• 👇scroll down for English 👇

    🇵🇱

    Nie wiem, jak u was, ale u mnie to już niemal tradycja.
    Jeszcze nie ma nawet zapachu pierników w powietrzu, a ja już czuję to znajome ukłucie smutku, które zaczyna się niewinnie — gdzieś w środku, w okolicach serca — a potem rośnie z każdym dniem.
    To nie jest taki smutek, że chce mi się płakać.
    To raczej taki stan, jakby dusza po cichu ziewała i mówiła: „serio, znowu to?”.
    Co roku o tej porze ogarnia mnie coś pomiędzy nostalgią, tęsknotą i totalną niechęcią do wszystkiego, co ma kształt bombki.

    Nie wiem, czy to kwestia braku pełnej rodziny przy jednym stole, czy może zwyczajnie dorosłość odbiera mi część tej świątecznej magii.
    Ale jedno wiem na pewno — grudzień i ja nie jesteśmy już w najlepszych relacjach.
    Kiedyś lubiłam ten czas.
    Czekałam na śnieg, pierogi, kolędy, ten dziwny spokój, który panował w domu, gdy mama nakrywała stół, a ja z rodzeństwem szukaliśmy prezentów po szafkach.
    Teraz, zamiast spokoju, czuję napięcie.
    Zamiast radości — obowiązek.
    A zamiast magii — Excel w głowie: prezenty, praca, rachunki, loty, grafiki, plan urlopu, plan życia.

    I tak, wiem, że to brzmi jak narzekanie.
    Ale może czasem trzeba ponarzekać, żeby oczyścić głowę?
    Bo przecież nikt normalny nie chodzi cały rok uśmiechnięty jak w reklamie Coca-Coli.
    Zwłaszcza w grudniu.

    W tamtym tygodniu moja córka poleciała na tydzień do Polski, odwiedzić przyjaciółkę.
    Niby nic.
    Tylko tydzień, przecież nie na zawsze.
    Ale gdy zobaczyłam, jak znika za bramkami, nagle coś we mnie pękło.
    Nie wiem, może to to, że w jej plecaku było więcej życia niż w moim sercu tego dnia.
    A może po prostu przypomniało mi się, jak to jest żegnać kogoś, kto był twoim całym światem.

    Wracając do domu z lotniska, poczułam ten znajomy ciężar — taki, którego nie da się zrzucić herbatą ani Netflixem.
    I wtedy pomyślałam:
    „Może ja też powinnam kogoś odwiedzić?”.
    I odpowiedź przyszła sama: syna.

    Przecież nie widziałam go od świąt.
    Cały rok.
    Czas uciekł, jakby ktoś przyspieszył film.
    Tyle się działo – praca, życie, tysiąc codziennych drobiazgów.
    A jednak w tej całej gonitwie zapomniałam o jednym – że dzieci dorastają szybciej, niż zdążysz powiedzieć „zadzwonię jutro”.

    Nie będę udawać, że jesteśmy idealną rodziną.
    Z synem czasem się kłócimy, czasem nie rozumiemy, ale tęsknię.
    Bo matka tęskni nawet wtedy, gdy wczoraj się złościła.
    To taka wrodzona choroba serca – nieuleczalna i, o dziwo, potrzebna do życia.

    Dzień przed wylotem córki chodziłam jak duch.
    Mąż pytał, co się dzieje.
    A ja tylko wzdychałam.
    Bo jak wytłumaczyć, że nic się nie dzieje, a jednak wszystko się dzieje?
    Wieczorem siadłam z nim przy herbacie i powiedziałam:
    – Wiesz co? Ja chyba muszę polecieć do syna.
    Nie „chcę”, tylko właśnie „muszę”.
    Bo to nie była decyzja z głowy, tylko z serca.

    Spojrzał na mnie i powiedział spokojnie:
    – To leć.

    I wtedy coś się we mnie odblokowało.
    Jakby ktoś otworzył okno w duszy i wpuścił powietrze.
    Usiadłam do komputera, zarezerwowałam lot, hotel, wszystko w pół godziny.
    I wiecie co? Wcale nie czułam ulgi.
    Poczułam raczej mieszankę strachu, ekscytacji i tego dziwnego uczucia, że robię coś, co powinnam była zrobić dawno temu.

