• 👇scroll down for English 👇

    Są w życiu takie głosy, które zostają na zawsze.
    Takie, których nie da się porównać, zamknąć w definicji ani odłożyć na półkę wraz z końcem dzieciństwa.
    One wracają — jak zapach szamponu z lat 90., jak pierwsze nieporadne listy do koleżanek, jak dźwięk kasety przewijanej ołówkiem.

    Dla mnie takim głosem był Michael Patrick Kelly.

    Nie wiem, czy to była magia.
    Czy zwykły zbieg okoliczności.
    Czy może pierwsza lekcja, że wrażliwość nie jest słabością, tylko dziwną supermocą, którą trzeba z czasem oswoić.

    Ale pamiętam jedno:

    ten chłopak śpiewał tak, jakby mówił wprost do mojego serca.

    I to serce, małe, nastoletnie, jeszcze niepoklejone przez życie, brało wszystko dosłownie.
    Każde słowo.
    Każdy obraz z plakatów.
    Każde marzenie, którego jeszcze nie zdążyłam się bać.


    Pokój nastolatki — katedra emocji

    Mój pokój nie był wtedy pokojem.
    To była świątynia.
    Miejsce, w którym ściany były bardziej rozmowne niż ludzie, a plakaty trzymały mnie za rękę, kiedy nikt inny nie umiał tego zrobić.

    Byłam zakochana.
    Ale zakochana tak czysto, tak pierwszorazowo, tak naiwnie, jak potrafi być zakochana tylko dziewczynka, która dopiero uczy się, że życie nie zawsze gra fair.

    Miałam całe ściany w Michaelu.
    Dziś mogę powiedzieć pół żartem, pół serio, że jeśli w moim domu ktoś naprawdę mieszkał — to był on.
    Ja tylko dochodziłam tam spać.

    Patrzyłam na te oczy i wierzyłam, że kiedyś…
    no, wszyscy wiemy co wierzą 14-latki:

    „On na pewno mnie poślubi.”

    Nie „pozna”.
    Nie „zauważy”.
    Tylko od razu: ślub.
    Bo nastoletnia logika to kraina, w której wszystko jest możliwe, jeśli tylko twoje serce zdążyło przyspieszyć trzy razy pod rząd w trakcie jednej piosenki.


    „An Angel”, „Fell in Love with an Alien” i ja — ta inna

    Muzyki The Kelly Family nie słuchało się tylko uszami.
    Ją się chłonęło jak powietrze.

    „An Angel” była dla mnie jak modlitwa.
    Jak prośba, której nie umiałam nazwać.
    Jak świadomość, że gdzieś tam jest dobro, które jeszcze dopiero do mnie dotrze.

    A „Fell in Love with an Alien”?
    Och, ja byłam święcie przekonana, że to o mnie.
    O tej, która była „inna”.
    Bo ja zawsze byłam spoza schematu.
    Taka pomiędzy.
    Ani tu, ani tam.
    Trochę kosmita, trochę dziecko mgły, trochę niepasujący element układanki.

    I właśnie dlatego ta piosenka była dla mnie jak miłosny list do mojego samotnego nastoletniego wnętrza.

    Chciałam być tą „alien”.
    Uważałam, że to wyróżnienie.
    Że bycie inne jest piękne, jeśli ktoś to zrozumie.
    Jeśli ktoś powie: „taka jesteś i taką cię widzę”.


    Pierwszy koncert — pierwszy raz, kiedy świat zniknął

    Był taki dzień.
    Taki jeden, szczególny, który zapisał się w mojej pamięci tak mocno, że czuję go, kiedy zamykam oczy.

    Koncert.

    Pierwszy.
    Jedyny.
    Ten, który wyrwał mnie z rzeczywistości i wsadził do innego świata.

    Świata świateł, dźwięków, emocji.
    Świata, w którym Michael nie był już tylko wzorem z papieru.
    Był prawdziwy.
    Realny.
    Oddychał tym samym powietrzem, które właśnie próbowałam złapać trzęsącymi się rękami.

    W tamtej chwili mogłam przysiąc, że serce nauczyło się latać.
    Pod sufitem, bez zgody, bez planu.
    Cichutko, jakby bało się, że ktoś je zobaczy.

    Ten koncert był dla mnie jak pierwszy pocałunek, choć nikt mnie nie dotknął.
    Jak pierwsze zakochanie, choć nikt nie powiedział mojego imienia.
    Jak pierwsza lekcja, że muzyka potrafi być domem, nawet gdy nie masz jeszcze własnego.


    A potem… przyszło dorastanie

    Lata mijają.
    Plakaty odklejają się od ścian.
    Czas robi z człowiekiem swoje.
    Życie wchodzi drzwiami jak nieproszony gość i ustawia Cię do pionu, zanim w ogóle zdążysz powiedzieć „stop”.

    Idole przestają być celami.
    Zaczynają być wspomnieniami.

    A jednak…

    Ja do Michaela wracam.

    Nie codziennie.
    Nie obsesyjnie.
    Ale rytualnie.
    Jak do albumu ze zdjęciami, który przywołuje dziewczynkę, jaką byłam, zanim świat wziął mnie w swoje ostre dłonie.

    Dziś słucham tych piosenek inaczej.
    Już nie szukam w nich bajek o miłości, w których nastolatka widzi przyszłość.
    Słyszę w nich coś głębszego:

    człowieka, który też się zgubił.
    I też musiał się odnaleźć.

    On zniknął.
    Dosłownie.
    Ściął włosy.
    Zaszył się w ciszy.
    Zniknął z hałasu i z oczekiwań świata.

