale wtedy nikt tego tak nie nazywał – mówiło się, że kobieta jest „słaba”, że „nie daje rady”, że „przesadza”. Miałam dwoje dzieci i zamiast szczęścia czułam bezsilność i mrok.

    Nie miałam ochoty na bliskość. Seks? To było ostatnie, na co miałam siłę i chęć. Ale mój partner miał inne zdanie. W przemocowych związkach to tak działa – liczy się on, jego potrzeby, jego prawa. Twoje ciało? To tylko narzędzie.

    Pewnego dnia po prostu „wziął, co jego”. Bez pytania, bez mrugnięcia okiem. Ja nazywam to wprost – to był gwałt. Tak, gwałt od człowieka, z którym mieszkałam, który niby był ojcem moich dzieci. I z tego gwałtu powstała ciąża.

    Strach i bezsilność

    Nie chciałam tego dziecka. Wiem, że to brzmi brutalnie, ale taka była prawda. Wiedziałam, że z trójką dzieci sobie nie poradzę. Ledwo dawałam radę z dwójką. Nie miałam pieniędzy, nie miałam wsparcia, nie miałam zdrowia psychicznego.

    A wtedy aborcja w Polsce była zakazana. Oficjalnie – nie do pomyślenia. Nielegalna. Ale kobiety i tak musiały sobie radzić.

    Opowiedziałam wszystko mojej mamie. Pamiętam, że płakała ze mną, ale nie oceniała. Powiedziała tylko: „Córeczko, musimy coś zrobić”. To była jedyna osoba, która wtedy stanęła po mojej stronie.

    Mama pomogła znaleźć lekarza, który zgodził się „po cichu” zrobić zabieg. Ale była jeszcze kwestia pieniędzy. Nie miałam umowy o pracę, pracowałam na czarno, więc nie mogłam liczyć na chorobowe ani żadne wsparcie.

    Poszłam do swojej szefowej i przedstawiłam jej całą sytuację. Byłam gotowa, że mnie wyśmieje, że mnie wyrzuci. Ale ona… ona po prostu pożyczyła mi pieniądze. Na zabieg i na miesiąc życia. Dla mnie to były wtedy ogromne pieniądze – i ogromna ulga.

    Badanie, które złamało serce

    Przed zabiegiem lekarz kazał mi zrobić USG. Nie wiem, czy wiecie, ale w wielu krajach to standard – kobieta ma „zobaczyć, co usuwa”. To miało być tylko formalność.

    Ale kiedy usłyszałam bicie serca, coś we mnie pękło. To był moment, w którym poczułam, że może nie dam rady. Że może jednak powinnam urodzić. Ale szybko wróciła rzeczywistość – brak pieniędzy, przemoc w domu, depresja.

    I wiedziałam, że nie mam wyjścia.

    Dzień zabiegu

    W dniu zabiegu zadzwoniłam do partnera, żeby przyszedł po dzieci. Powiedziałam mu, gdzie ma się pojawić. Przyszedł – i wtedy dowiedział się, po co tam jestem. Był oburzony, gotowy na awanturę, ale ja nie dałam mu tej szansy. Zostawiłam mu dzieci i weszłam z mamą na klatkę schodową, która prowadziła do prywatnego mieszkania. Tam, w czterech ścianach, ginekolog „po cichu” usuwał ciążę.

    Czekałyśmy w poczekalni. Pamiętam ten strach – taki, który paraliżuje całe ciało.

    W pewnym momencie lekarz zapytał, czy możemy przepuścić inną pacjentkę. „Ona się spieszy, koleżanka czeka z jej dziećmi” – powiedział. Zgodziłyśmy się, bo przecież rozumiałam jej ból.

    To był błąd.

    Kiedy poszłam się przygotować, weszłam do łazienki. Prysznic był zakrwawiony. A w odpływie… zobaczyłam to, co przed chwilą usunięto tamtej dziewczynie. Płód. Tak po prostu – spłukany do kanalizacji.

    Zaczęłam panikować. Chciałam uciec. Ale mama trzymała mnie za rękę. „Córeczko, już nie ma odwrotu” – powtarzała.