    Dlaczego hotel, a nie u niego?
    Bo on mieszka z dziewczyną i mają mieszkanie wielkości pudełka po butach.
    Nie chcę im wchodzić w rytm.
    Poza tym, ja jestem z tych, co o siódmej rano piją kawę i gadają do ściany,
    a młodzi pewnie o tej porze dopiero kończą scrollować TikToka. 😅
    Więc hotel to złoty środek.
    Oni mają spokój, a ja mam łóżko, w którym nikt nie chrapie.

    Syn się ucieszył. Powiedział, że przyjedzie po mnie na lotnisko.
    Powinno być dobrze.
    A jednak coś we mnie nadal niepokoi.
    Może to strach przed lotem – bo nienawidzę latać.
    Może świadomość, że znowu zobaczę swoje dziecko, które już dawno nie jest dzieckiem.

    Bo wiecie, to dziwne uczucie.
    Patrzysz na niego i widzisz dorosłego człowieka, który ma swoje życie, swoje decyzje, swoje błędy.
    A w środku wciąż widzisz tego małego chłopca, który mówił:
    „Mamo, a ty zawsze będziesz mnie kochać?”.
    I wtedy czujesz, że owszem, będziesz.
    Zawsze.
    Tylko już inaczej.

    Ja generalnie jestem człowiekiem pełnym sprzeczności.
    Nie lubię latać, ale jeździć też nie.
    Boję się wysokości, ale zawsze wybieram miejsce przy oknie.
    Nie lubię tłumów, ale uwielbiam obserwować ludzi.
    I choć mój mąż śmieje się, że jestem „żyjącym paradoksem”, to ja myślę, że to najlepsza definicja życia.
    Bo przecież każdy z nas jest trochę odważny i trochę przestraszony.

    Z Katowic do Londynu są tylko dwa loty dziennie – rano i o 17.
    I wiecie, jak to jest z fobiami – człowiek wybiera mniejsze zło.
    Wolę wstać o świcie i jechać pół godziny z Dąbrowy niż wracać po ciemku dwie godziny autem.
    Ciemność to mój trzeci wróg, zaraz po turbulencjach i ludzkiej głupocie. 🤣

    Ale mimo tych wszystkich obaw, czuję, że to dobra decyzja.
    Bo tęsknota też potrzebuje zamknięcia.
    Potrzebuje dotyku, spojrzenia, zwykłego „cześć, jak ty wyglądasz, przytyłeś?”.
    Nie można całe życie kochać ludzi przez telefon.

    Sobota będzie nerwowa.
    Będę pakować się trzy razy, sprawdzać dokumenty pięćdziesiąt,
    a i tak zapomnę szczotki.
    Wieczorem nie zasnę.
    Ale jak w niedzielę zobaczę jego twarz – wiem, że wszystko się ułoży.
    I może wtedy nawet ta świąteczna melancholia trochę odpuści.

    Bo może ta cała magia świąt nie jest w prezentach,
    tylko w tych chwilach, gdy czujemy, że jeszcze mamy kogoś, dla kogo warto się bać, tęsknić i wracać.

    I wiecie co? Może właśnie to jest moje lekarstwo na przedświąteczną chandrę.
    Nie udawanie, że jest dobrze.
    Tylko pozwolenie sobie na to, żeby nie było dobrze.
    Na bycie człowiekiem, który tęskni, który się boi, który czeka.
    Bo to też jest część życia.
    Czasem najpiękniejsza.

    Tęsknota to nie słabość. To dowód, że wciąż potrafimy kochać.
    Missing someone isn’t weakness – it’s proof that we still know how to love.



    🇬🇧

    I don’t know how it is for you, but for me – it’s practically tradition by now.
    There’s not even a hint of gingerbread in the air yet,
    and I can already feel that familiar ache sneaking up on me —
    quietly, politely, like an uninvited guest who plans to stay too long.

    It’s not the kind of sadness that makes you cry.
    It’s the kind that sits in your chest like a heavy cat – you can’t move, you can’t breathe,
    but somehow you don’t want it to leave either.
    I call it my annual pre-Christmas melancholy.

    I’m not sure if it’s because my family isn’t all together anymore,
    or maybe because adulthood replaced excitement with exhaustion.
    But December and I — we’re not best friends anymore.
    When I was younger, I loved it: the snow, the smell of baking,
    the chaos before Christmas Eve that somehow always turned into warmth.
    Now I feel tension instead of joy.
    Deadlines instead of carols.
    And the only list I make these days is the one with bills.

    People say it’s “the most wonderful time of the year.”
    Sure — if you’re an elf.
    For the rest of us, it’s the season of pretending.
    Pretending to be cheerful, pretending to have it all together,
    pretending to be one of those smiling families from the supermarket commercials.