    A ja to rozumiem.
    Może nawet lepiej, niż mu się wydaje.


    Bo ja też kiedyś musiałam zniknąć

    Dorosłość nie daje zniżki na przeszłość.
    Nie mówi: „to już było, więc teraz odpoczywaj”.
    Ona raczej mówi:
    „masz plecak emocji — noś”.

    I ja nosiłam.
    Za długo.
    Za ciężko.

    Aż w pewnym momencie życia zrobiłam coś, co ludzie nazwali odwagą, a ja nazwałam ostatecznością:

    zgoliłam głowę.

    Tak jak on.
    Nie dla wyglądu.
    Nie dla trendu.
    Nie dla szoku.

    Dla siebie.

    Bo to była moja własna ucieczka.
    Mój własny klasztor.
    Moja własna decyzja, że muszę usłyszeć swoje życie bez szumu, który zagłuszał moje emocje.

    To był mój reset.
    Mój początek.
    Mój sposób na powiedzenie:

    „Wracam.
    Do siebie.”


    Idole nie są po to, żeby ich poślubić

    Kiedyś naprawdę w to wierzyłam.
    Tak, śmieję się z tego dzisiaj — ale wtedy to było całe moje uniwersum.

    Dziś wiem jedno:

    Idole są po to,
    żeby pokazać nam,
    kim jesteśmy, zanim świat nas złamie.

    Michael był pierwszym mężczyzną, który nauczył mnie czuć.
    Nie zakochać się — czuć.
    Czuć inaczej, głębiej, mocniej niż na to pozwalał świat wokół mnie.

    To on nauczył mnie, że wrażliwość nie jest wadą,
    że bycie „alien” jest komplementem,
    że można być innym i jednocześnie właściwym.

    A najbardziej nauczył mnie tego, że człowiek ma prawo się zatrzymać.
    Zamilknąć.
    Zniknąć.
    I wrócić — silniejszy.


    Dziś — kobieta, która pamięta dziewczynkę

    Dziś patrzę na niego z czułością.
    Nie jak na idola.
    Nie jak na miłość młodości.
    Jak na człowieka, którego historia dotknęła mojej własnej.

    Jego głos nadal mnie uspokaja,
    choć już nie koi tych samych ran.
    Jego piosenki nadal mnie przenoszą w czasie,
    choć wracam tam już innymi oczami.

    Ale to, co najważniejsze:

    nadal mam w sobie tę dziewczynkę,
    która wierzyła, że na świecie jest miejsce dla niej.
    I być może właśnie dlatego do niego wracam.
    Bo on był pierwszym, który sprawił, że poczułam się widziana,
    choć nigdy mnie nie znał.


    I może właśnie na tym polega magia pierwszych idoli

    Oni uczą nas… nas samych.
    Zanim nauczy to życie.
    Zanim zrobią to ludzie.
    Zanim zrobią to doświadczenia.

    Uczą, że marzenia mają sens.
    Że emocje mają znaczenie.
    Że warto słuchać tego, co porusza serce.

    A nawet jeśli dorastanie zabiera nam plakaty,
    to nie zabiera wspomnień.
    Nie zabiera muzyki.
    Nie zabiera prawdy, którą wtedy poczuliśmy.

    Michael Patrick Kelly był pierwszym głosem,
    który mnie wychował.
    Pierwszą twarzą, która dała mi schronienie.
    Pierwszą historią, która pokazała, że bycie „alien” może być piękne.

    Dziś jestem kobietą,
    która przeszła swoje burze,
    ogoliła głowę,
    odnalazła siebie,
    uczy się żyć na nowo.

    Ale gdzieś głęboko we mnie
    nadal siedzi dziewczynka
    patrząca w oczy chłopaka z plakatu
    i myśląca:

    „Ten głos zmienił moje życie.”

    I może naprawdę zmienił.

    Bo niektóre głosy są jak mosty —
    prowadzą nas tam, gdzie kiedyś baliśmy się wejść sami.

    The Kelly Family

    There are voices in life that never leave you.
    Voices you don’t outgrow, voices that don’t fade,
    voices that stay stitched into your memory
    like the smell of a 90s shampoo
    or the feeling of writing your first clumsy note to a friend.

    Some voices shape you quietly.
    Gently.
    Without asking permission.

    For me, that voice was Michael Patrick Kelly.

    I don’t know if I should call it magic, coincidence,
    or just my first lesson in understanding
    that sensitivity isn’t a weakness—
    it’s a strange superpower that takes years to accept.

    But one thing I know:

    he sang as if he already understood my heart
    before I even knew I had one.

    And that little heart—young, unbroken,
    full of dreams that hadn’t yet been criticized by adults—
    believed every word.
    Every melody.
    Every promise tucked between the lyrics.


    A teenage girl’s room — a cathedral of emotions

    My room wasn’t a room.
    It was a temple.
    A sanctuary where my walls spoke louder than people
    and where posters held my hand on days
    when no one knew how.

    I was in love.
    Truly, sincerely, dramatically in love
    in that only-teenagers-can-feel way.
    With your whole chest.
    With your whole future.
    With your whole imagination.

    My walls were covered with Michael.
    Completely.
    Floor to ceiling.
    If anyone truly lived in that room—it was him.
    I was just visiting.

    I looked at his eyes on those posters
    and believed, wholeheartedly,
    that one day…

    Yes, you know exactly what teenage girls believe:

    “He will marry me someday.”

    Not “notice me.”
    Not “meet me.”
    Straight to “marry me.”
    Because teenage logic is a universe where everything is possible
    as long as your heart beats fast enough during one song.