    Usiadłam na fotelu ginekologicznym. Anestezjolog podał narkozę. Po wszystkim obudzili mnie – i od tamtej chwili nic już nie było takie samo.

    Ból duszy

    Nie chodziło nawet o fizyczny ból. O rany, o krwawienie. To dusza bolała najbardziej. Tydzień mieszkałam u mamy, bo nie mogłam dźwigać. Codziennie płakałam. Czułam się brudna, winna, zła.

    Kilka dni później partner zrobił mi „przyjęcie niespodziankę” na urodziny. Zaprosił znajomych. Oni bawili się, pili, śmiali, a ja siedziałam w kącie i czułam, że krzyczę w środku. Chciałam tylko, żeby wszyscy zniknęli.

    Po miesiącu wróciłam do pracy. Ale nadal krwawiłam. Szefowa, ta sama, która mi pomogła, zabrała mnie prywatnie do ginekologa. Okazało się, że mam zakażenie. Musieli mnie czyścić jeszcze raz. Kolejny ból. Kolejne upokorzenie.

    Statystyki, które bolą

    Kiedy dziś patrzę na liczby, aż ściska mi gardło.

    👉 Według WHO co roku na świecie wykonuje się ponad 70 milionów aborcji.
    👉 45% z nich to aborcje niebezpieczne – wykonywane w warunkach podobnych do tych, które opisałam.
    👉 Każdego roku ponad 20 tysięcy kobiet umiera z powodu komplikacji po nielegalnych zabiegach.
    👉 W Polsce – według raportów organizacji pozarządowych – nawet 150 tysięcy kobiet rocznie decyduje się na aborcję, choć oficjalne dane mówią o… kilkuset.

    To pokazuje jedno – niezależnie od zakazów, kobiety i tak to robią. Bo czasem nie mają wyjścia.

    Walka wewnętrzna

    Przez lata nosiłam w sobie poczucie winy. W każde Wszystkich Świętych zapalałam świeczkę. Jedna zawsze była dla tego dziecka, które nie miało szansy przyjść na świat.

    Czasem czułam złość – na siebie, na partnera, na cały świat. Czasem żal – że mogłam mieć kogoś jeszcze, kogoś bliskiego. Ale najczęściej czułam pustkę.

    Bo aborcja nie znika z pamięci. To nie jest decyzja, którą podejmujesz i zapominasz. To jest cień, który idzie za tobą przez całe życie.

    Lewica i prawica – obie strony medalu

    Dziś, kiedy słyszę hasła lewicy – „moje ciało, moja decyzja” – zgadzam się. Ale dodaję: tak, to twoja decyzja, ale nie wolna od konsekwencji. Potrzebujemy psychologów, wsparcia, terapii.

    A kiedy słyszę prawicę – „życie od poczęcia” – też rozumiem. Bo ja wiem, jak boli świadomość, że zabrałaś komuś życie. Ale dodaję: nie każdy ma wybór. Nie każdy ma siłę. Nie każdy ma wsparcie.

    Moje przesłanie

    Nie piszę tego, żeby się wybielać. Piszę, żeby ktoś, kto stoi dziś w podobnym miejscu, wiedział: nie jesteś sama.

    Aborcja to dramat. To nie jest moda, to nie jest fanaberia. To walka o przetrwanie – psychiczne, fizyczne, życiowe.

    Gdybym miała jedno życzenie, to chciałabym, żeby politycy przestali się przerzucać hasłami, a zaczęli słuchać. Słuchać kobiet. Słuchać historii takich jak moja.

    Zakończenie

    Dziś jestem inną kobietą. Silniejszą, choć z bliznami. Nadal boli, ale nauczyłam się żyć z tym bólem.

    Chcę, żebyście wiedzieli jedno: jeśli ktoś wam powie, że aborcja to „łatwe rozwiązanie”, to kłamie. To najtrudniejsza decyzja w życiu kobiety.

    I zostaje z nami na zawsze.

    💬 A wy? Jak myślicie – czy w tej dyskusji jest jeszcze miejsce na empatię? Czy jesteśmy w stanie spojrzeć na drugiego człowieka bez oceniania, tylko z sercem?

    📅 Jutro opublikuję post ku pamięci mojej mamy. Jeśli chcesz być ze mną na tej drodze – zasubskrybuj.