    Last week, my daughter flew to Poland to visit her best friend.
    Nothing big — just a week.
    But when I watched her disappear past the security gate,
    it felt like a small piece of me went with her.
    That quiet ache of love you can’t explain —
    the one only mothers understand.

    Driving home, I kept thinking:
    “When was the last time I visited someone I love?”
    And then it hit me — my son.
    Almost a year since I last saw him.
    An entire year swallowed by work, laundry, and all the “I’ll call tomorrow” promises.

    Don’t get me wrong — we’re not some perfect fairytale family.
    We argue, we disagree, we drive each other crazy.
    But I miss him.
    Because that’s what mothers do — we miss them even when they annoy us.
    Even when they forget to text back.
    Even when they say, “Mum, I’m fine.”

    The day before my daughter’s flight, I was acting weirdly quiet.
    My husband kept asking what was wrong.
    How do you explain that nothing’s wrong but everything feels wrong?
    That’s motherhood in one sentence.

    That evening, I sat down and said:
    “I think I need to fly to see our son.”
    Not “I want to,” but I need to.
    Because sometimes it’s not logic — it’s instinct.
    And he just said:
    “Then go.”

    So I did.
    I booked the flight, the hotel, everything in half an hour.
    And no, I didn’t feel instant relief.
    What I felt was this weird mixture of fear, excitement, and something that tasted like hope.

    Why a hotel?
    Because my son lives with his girlfriend in an apartment the size of a large closet.
    I don’t want to be in the way.
    Besides, I wake up early, drink coffee, and talk to the walls —
    they probably sleep till noon and talk to each other. 😅
    So yes, a hotel.
    They get peace, I get silence, everyone wins.

    He was happy. Said he’d pick me up at the airport.
    Everything should be fine.
    But something inside me still feels uneasy.
    Maybe it’s the flight — I hate flying.
    Maybe it’s that strange mix of joy and fear that comes before you see your child again —
    the one who once wore superhero pajamas and said, “Mum, don’t ever grow old.”

    I’m a bundle of contradictions.
    I hate flying but I love travelling.
    I fear heights but always choose the window seat.
    I can’t stand noise but love watching people.
    My husband says I’m “a living paradox.”
    I call it being human.

    From Katowice to London, there are only two flights per day – morning and 5 p.m.
    And since driving for two hours in the dark is my personal nightmare,
    I picked the dawn flight instead —
    half an hour from Dąbrowa to the airport, zombie mode activated. 🤣

    And despite the nerves, I know it’s the right decision.
    Because missing someone is a quiet kind of pain,
    and sometimes, the only cure is to see them again.

    Saturday will be chaos — packing, unpacking,
    checking my passport fifty times, forgetting my toothbrush anyway.
    And I won’t sleep.
    But on Sunday, when I see his face — it will all make sense again.

    Maybe that’s the real meaning of Christmas for me now.
    Not gifts. Not lights. Not perfect dinners.
    Just love — messy, honest, unfinished love.
    The kind that makes you buy a last-minute ticket
    just to say, “Hey, I missed you.”

    And maybe this is what healing looks like —
    not pretending you’re okay, but admitting that you’re not.
    Because sadness isn’t the opposite of joy —
    it’s the proof that joy once existed.

  • 👇Scroll down for English 👇

    Wstęp

    Wczoraj podczas spaceru z mężem, zanim jeszcze zamknęliśmy aplikację na zegarku i zaczęliśmy porównywać, kto zrobił więcej kroków, wpadł temat… nicości.
    Tak, wiem – brzmi to bardziej jak tytuł horroru niż niedzielnego spaceru w brytyjskim słońcu, ale spokojnie – nie zwariowaliśmy.
    Doszliśmy po prostu do wniosku, że być może to, co dzieje się na świecie, to początek końca.

    Nie takiego spektakularnego końca jak w filmach – bez tsunami, zombie ani nawet Apokalipsy według Netflixa.
    Raczej powolnego, cichego końca sensu.
    Bo ludzie mają już wszystko, co mogą mieć. I nie mają już dokąd iść.



    Nadmiar to nowa bieda

    Pamiętam, kiedy przyjechaliśmy do Wielkiej Brytanii. Czuliśmy się wtedy, jakbyśmy wygrali w totolotka.
    Stać nas było na wszystko.
    Nie musieliśmy się zastanawiać, czy wystarczy do dziesiątego, ani liczyć każdego grosza.
    Słodycze? Na wyciągnięcie ręki.
    Owoce? Kupowałam kilogramami.
    McDonald’s? W Polsce chodziłam tam z dziećmi tylko w dniu ich urodzin. Tutaj – prawie codziennie.