    “An Angel”, “Fell in Love with an Alien” and me—the strange one

    The Kelly Family wasn’t just a band.
    They were a feeling.
    A world.
    An emotional homeland.

    “An Angel” felt like a prayer.
    Hope.
    A promise that somewhere, somehow, something good was waiting for me.

    And “Fell in Love with an Alien”?
    Oh, I was convinced that song was about me.

    I was the Alien.
    The girl who didn’t fit.
    The one who felt too much.
    The one who lived slightly outside reality,
    looking in through the window.

    I didn’t feel like I belonged anywhere.
    But when Michael sang,
    I believed that being “different”
    might actually be something beautiful
    if just one person could understand you.

    I wanted to be that Alien.
    The special one.
    The unique one.
    The girl someone would love because she wasn’t like the rest.



    My first concert — the first time the world disappeared

    There was a day.
    A very specific day that still lives inside me
    with the clarity of a photograph.

    The first concert.

    A moment so electric it burned itself into my memory.
    The crowd, the lights, the air thick with excitement.
    My hands shaking, my heartbeat louder than the drums.

    And then—there he was.

    Not a poster.
    Not a face on TV.
    A real human being standing in front of me.

    Michael Patrick Kelly.

    For a moment the world stopped.
    Everything froze.
    My teenage heart tried to escape through my ribcage
    and I swear I levitated for three seconds.

    That wasn’t a concert.
    It was a rite of passage.
    My first adult emotion,
    arriving early, uninvited,
    but very welcome.



    And then… time did what time always does

    Years passed.
    Posters peeled off.
    Life began to speak louder than fantasy.
    School, work, worries, heartbreaks—
    they rearranged my world
    in ways I didn’t expect.

    Idols fade into memories.
    But the strange thing is…

    I never truly left him.

    Not obsessively,
    not like a child refusing to grow,
    but like a woman who sometimes opens an old photo album
    just to remember who she used to be
    before the world carved its initials into her.

    I still listen to those songs.
    But now…
    they sound different.

    I no longer hear the fairytale I once believed in.
    I hear the truth.
    The pain.
    The depth.
    And the wisdom of a man
    who also had to run away from the world
    to put himself back together.

    Because one day—he disappeared.
    Cut his hair.
    Walked into silence.
    Stepped away from fame
    and chose a monastery over a stadium.

    And I understood that more deeply than I expected.



    Because I, too, had to disappear once

    Adulthood doesn’t erase your past.
    It hands it to you in a bag and says:
    “Here. Carry it.”

    And I did.
    For too long.
    Too heavily.

    Until one day,
    I broke.
    And I rebuilt.

    Just like he did.

    I shaved my head.
    People called it bold.
    Brave.
    Crazy.
    Beautiful.

    But I knew the truth:
    it was necessity.

    My own silent rebellion.
    My own reset button.
    My way of telling the world:

    “I’m starting again.
    And this time—it will be real.”

    I didn’t know then
    that somewhere, years earlier,
    Michael Patrick Kelly had done the same.
    But when I learned about it,
    I felt less alone.
    As if, in different decades,
    in different lives,
    we both responded to pain
    in the same language:

    transformation.



    Idols aren’t meant to marry us — they’re meant to form us

    Teenage me believed in wedding bells.
    Adult me smiles gently at her.

    Because now I know:

    Idols teach us who we are
    before life gets the chance to do it brutally.

    Michael was the first man
    who taught me how to feel.
    Not crush.
    Not fantasize.
    Feel.

    To feel deeply,
    honestly,
    without apology.

    To believe that sensitivity is not a flaw.
    That being “Alien” is a compliment.
    That your uniqueness is something to protect,
    not hide.

    And maybe, most importantly:

    that you’re allowed to step away
    when the world becomes too loud.

    He did that.
    And one day—so did I.



    Today — I am a woman who remembers the girl I once was

    Now I listen to his voice with tenderness,
    not obsession.
    Not longing,
    but gratitude.

    His voice still calms me,
    though it no longer heals the same wounds.

    His songs still carry me back in time,
    but I no longer return as the same person.

    The girl who believed in fairytales grew up.
    She learned about pain.
    About strength.
    About starting over.

    But she’s still inside me.
    And maybe that’s the real reason
    I never truly let Michael Patrick Kelly go.

    Because he was the first
    to make her feel seen
    long before she knew she needed it.



    And maybe this is the true beauty of first idols

    They don’t stay because they’re famous.
    They stay because they were the first
    to show us our own hearts.

    They stay because they taught us
    how to feel,
    how to dream,
    how to be gentle with ourselves.

    They stay because their songs carried us
    through years we didn’t yet know how to survive.

    They stay because
    even when the posters come down,
    the memory stays up.

    Michael Patrick Kelly was the first voice
    that raised me.
    The first face that comforted me.
    The first reminder
    that being different could be beautiful.

    Today, I am a woman
    who has faced storms,
    shaved her head,
    rebuilt her life,
    and found herself again.

    But deep inside,
    there is still that little girl
    looking at the boy on the poster
    thinking:

    “This voice changed my life.”

    And maybe it truly did.

    Because some voices aren’t just sounds.
    They are bridges—
    leading us to the parts of ourselves
    we were always meant to find.


  • Opowieść o zwykłym dniu, różnicach między partnerami i odkrywaniu spokoju w codzienności. Psychologia ciszy, relacje i małe refleksje.

    🇬🇧 A story about an ordinary day, the differences between partners, and discovering calm in everyday life. The psychology of quiet, relationships, and small reflections.

    👇scroll down for English 👇

    Wiesz, są takie dni, które niczym się nie wyróżniają.
    Takie, które mijają spokojnie, cicho, jakby ktoś wyciszył cały świat jednym małym pokrętłem.
    Dzisiaj był właśnie taki dzień.

    Z jednej strony — niby nic wielkiego. Piątkowy poranek, deszcz bębniący w okna, sztorm, który tak naprawdę był tylko wymówką, żeby nie wychodzić z domu.
    Z drugiej strony — dla mnie to był dzień odkryć.
    Takich niewypowiedzianych, ledwo uchwytnych, jak te myśli, które pojawiają się tylko wtedy, gdy nagle… zwolnisz.

    Co samo w sobie jest dla mnie zdarzeniem tak rzadkim, że powinnam je chyba zapisać w kalendarzu jako święto narodowe.

    Bo ja ogólnie nie umiem „nic nie robić”.
    To dla mnie nienaturalne jak chodzenie tyłem albo jedzenie zupy widelcem.
    Moje ciało może siedzieć, ale głowa nigdy nie siedzi spokojnie.
    W niej zawsze coś się kręci: a może posprzątać? A może ugotować? A może to, a może tamto? A może, może, może…
    Może ja powinnam mieć etat w dziale „martwienie się o wszystko”.

    I siedzę tak dzisiaj, w tej naszej ciszy, i patrzę na męża.
    On siedzi jak Budda po modernizacji.
    Spokojny.
    Zrelaksowany.
    Jakby dostał certyfikat w kategorii „Mistrz Odpoczywania”.
    Nic go nie rusza. Auto popsute? No trudno, naprawią, nie naprawią — zobaczymy. Pada? No nie pójdziemy na spacer. Koniec tematu.

    A ja?
    Ja oczywiście muszę znaleźć dramat.
    Albo przynajmniej pół dramatyczku.
    Bo jak to tak… siedzieć i nic nie robić?
    Ja od razu czuję ciężar na sercu. Takie poczucie, że coś powinnam.
    Że dzień nie może po prostu być.
    Że trzeba go jakoś usprawiedliwić, podpisać, wytłumaczyć, oprawić w ramkę produktywności.

    To jest moja wewnętrzna presja.
    Taka niewidzialna pani z dzienniczkiem, co stoi nade mną i mówi:
    „No, no, Eliza… a co dziś zrobiłaś? A jak nic? To po co żyjesz?”

    I tak sobie myślę, ile lat mi zajęło, żeby zrozumieć, że to nie jest normalne.
    Że normalne jest właśnie to, co robi mój mąż:
    umieć odpoczywać bez wyrzutów sumienia.

    Dzisiaj patrzyłam na niego jak na człowieka z innej planety.
    Taki spokojny, taki opanowany, taki „nic mnie nie ruszy”.
    Szczególnie teraz, kiedy auto po raz kolejny odmówiło posłuszeństwa i znowu trafiło do mechanika.

    Wiecie, co on zrobił?

    Nic.

    Po prostu nic.
    Popatrzył, wzruszył ramionami i wrócił do domu.

    A ja?
    Ja już w głowie miałam czarne scenariusze:
    — a co jeśli znowu nie naprawią?
    — a co jeśli znowu trzeba będzie płacić?
    — a co jeśli to znak, że coś jeszcze walnie?
    — a co jeśli powinnam to ogarnąć inaczej?

    Takie „a co jeśli” potrafi mi zjeść cały dzień, nawet jeśli nic się nie dzieje.

    I tak siedząc dziś na kanapie, popijając kawę (bo życie bez kawy nie ma sensu), zaczęłam sobie układać te myśli.
    Tak bez pośpiechu.
    Bez muszenia.
    Bez tej presji, którą zwykle sama na siebie nakładam.

    I doszłam do jednego wniosku:

    Mój mąż jest dorosły inaczej niż ja.
    I to mi cholernie imponuje.

    On jest dorosły tak… spokojnie.
    Stabilnie.
    Bez tej nerwowej gonitwy w głowie.
    Bez szukania problemów w miejscach, gdzie ich jeszcze nie ma.
    Bez poczucia winy za każdy dzień, który nie był „produktywny”.

    To człowiek, który potrafi powiedzieć:
    „Nic dzisiaj nie zrobiłem… i dobrze mi z tym.”

    A ja?
    Ja tego dopiero się uczę.

    I to jest właśnie ta psychologia ciszy, o której tak mało się mówi.
    Ta, która nie krzyczy motywacyjnymi hasłami.
    Ta, która nie wymaga, żebyś rozwiązała wszystkie swoje traumy w ciągu jednego weekendu.
    Ta, która mówi:
    „Usiądź.
    Oddychaj.
    Zauważ.
    Nie musisz od razu działać.”

    Cisza jest najtańszą terapią, jaką znam.
    A jednocześnie najtrudniejszą.

    Bo w ciszy słyszysz siebie.

    A ja, jak siedzę w tej ciszy, to widzę dwie Elizy.
    Jedną zmęczoną udowadnianiem, że jest coś warta tylko wtedy, kiedy robi.
    Drugą — taką, którą dopiero poznaję.
    Tą, która potrafi zatrzymać się na chwilę i powiedzieć:
    „Kurczę… może ja też mogę odpocząć bez poczucia winy?”

    Wyobrażasz sobie?
    44 lata życia i dopiero teraz odkrywam, że odpoczynek nie wymaga pozwolenia.
    Nie trzeba na niego zasłużyć.
    Nie trzeba mieć listy zadań, które najpierw trzeba odhaczyć.

    Mój mąż wie to od lat.
    I patrząc na niego, widzę coś jeszcze:

    On jest spokojny, bo zna swoją wartość.
    Nie musi nic udowadniać.
    Nie musi być wszędzie.
    Nie musi robić wszystkiego naraz.
    Nie musi być idealny.