    I wiesz co? Na początku to dawało ogromną radość. Bo jeśli całe życie marzysz o tym, żeby nie musieć wybierać między czekoladą a chlebem, a potem nagle możesz mieć i jedno, i drugie, to czujesz się królem świata.
    Ale mija czas… i ta wolność staje się pułapką.
    Bo kiedy wszystko jest dostępne – nic już nie cieszy.
    Kiedy możesz mieć wszystko – nie wiesz, czego naprawdę chcesz.


    Świat, który się zatrzymał

    Przeglądam Facebooka – nuda. TikToka – też nic.
    Otwieram aplikację, przewijam, zamykam. I zadaję sobie pytanie: czy to świat stanął w miejscu, czy ja?

    Firmy prześcigają się w wymyślaniu nowych rzeczy – nowe aplikacje, nowe smartfony, nowe kolory samochodów.
    A ja patrzę na to wszystko i myślę: „czy naprawdę to jest postęp?”.
    Kiedyś czekało się na nowy telefon, bo był lepszy. Dziś jest po prostu nowszy.
    Kiedyś ludzie marzyli o podróży do innego kraju, dziś siedzą z laptopem w kuchni i odwiedzają cały świat przez Google Maps.

    Mam wrażenie, że świat utknął w trybie „aktualizacji systemu”.
    Wszystko działa, ale nikt już nie pamięta, po co.


    Upadek przez dobrobyt

    To zdanie, które kiedyś usłyszałam, nie daje mi spokoju:
    „Nasze dzieci mają wszystko, więc żeby mogły się rozwijać, będą musiały wszystko stracić, żeby miały o co walczyć.”

    I choć brzmi brutalnie – coraz częściej widzę w tym prawdę.
    Dobrobyt zabił w nas głód. Nie ten fizyczny, ale emocjonalny, duchowy, egzystencjalny.
    Bo kiedy nie musisz się martwić o przetrwanie, zaczynasz się martwić o… powód, dla którego w ogóle żyjesz.



    Rządzący też dali się wciągnąć w grę

    Nie tylko zwykli ludzie się zagubili.
    Patrzę na rządzących – tych, którzy mieli nas prowadzić, inspirować, chronić – i widzę, że oni też wpadli w tę samą pułapkę.
    Wielka gra o władzę i pieniądze zamieniła się w globalny hazard na kredyt.
    Państwa pożyczają od siebie, od korporacji, od instytucji, których nazw przeciętny obywatel nawet nie zna.
    Dług stał się nową formą broni – cichą, elegancką, bez huku armat.

    Kiedyś kraj zdobywało się wojną.
    Dziś wystarczy pożyczka z odpowiednim oprocentowaniem.
    Wczoraj podpisują memorandum, jutro oddają ziemię, zasoby, wpływy – wszystko za długi.
    Bez czołgów, bez ofiar, bez protestów.
    Wystarczy kilka cyfr na ekranie.

    To, co niegdyś nazywano „kolonializmem”, dziś nazywa się „współpracą gospodarczą”.
    Tyle że efekt ten sam – bogaci stają się bogatsi, a reszta świata płaci rachunki.



    Technologia – błogosławieństwo czy przekleństwo?

    Kiedyś technologia miała nam ułatwić życie.
    Dziś raczej je komplikuje.
    Smartwatch liczy kroki, aplikacja liczy kalorie, telefon przypomina, żeby pić wodę, a lodówka wie, że kończy się mleko.
    A mimo to – czujemy się bardziej zagubieni niż kiedykolwiek.

    Technologia nie zabrała nam rąk, ale zabrała nam… potrzebę działania.
    Zamiast gotować – zamawiamy.
    Zamiast rozmawiać – piszemy.
    Zamiast pytać – googlujemy.

    Kiedyś, żeby znaleźć inspirację, trzeba było iść do biblioteki.
    Dziś wystarczy otworzyć telefon i… przestać wierzyć, że inspiracja istnieje.

    Może to właśnie największa ironia naszych czasów – wszystko mamy na wyciągnięcie ręki, a jednak wciąż czegoś nam brakuje.



    Bieda nowego rodzaju

    Kiedy mówię o biedzie, nie mam na myśli pustego portfela.
    Myślę raczej o biedzie sensu.
    Biedzie celu.
    Biedzie wyzwania.