    I w tym wszystkim jest jakaś taka… dojrzałość.
    Taka moc, która nie krzyczy, tylko stoi obok i mówi:
    „Jest jak jest.
    Poradzimy sobie.”

    I chyba właśnie to mnie w nim najbardziej wzrusza.
    I przyciąga.
    I uczy.

    Dzisiaj, w tym sztormie, w tej ulewie, w tym totalnie zwyczajnym dniu, poczułam coś dziwnego:

    spokój.

    Taki, który nie przyszedł z zewnątrz.
    Nie miałam czystego domu, posprzątanego zlewu, odrobionych obowiązków.
    Nic takiego.

    To był spokój, który przyszedł z obserwowania drugiego człowieka.
    Człowieka, którego kocham.
    Człowieka, którego podejście do życia jest zupełnie inne niż moje.
    A jednak idealnie pasujące.

    Może dlatego tak dobrze nam razem.
    Może dlatego się dogadujemy.
    Może dlatego, mimo różnic, tworzymy całość.
    Bo gdzie ja biegnę, on stoi.
    Gdzie ja panikuję, on uspokaja.
    Gdzie ja widzę problem, on widzi… dzień, po prostu dzień.

    I wiesz co?

    Taki zwykły dzień, nicniezrobienia, „leniwy dzień”, potrafi czasem powiedzieć więcej o człowieku niż największe życiowe burze.

    A może właśnie dlatego warto czasem nic nie robić.
    Bo w tej pustej przestrzeni nagle widzisz wszystko wyraźniej.

    Dzisiaj zobaczyłam siebie.
    Zobaczyłam jego.
    Zobaczyłam nas.

    I pomyślałam:
    „Może jednak dobrze, że pada.”

    A może kawa?  Maybe coffee?

    Some days look completely ordinary from the outside.
    Quiet. Calm. Rain tapping on the windows as if someone were politely reminding you that the world is still out there, but you don’t need to rush to meet it.

    Today was one of those days.

    A grey morning, a storm outside, the kind of wind that whistles through the gaps and makes you think that maybe—just maybe—the world wants you to stay home.
    So I stayed.
    Not because I planned to.
    Not because I had a day off in my calendar.
    But because life decided for me.

    The car broke again.
    My husband came back on foot, soaked but surprisingly calm, and I knew instantly:
    Okay, today is cancelled.

    And in a strange way… I didn’t mind.

    But let me tell you something: I am not built for “doing nothing.”
    My DNA rejects it like a bad transplant.
    I can sit on the couch physically, but mentally?
    Never.
    My head runs marathons while my body tries to have a coffee in peace.

    There is always something: — the dishes,
    — the laundry,
    — the dinner,
    — anything, everything, whatever.
    If it exists, I will worry about it.

    It’s not even productivity.
    It’s this strange internal pressure, like a little invisible woman in my mind holding a clipboard and asking:

    “Alright, Eliza… what have you achieved today? Nothing? Really?”
    And then she gives me that disappointed teacher look.

    So yes. Doing nothing is not my natural habitat.

    But today, with the storm outside and no chance to go anywhere, I sat down.
    And I watched my husband.

    He was… peaceful.
    Comfortable.
    As if someone had turned down the volume of life around him.
    Calm, almost wise in a way that annoys me and impresses me at the same time.

    The car broke.
    Again.
    He walked home in the rain.
    Again.
    He shrugged his shoulders and made himself a tea.

    Meanwhile, in my head: “What if they can’t fix it? What if it costs more? What if we need the car tomorrow? What if this, what if that, what if the world collapses in the next ten minutes?”

    And he?
    Nothing.
    He just exists.
    Fully.
    Without guilt.
    Without tension.
    Without that chest-tightening feeling that something must be done right now or the earth will stop spinning.

    And I sat there thinking:
    How?
    How does he do that?

    And then I realised something that felt both obvious and revolutionary:

    My husband has a kind of maturity that I’m still learning.

    Not the loud, dramatic, “look-at-me-I’m-growing” type.
    A quiet one.
    Soft.
    Steady.
    The kind that comes from knowing who you are and not needing to prove anything to anyone.

    He can say: “I didn’t do anything today. And that’s okay.”

    And actually mean it.

    Meanwhile, I need emotional permission slips to rest.
    Signed, stamped, approved by three witnesses.

    There is this thing people don’t talk about enough:
    the psychology of silence.
    Not silence as in “nobody’s talking.”
    But silence inside you.

    That stillness where your thoughts don’t chase each other like cats at 3 a.m.
    Where you hear yourself.
    Not the noise, not the guilt, not the pressure—just yourself.

    And I realised something else.

    Silence terrifies me because in silence I hear my truth.

    I hear the years I spent overworking myself.
    The mistakes I made because I rushed.
    The ways I hurt myself without realising it.
    The times I believed my value depended on how much I completed in a day.

    And maybe that’s why I admire my husband so much.
    Because he sits with his silence comfortably.
    Like it’s his friend.
    Like it’s warm, not frightening.

    He knows his worth without proving it every five minutes.
    He doesn’t crumble when plans change.
    He doesn’t panic when something breaks.
    He doesn’t measure his day by productivity.
    He just… is.

    And in that quietness, in that gentle acceptance, there is something beautiful.
    Something strong.
    Something I want to learn.

    Today, with the rain pouring nonstop and the storm howling like an angry old man, I felt something unexpected:

    peace.

    Not the peace that comes from having everything under control—because nothing was.
    Not the peace of a spotless home or finished tasks—because none were done.
    Not the peace of achievement—because the only thing I achieved today was staying warm and drinking coffee.

    It was a different peace.
    A peace that came from allowing things to simply be.

    And for the first time in a long time, I didn’t try to fix the day.
    I didn’t try to make it more productive.
    I didn’t force myself to “use the time wisely.”
    I didn’t fill the silence with noise.

    I just… sat.
    And felt.
    And watched.

    I watched myself.
    I watched him.
    I watched the way we fit together even though we are so different.

    I, the storm.
    He, the anchor.

    I, the overthinker.
    He, the quiet realist.

    I, the one who cries when plans fall apart.
    He, the one who says: “It’s fine, love. We’ll figure it out.”

    And maybe that’s why we work.
    Maybe differences are not obstacles but puzzle pieces.
    Maybe his calm balances my chaos.
    Maybe my energy wakes up his stillness.
    Maybe our opposites don’t clash—they complement.

    Maybe this is what partnership is.
    Not two identical people living identical days.
    But two different souls choosing to walk side by side, even when their steps sound different.

    And as I sat there today, doing absolutely nothing spectacular, I understood something important:

    A quiet day can teach you more than a dramatic one.

    Today taught me:

    — that rest doesn’t require permission
    — that silence is not punishment
    — that calmness is a skill
    — that maturity can look like stillness, not control
    — that love sometimes shows itself in the smallest, simplest hours
    — that being different isn’t a problem
    — that slowing down doesn’t mean failing

    And most of all:

    that sometimes you need a storm outside
    to find the quiet inside.

    So maybe I should stop fighting the days like this.
    Stop judging them.
    Stop calling them “wasted.”
    Stop apologising for resting.

    Maybe I should learn from the man sitting across from me, sipping his tea without a care in the world.

    Maybe maturity is not the ability to handle everything.
    Maybe maturity is knowing that you don’t have to.

    And maybe, just maybe,
    it’s okay to have a day where you do nothing…

    …because in that nothing
    you might finally notice everything.

  • 🇵🇱 Opis

    Osobisty, literacki list emigrantki do Polski z okazji 11 listopada. O tęsknocie, wolności, historii i dorosłych wyborach, które czasem każą świętować niepodległość z daleka. Poruszająca refleksja o miłości do Ojczyzny na odległość.

    🇬🇧 Description

    A deeply emotional, literary letter from an emigrant to Poland on November 11th. A story of longing, freedom, history, and the adult choices that sometimes force us to celebrate independence from afar. A heartfelt reflection on loving a homeland from a distance.
    👇scroll down for English 👇

    🇵🇱 Polsko,

    Piszę do Ciebie z miejsca, które nie pachnie jesienią, mokrymi liśćmi i dymem z ognisk. Piszę z kraju, gdzie listopad ma inną barwę i inny smak. Gdzie nikt nie wychodzi tego dnia na ulice, gdzie powietrze nie drży od śpiewu hymnu, a ludzie nie patrzą na siebie z dziwnym rodzajem porozumienia, które w Polsce pojawia się tylko raz w roku.

    Piszę, bo tym razem mnie tam nie było.
    Piszę, bo 11 listopada minął mi w biegu — nie w rytmie marszu, ale w rytmie odlotów i obowiązków.
    Piszę, bo w tym roku nie mogłam być w tłumie, który tak bardzo kocham.

    Kiedy tego dnia wstałam, było jeszcze ciemno. Noc lizała krawędzie okien, a świat budził się bez pośpiechu. Tylko ja miałam w sobie ten rodzaj gorączki, który pojawia się zawsze wtedy, kiedy czujesz, że coś ważnego dzieje się właśnie poza tobą. Lotnisko tętniło rutyną, a ja — stawałam się jej częścią, choć serce biło w zupełnie innym rytmie.

    Weszłam na terminal i pierwszy raz tego dnia poczułam ukłucie tęsknoty — ostre, konkretne, boleśnie znajome.
    Bo w tym samym czasie, kiedy ja wkładałam torbę na taśmę kontroli bezpieczeństwa, w Polsce ludzie prostowali plecy, zapalali znicze, przypinali flagi do płaszczy i stawali w miejscach, które znam od dziecka.

    Widziałam to oczami wyobraźni: ojcowie z dziećmi na ramionach, matki poprawiające biało-czerwone kotyliony, młodzież śmiejąca się nieco głośniej niż wypada, starsi ludzie z tym specyficznym błyskiem dumy, który noszą tylko ci, którzy naprawdę pamiętają, czym jest brak wolności.

    A ja stałam w kolejce do bramki, słysząc w głowie:

    „Jeszcze Polska nie zginęła.”

    I uwierz mi — żadne lotnisko na świecie nie jest w stanie zagłuszyć tego śpiewu, kiedy rodzi się w środku człowieka.



    Polsko, wybacz, że tego dnia mnie nie było.

    Nie uciekłam od Ciebie.
    Nie zapomniałam.
    Nie schowałam się przed historią ani przed flagą.

    Po prostu… musiałam być tam, gdzie mnie wzywało życie.
    Musiałam wracać do pracy 12 listopada.
    Musiałam podjąć dorosły wybór, ten, przed którym tak wiele osób wciąż ucieka — wybór rozsądku nad emocjami.

    Ale powiem Ci coś:
    rozsądek nie wyklucza tęsknoty.
    One potrafią współistnieć.
    I to właśnie czuję — jednocześnie dumę, że żyję, pracuję, walczę, tworzę tam, gdzie mnie los rzucił…
    i żal, że nie mogłam stanąć wśród Twoich ludzi w dniu, który jest Twój, który jest nasz.


    Pamiętasz, Polsko, jak kiedyś bałaś się tego dnia?