    Bo jak ma się rozwijać pokolenie, które ma wszystko, zanim jeszcze zdążyło czegoś zapragnąć?
    Dzieci rodzą się z iPhone’em w ręku i tabletem w łóżeczku.
    Zanim nauczą się mówić, już wiedzą, jak przesunąć ekran.
    I nie – nie zazdroszczę im.
    Bo ja dorastałam w czasach, gdy trzeba było się postarać, żeby coś mieć.
    Gdy trzeba było kombinować, odkładać, marzyć.
    To właśnie z tego rodziła się kreatywność.
    A teraz? Kreatywność zastąpiły filtry i „AI suggestions”.



    Zmęczeni nadmiarem

    Nie wiem, czy to kwestia wieku, doświadczenia, czy może świadomości.
    Ale coraz częściej łapię się na tym, że nie potrzebuję więcej.
    Nie chcę nowej sukienki, bo i tak za miesiąc mi się znudzi.
    Nie chcę nowego telefonu, bo stary działa.
    Nie chcę kolejnej kolacji w restauracji, bo wszystkie kuchnie już próbowałam.

    Nie chodzi o skąpstwo. Chodzi o przesyt.
    O to uczucie, że cokolwiek byś nie kupił – i tak cię to nie zaspokoi.
    Bo problem nie jest w braku rzeczy.
    Problem jest w braku emocji, które te rzeczy kiedyś dawały.


    Co dalej, człowieku?

    Z jednej strony technologia daje nam wolność.
    Z drugiej – zamyka nas w złotej klatce wygody.
    Nie musimy już o nic walczyć, więc przestajemy próbować.
    Nie musimy się starać, więc przestajemy marzyć.

    A rządy?
    Będą dalej drukować, pożyczać i udawać, że wszystko jest pod kontrolą.
    Aż pewnego dnia obudzimy się w świecie, w którym nie trzeba będzie wojny, by kraj zmienił właściciela.
    Wystarczy bank.



    Zamiast zakończenia

    Może to nie koniec świata.
    Może to tylko początek nowego etapu.
    Tego, w którym ludzie przestaną ścigać się na posiadanie, a zaczną ścigać się na świadomość.
    Tego, w którym „więcej” przestanie być synonimem „lepiej”.
    Tego, w którym znów nauczymy się cieszyć z prostych rzeczy: rozmowy, spaceru, kubka kawy, własnego pomysłu.

    Bo prawdziwa bieda to nie brak pieniędzy.
    Prawdziwa bieda to brak sensu.
    A sens, paradoksalnie, najczęściej przychodzi wtedy, gdy wszystko inne… już mamy.

    Dzieci bawią się w dorosłych, a dorośli wciąż udają, że wiedzą, co robią.
    Granice, zakazy, czerwone kółka — wszystko wygląda jak gra, dopóki nie zrozumiesz, że to już nie zabawa.

    EN:
    Children play at being adults, while adults keep pretending they know what they’re doing.
    Lines, rules, red circles — it all looks like a game until you realise it stopped being one long ago.





    Introduction

    Yesterday, while walking with my husband – before we even closed the step-tracking app and started comparing who did more – we ended up talking about… nothingness.
    It sounds dramatic, I know – more like a sci-fi title than a peaceful British stroll – but we both felt it: maybe this is the beginning of the end.
    Not the loud, cinematic kind of end, but the quiet one.
    The one where people have everything, yet somehow… nothing left to live for.



    When “Too Much” Becomes the New Poor

    I remember when we first came to the UK.
    It felt like winning the lottery.
    We could finally afford everything.
    No counting pennies, no worrying about the 10th of the month.

    Sweets within reach, fruit by the kilo, McDonald’s almost daily – after years of “just surviving”, that felt like freedom.
    But after a while, even freedom becomes dull.
    When everything is available – nothing feels special anymore.
    When you can have it all – you forget what it’s like to want.


    A World That Stopped Moving

    Facebook? Boring. TikTok? Recycled.
    Open, scroll, close. Repeat.

    Companies are competing to invent “something new”: new apps, new phones, new colours of the same car.
    But is that really innovation?
    Once we waited for a new phone because it was better.
    Now we buy it because it’s different by 3 pixels.

    The world feels like it’s stuck in an endless “system update”.
    Everything functions – but no one remembers why.


    Prosperity and the Death of Hunger

    There’s a phrase I can’t get out of my head:
    “Our children have everything. So to grow, they will need to lose everything – to have something to fight for.”