    Jak przez lata zakazywano Ci świętować 11 listopada, jak nakładano na Ciebie milczenie?
    Jak próbowano Ci wmówić, że nie wolno Ci być dumną ze swojej wolności, że wolność jest niebezpieczna?

    A potem — jak odbiłaś ją sobie?
    Jak wróciłaś na ulice, na place, do serc?

    To zawsze mnie w Tobie wzrusza.
    Ta upartość.
    Ta niezłomność.
    Ta zdolność, by wstać, otrzepać się i podnieść flagę, jakbyś nigdy jej nie upuściła.

    Wiesz, że tabloidy na świecie znów o Tobie pisały?
    Że znów pokazywano Twoje ulice pełne ludzi, Twoje morze flag, Twoją dumę?
    Raz podziwiano, raz krytykowano — jak zawsze.
    Ale nikt nie przeszedł obojętnie.
    Widać to było zwłaszcza w materiałach, które obiegły świat — zdjęcia z Warszawy, komentarze o tysiącach ludzi, którzy przyszli, by powiedzieć jedno wielkie:

    „Pamiętamy.”

    Ja też pamiętam.
    Nawet jeśli stałam wtedy w kolejce do samolotu.



    Polsko, tęsknię za Tobą najbardziej wtedy, gdy Cię opuszczam.

    Kiedy drzwi samolotu się zamykają, czuję, jak coś we mnie chce zawrócić.
    Jak jakaś część mnie próbuje powiedzieć:
    “Jeszcze chwilę. Jeszcze jeden krok w Twoją stronę.”

    Jest we mnie ta dziwna, dziurawa przestrzeń, która uaktywnia się zawsze, kiedy wyjeżdżam z Tobą w sercu, a nie pod stopami.
    Bo emigracja to nie tylko życie w innym kraju.
    To życie w dwóch krajach jednocześnie.
    Jednym fizycznie, drugim emocjonalnie.
    Jednym w ciele, drugim w pamięci.

    I tak jak rozum mówi mi:
    „Musisz wrócić do pracy”,
    tak serce szepcze:
    „Chciałabym być tam jeszcze dzień.”


    Polsko, chcę coś przyznać — tęskniłam tego roku bardziej niż zwykle.

    Może dlatego, że coraz częściej rozumiem, że niepodległość to nie tylko święto.
    To nie tylko historia z książki, nie tylko marsz, nie tylko flagi.

    To prawo do tego, by być sobą.
    By wybrać własną drogę.
    By zmienić życie.
    Wyjechać.
    Zostać.
    Szukać.
    Odnaleźć.
    Upaść i podnieść się znowu.

    Paradoksalnie — dopiero gdy jesteś daleko, zaczynasz rozumieć, że wolność to nie miejsce.
    To decyzja.



    Polsko, pozwól, że opowiem Ci o mojej podróży.

    Kiedy samolot startował, niebo było jeszcze granatowe.
    Miasto pod nami wyglądało jak rozsypany worek świateł.
    A ja — jak zawsze — zamknęłam oczy, żeby nie zobaczyć, jak się oddalam.

    W powietrzu wszystko było dużo cichsze niż zwykle.
    Jakby nawet silniki mówiły:
    „Dziś 11 listopada. Szanujmy to.”

    Zastanawiałam się wtedy, ile ludzi w tej samej chwili idzie z flagą.
    I czy ktoś z nich pomyśli o kimś takim, jak ja — kimś, kto kocha Polskę na odległość.

    Czy emigranci też mają prawo do patriotyzmu?
    Czy tęsknota wystarczy?
    Czy miłość jest ważniejsza, gdy jest blisko, czy wtedy, gdy musi pokonywać tysiące kilometrów?

    Pomyślałam o tym długo.
    I doszłam do wniosku, że może właśnie my — Ci, którzy wyjechali — nosimy Polskę najgłębiej.
    Bo nosimy ją tam, gdzie nie ma jej nikt inny: w sobie.


    Polsko, ja Cię nie straciłam.

    Nawet jeśli czasem czuję, że oddalam się od Twoich ulic, Twoich głosów, Twojej historii — Ty nadal jesteś tam, gdzie bije moje serce.

    Bo serce emigranta jest jak walizka, która nigdy się nie domyka — zawsze coś z niego wystaje.
    Często właśnie flaga.



    Polsko, obiecuję coś.

    Jeśli tylko będę mogła — wrócę któregoś roku i pójdę w tłumie.
    Zaśpiewam hymn.
    Podniosę flagę.
    Poczuje chłód powietrza i ciepło wspólnoty.

    Ale jeśli znów nie będę mogła —
    to i tak będę świętować.

    Bo niepodległość nie jest tylko wydarzeniem.
    Jest stanem ducha.



    I dziś, kiedy kończę ten list, mówię Ci coś, czego nie powiedziałam Ci nigdy głośno:

    Dziękuję.

    Za to, że mam gdzie wracać.
    Za to, że wiem, kim jestem.
    Za to, że nauczyłaś mnie wstawać, nawet gdy życie mnie przewraca.
    Za to, że mogę Cię kochać z daleka.

    I za to, że kiedy mówię “Polska”, moje serce wie dokładnie, co ma robić.

    Polsko, jesteś domem nawet wtedy, gdy jestem daleko.

    Tłum 11 listopada – serce Polski bijące jednym rytmem, nawet gdy patrzę z daleka.
    The November 11th crowd – the heartbeat of Poland, pulsing even from afar.

    🇬🇧Dear Poland,

    I’m writing to you from a place that does not smell like November — not the way you do.
    There is no scent of cold air mixed with chimney smoke.
    No wet maple leaves crushed under hurried boots.
    No echo of a familiar anthem carried across a crowded street.

    I’m writing to you from far away,
    from a country where November is only a month, not a memory.
    Where people don’t stop or gather or lift flags.
    Where the date “11th November” means nothing unless you explain it twice.

    I’m writing because this year, I wasn’t there.
    And it feels strange to admit it — strange and heavy.

    While your streets filled with white-and-red flags,
    while children painted their cheeks with colors of freedom,
    while old men stood straighter than usual with the kind of pride only they understand,
    I was… in an airport queue.
    A boarding pass in my hand instead of a flag.
    A suitcase instead of a candle.

    And my heart — somewhere between.



    Poland, I missed you the moment I stepped away.

    This year I had to leave early in the morning.
    Duty called — the kind that doesn’t negotiate, the kind that insists.
    I had to be back at work on the 12th, and life rarely adjusts its rhythm to our emotions.

    So while you prepared for the day that shaped who you are,
    I walked through the bright, cold terminal air,
    carrying a kind of sadness only emigrants truly understand.

    Airports are strange places on national holidays.
    They have no patriotism, no memory, no history.
    Just departures and arrivals,
    and people like me — torn between two worlds.

    At the security line,
    as my bag rolled away from me on the belt,
    I heard a whisper rise in my mind:

    “Jeszcze Polska nie zginęła.”
    “Poland has not yet perished.”

    And I realized something simple and painful:

    You can take a person out of Poland,
    but you cannot take Poland out of a person.



    A little piece of your history for the world…

    I thought about you while I waited for the plane.
    About that day in 1918 when you finally exhaled after 123 years of suffocation.
    About the signatures, the armistice, the moment the chains fell — even if the world didn’t notice at once.

    I thought about Piłsudski stepping onto the stage of history,
    about the people who whispered your name in secret for generations,
    about those who kept your language alive
    when speaking it could cost them everything.

    The world wrote about you again this year.
    Headlines reported your marches,
    your crowds,
    your national pride that refuses to be quieted.

    Some praised you.
    Some criticized you.
    But no one ignored you.

    And that’s the mark of a nation that has survived the impossible.



    Poland, forgive me for not being there.

    Not because I don’t love you.
    Not because I forgot.
    Not because I’ve turned into someone who waves your flag only online.

    But because sometimes
    life demands practical choices,
    and adulthood forces us to be somewhere we didn’t choose,
    on days when our heart would choose differently.

    This year I was needed elsewhere.
    Needed by my job.
    Needed by my responsibilities.
    Needed by the life I built — one that grows far from home.

    But my absence was not a betrayal.
    It was a necessity.

    And necessity is often the most painful kind of loyalty.



    **You should know something, Poland —

    distance does not weaken love.**

    If anything, it sharpens it.

    Sometimes I think emigrants love you in a strange, deeper way —
    because we love you through longing.
    We don’t have daily reminders of you,
    we don’t walk past your buildings,
    don’t hear your language in the supermarket,
    don’t smell your bakeries in the morning.

    We carry you in memory only,
    and memory — when it is all you have — becomes sacred.



    Let me tell you about my journey that morning.

    When the plane took off, the sky was still dark blue.
    The world below was a glitter of golden dots —
    as if you were waving at me with your city lights.

    I closed my eyes.
    Not because I wanted to sleep,
    but because watching myself drift away from you always hurts a little.

    Up there, above the clouds,
    everything feels quieter.
    Even the engines hum differently.
    Almost as if they, too, know the weight of the date.

    I wondered how many people were already gathering,
    holding flags,
    calling each other,
    saying:
    „Do zobaczenia pod pomnikiem.”
    “See you under the monument.”

    And I wondered if someone,
    anyone,
    ever thinks about people like me.

    People who love their country from a distance.
    People who carry it, invisible, in the chest,
    without fanfare,
    without being noticed,
    without standing in crowds —
    but with a fire much harder to extinguish.



    Poland, I need you to understand something.

    I did not lose you when I moved away.
    I didn’t trade you for anything else.
    I didn’t replace you.
    You are not a closed chapter.

    You are the opening page of every chapter that came after.

    Because the truth is simple:

    Home is not where you live.
    Home is where your heart refuses to forget.

    And my heart refuses to forget you.


    **You should know —

    I longed for you more this year.**

    Maybe because every year I grow more aware of what freedom really means.
    It’s not just parades.
    Not just history lessons.
    Not just flags on tall poles.

    Freedom is the right to choose your life.
    To leave.
    To return.
    To search.
    To build again from nothing.
    To fall apart and stand up taller.

    Ironically,
    it’s only when you’re far from home
    that you truly understand freedom.

    Because freedom is an internal compass,
    not a physical address.



    **Poland,

    I want to give you something —
    a promise.**

    If life allows it,
    I will return one year,
    stand in your streets,
    lift your flag,
    and let the anthem melt into my bones.

    But if I cannot —
    if duty calls again,
    if responsibilities drag me elsewhere —
    know this:

    I will still celebrate you.

    Because independence is not a parade.
    It’s a memory.
    A spirit.
    A choice.

    And I choose you.
    Every time.
    Even from thousands of miles away.



    Thank you, Poland.

    For giving me an identity
    that distance cannot erase.

    For teaching me resilience
    so deeply that even oceans cannot weaken it.

    For letting me carry you across borders
    without needing a passport to justify it.

    For being the home
    that exists inside me
    even when I am not walking your streets.

    You are my beginning.
    You are my echo.
    You are the place my heart stands
    even when my feet stand elsewhere.

    Poland,
    you are still my home.
    Always.