    And maybe that’s exactly what’s happening.
    We’ve been fed comfort for so long that we’ve lost our appetite for meaning.
    When survival is no longer the issue, purpose becomes the crisis.


    The Ruling Class and the Game of Debt

    It’s not just ordinary people who got lost.
    Look at the ones running the show – the politicians, the ministers, the so-called “world leaders”.
    They’ve all joined the same global casino.

    Nations borrowing from nations, from banks, from invisible institutions with names nobody can pronounce.
    Debt has become the new weapon of control – silent, bloodless, and brilliantly efficient.

    Once, countries were conquered with tanks.
    Now, they’re conquered with loans.
    Today they sign “partnership agreements”.
    Tomorrow they hand over land, resources, and power – to pay their debts.
    No wars. No protests. Just spreadsheets.

    Yesterday’s colonialism is today’s economic cooperation.
    Same result – the rich get richer, and everyone else signs another repayment plan.


    Technology: Our Shiny Cage

    Technology was supposed to liberate us.
    Instead, it babysits us.

    Our watches track our steps, our phones track our thoughts, and our governments track… well, everything else.
    And we let them – because it’s convenient.

    We don’t cook anymore, we order.
    We don’t talk anymore, we type.
    We don’t think anymore, we search.

    We traded effort for comfort and called it progress.
    And somehow, we feel more lost than ever.


    The New Poverty

    When I speak of poverty, I don’t mean an empty wallet.
    I mean the emptiness of purpose.
    The poverty of curiosity.
    The hunger for meaning has been replaced by next-day delivery.

    Children are born with screens in their hands and algorithms shaping their thoughts before they learn to read.
    They don’t dream – they swipe.
    They don’t create – they consume.

    And maybe that’s why creativity feels extinct.
    Because real creativity grows out of lack.
    Out of the need to invent, to imagine, to survive.
    We removed the lack – and with it, the spark.


    Exhausted by Excess

    I don’t know if it’s age, wisdom, or just burnout from abundance – but I don’t want more.
    Not another outfit. Not another gadget. Not another restaurant that looks like the last ten.

    I don’t crave more things.
    I crave more peace.
    More silence. More meaning.

    Because the problem isn’t that we have too little.
    It’s that we feel too little about what we have.


    What’s Next, Humanity?

    Technology gave us freedom – and governments sold that freedom back to us in monthly instalments.
    They borrow, print, and pretend everything’s fine, while quietly mortgaging the future of entire nations.

    One day we’ll wake up and realise that countries no longer change hands through war – but through debt ownership.
    A quiet, paper-based conquest.
    No tanks, no soldiers – just signatures.

    And when that day comes, people will finally understand:
    We lost not because someone invaded us,
    But because we stopped paying attention.



    Conclusion

    Maybe this isn’t the end.
    Maybe it’s just an intermission – a pause before the next act of human evolution.

    Maybe people will finally stop competing for possessions and start competing for awareness.
    Maybe governments will stop pretending to lead and start learning to listen.
    Maybe “more” will stop meaning “better”.

    Because real poverty isn’t about money.
    Real poverty is the absence of purpose.
    And the funny part?
    Purpose often shows up the moment you realise you already have… everything.

  • ⬇️ Scroll down for English ⬇️

    Nie sądziłam, że napiszę ten wpis z takim wzruszeniem. Kiedy w październiku ogłaszałam konkurs o moją książkę The Best of the Worst, byłam w miejscu, w którym większość ludzi po prostu… by odpuściła.
    Bo jak długo można mówić do pustej sali? Jak długo można pisać, nie wiedząc, czy ktoś w ogóle czyta?

    Ale coś mi wtedy mówiło: napisz to, zrób coś, nawet jeśli nikt nie odpowie.
    Nie chodziło o wygraną, o statystyki, o lajki. Chodziło o to, żeby dać komuś powód, żeby się zatrzymał — na chwilę, w tym pędzącym świecie.

    Pomyślałam: może ktoś się uśmiechnie, może ktoś poczuje, że nie jest sam, może ktoś pomyśli „hej, mam tak samo”.
    I to wystarczyło, żeby spróbować.


    ✨ Początki, które były niepewne

    Nie miałam pojęcia, jak działa ten cały system komentarzy, liczenia aktywności i powiadomień.
    W głowie miałam chaos: „czy ktoś to w ogóle widzi?”, „czy mój blog w ogóle się wyświetla?”, „czy nie piszę tylko do siebie?”.
    Ale mimo tej niepewności, publikowałam dalej. Czasem z kubkiem kawy, czasem z głową pełną wątpliwości, czasem z sercem, które po prostu musiało coś z siebie wyrzucić.

    Każdy komentarz był wtedy jak mała iskra.
    Niektóre były krótkie – jedno zdanie, inne dłuższe – jakby ktoś chciał ze mną posiedzieć przy kawie i pogadać.
    I właśnie w tych momentach poczułam, że to miejsce żyje.

    Blog, który kiedyś był tylko moim osobistym notatnikiem, powoli zamieniał się w przestrzeń, gdzie ktoś naprawdę słucha.



    💛 I wtedy pojawiła się Joanna

    Nie wiem, czy sama ma tego świadomość, ale jej obecność zmieniła coś ważnego.
    Nie tylko w statystykach, ale w moim podejściu do pisania.

    Joanna komentowała często. Czasem z refleksją, czasem z humorem, czasem po prostu zostawiała ślad, jakby chciała powiedzieć: „hej, czytam Cię, nie jesteś sama”.
    Nie robiła tego dla konkursu — wiem to, bo jej słowa były prawdziwe. Nie brzmiały jak ktoś, kto chce coś wygrać, tylko jak ktoś, kto chce być częścią rozmowy.

    I może to właśnie o to chodzi w całym tym pisaniu.
    Nie o to, by mieć tysiące obserwatorów.
    Nie o to, by być popularną.
    Tylko o to, by znaleźć jednego człowieka, który zrozumie, poczuje, odpowie.


    💌 Wysłałam do niej wiadomość…

    Kiedy sprawdzałam wyniki i zobaczyłam, że to właśnie Joanna była najbardziej aktywna, uśmiechnęłam się szeroko.
    Nie dlatego, że mogłam komuś wysłać książkę, tylko dlatego, że mogłam powiedzieć: „dziękuję, że jesteś”.

    Wysłałam jej e-mail. Napisałam, że wygrała, ale też, że wiem, iż nie robiła tego dla nagrody.
    Bo czasem właśnie ci ludzie, którzy nie szukają uwagi, wnoszą najwięcej.

    I wiesz co? To było najpiękniejsze uczucie — móc wysłać komuś wiadomość nie jako „autorka książki”, ale jako człowiek do człowieka.
    Z wdzięcznością. Z autentycznością. Bez nadęcia.


    🌱 Dlaczego to takie ważne

    Pisanie dla mnie to nie był plan biznesowy ani strategia marketingowa.
    To był sposób na przetrwanie.
    Na poukładanie myśli, które czasem ciążyły jak kamienie.
    Na zrozumienie, że ból, samotność, czy zmęczenie – to nie wstyd, tylko część życia, z którą można nauczyć się żyć po swojemu.

    Ale żeby pisać dalej, trzeba mieć choć jedno potwierdzenie, że to ma sens.
    Że po drugiej stronie jest ktoś, kto słucha.

    Każdy komentarz, nawet najkrótszy, był jak oddech.
    Jak znak, że słowa nie lecą w próżnię.
    I dziś mogę śmiało powiedzieć, że to właśnie dzięki Wam — dzięki Joannie, i każdej osobie, która zostawiła choć jedno zdanie — nie przestałam wierzyć, że warto pisać.

    🌻 Co dalej?

    Tym razem nie będzie konkursu.
    Nie będzie zasad, zgłoszeń, losowań ani przypomnień o terminach.

    W grudniu, na zakończenie roku, po prostu wybiorę jedną osobę — tak z serca — której wyślę egzemplarz mojej książki.
    Nie za liczbę komentarzy, ale za obecność.
    Za szczerość. Za ciepło.
    Za to, że po prostu tu jest.

    Nie wiem, kto to będzie.
    Może ktoś, kto zostawia komentarz raz w miesiącu.
    Może ktoś, kto tylko czasem kliknie „lubię to”, ale naprawdę czyta.
    Może ktoś, kto jeszcze się nie odezwał, ale którego słowa pojawią się wtedy, gdy najbardziej ich potrzebuję.

    Bo czasem jedno zdanie potrafi zmienić dzień.
    Albo całe życie.


    ✨ Na zakończenie

    Kiedy zaczynałam ten blog, byłam przerażona.
    Nie wiedziałam, jak to wszystko działa. Nie rozumiałam pozycjonowania, SEO, analityki, ani tych wszystkich trudnych słów.
    Wiedziałam tylko jedno: że chcę pisać prawdę.

    Dziś, kiedy patrzę wstecz, czuję wdzięczność.
    Za każdą osobę, która zatrzymała się tu choć na chwilę.
    Za każdy komentarz, który sprawił, że uśmiechnęłam się do ekranu.
    Za każdą wiadomość, w której ktoś napisał „też tak mam”.

    Bo to znaczy, że nie jestem sama.
    I że Wy też nie jesteście.



    💛 Dziękuję, że jesteście częścią tej drogi.
    Nie obiecuję, że zawsze będzie łatwo, pięknie i błyszcząco.
    Ale obiecuję, że zawsze będzie prawdziwie.

    Z wdzięcznością,
    Eliza Siatkowska

    🇵🇱: Dziękuję, że jesteś – to więcej, niż mogłam sobie wymarzyć. 💌
    🇬🇧: Thank you for being here – it means more than words can say. 💌



    I didn’t expect to write this post with such emotion.
    When I announced the October giveaway for my book The Best of the Worst, I was standing at a point where most people would probably just give up.

    Because how long can you talk to an empty room?
    How long can you keep writing when you’re not sure anyone’s even listening?

    But something inside me said: do it anyway.
    Not for the numbers, not for the likes — but for the one person who might stop for a moment, read a few lines, and think: “Oh, that’s exactly how I feel.”
    And that’s what kept me going.



    ✨ Those uncertain beginnings

    I had no idea how any of this worked — how comments are counted, how engagement is tracked, how people even find my blog.
    My head was full of questions: “Does anyone see this?”, “Is it showing up in search results?”, “Am I just talking to myself again?”

    But even with all that doubt, I kept posting.
    Sometimes with a coffee mug in hand, sometimes with a tired heart, sometimes with too many thoughts that just needed to come out.

    Every comment felt like a spark.
    Some were short — just a few words — others longer, like someone sitting down with me over coffee to talk about life.
    And that’s when I realised: this space is alive.

    The blog that once was only my personal diary slowly became a place where someone truly listens.


    💛 And then came Joanna

    She probably doesn’t even realise how much her presence meant.
    Not in numbers or statistics, but in the way she reminded me why I write.

    Joanna commented often — with reflection, humour, kindness. Her words felt honest, not like someone chasing a giveaway, but like a person who simply wanted to connect.
    And maybe that’s what writing is really about — not reaching thousands, but finding one real person who understands.

    💌 I sent her an email…

    When I checked the results and saw that Joanna had been the most active reader, I smiled wide.
    Not because I could finally send someone a book, but because I could finally say: “thank you for being here.”

    I sent her an email to let her know she had won — but I also told her that I know she never did it for the contest.
    Sometimes it’s the people who expect nothing that give the most.

    And honestly, it felt beautiful to send that message — not as an author promoting her book, but as one human being reaching out to another, with sincerity and gratitude.


    🌱 Why this matters so much

    Writing has never been a business plan or a marketing strategy for me.
    It was survival.
    It was my way of making sense of things that hurt.
    Of learning that pain, loneliness, or exhaustion aren’t something to hide — they’re just part of being human.

    But to keep writing, you need at least one sign that it means something.
    That there’s someone on the other side of the screen who cares enough to read.

    Every comment, even the shortest one, felt like a heartbeat.
    Like a reminder that my words didn’t disappear into the void.
    And today I can say with honesty — it’s because of you, because of Joanna, and because of every person who left even a single sentence, that I kept believing it’s worth it.


    🌻 What’s next?

    This time, there won’t be a contest.
    No rules, no forms, no deadlines.

    In December, I’ll simply pick one person — straight from the heart — and send them a copy of my book.
    Not for numbers or engagement, but for kindness.
    For being here. For reading. For staying.

    I don’t know who it will be.
    Maybe someone who comments once a month.
    Maybe someone who just quietly reads but never says a word.
    Maybe someone whose comment will arrive exactly when I need it most.

    Because sometimes one sentence can change a day — or an entire life.


    ✨ To end on a grateful note

    When I started this blog, I was terrified.
    I didn’t know what I was doing. I had no clue about SEO, analytics, or how the algorithm works.
    I just knew I wanted to tell the truth.

    And now, looking back, I feel nothing but gratitude.
    For every person who stopped here for a moment.
    For every comment that made me smile.
    For every message that said, “I feel the same.”

    Because it means I’m not alone.
    And neither are you.


    💛 Thank you for being part of this journey.
    I can’t promise it will always be perfect, easy, or cheerful.
    But I can promise it will always be real.

    With love and gratitude,
    Eliza
    author of The Best of the Worst