• Scroll down for English / Przewiń w dół po angielską wersję



    🇵🇱 Głosowałam na niego

    Nie wiem, co mnie bardziej wkurza – to, że znów się nabrałam, czy to, że naprawdę wierzyłam. Bo ja głosowałam na Szymona Hołownię. Tak, tego „nowego”, świeżego, uduchowionego chłopaka z telewizji, który zamiast krzyczeć o podatkach i zdradzie narodowej, mówił o empatii, ekologii i rozsądku. W świecie, w którym polityka przypomina rzeźnię dla ludzi o grubych skórach i pustych oczach, on wyglądał jak wegetarianin w masarni – trochę zagubiony, ale cholernie czysty w tym swoim idealizmie.

    Nie byłam jego fanką od pierwszej chwili. Po prostu miałam dość. Dość napuszonego tonu jednych i cynicznego uśmiechu drugich. Polska polityka przypominała wtedy kłótnię w remizie o to, kto pierwszy do kranu z piwem – nikt nie słuchał, każdy krzyczał. I nagle pojawił się on – Szymon. Uśmiechnięty, spokojny, z jakimś wewnętrznym światłem, które w polityce jest równie rzadkie jak szczerość w kampanii wyborczej.

    Myślałam sobie: wreszcie ktoś, kto nie będzie się drzeć.
    Kto nie będzie machał flagą jak kijem bejsbolowym.
    Kto nie będzie wmawiał mi, że „normalność” to tylko jego wersja świata.

    I tak się zaczęło – historia pewnej naiwności, którą dziś wspominam jak nieudany romans.



    Na początku było pięknie. Szymon mówił o „nowej polityce”, o tym, że „nie trzeba być chamem, żeby coś zmienić”. No jak nie uwierzyć? W świecie, gdzie większość posłów zachowuje się jak uczestnicy „Warsaw Shore” po trzecim piwie, ten człowiek brzmiał jak kaznodzieja z TED Talka.
    Słuchałam go z tym samym wzruszeniem, z jakim kiedyś oglądałam finały „Mam talent” – nie przez śpiew, tylko przez wiarę, że ktoś jeszcze ma serce.

    Hołownia miał serce.
    I miał plan.
    Tylko zapomniał, że w polityce plan bez strategii to jak wegetarianin wśród myśliwych – długo nie pożyje.



    Kiedy wszedł do Sejmu, miałam nadzieję, że zrobi tam porządek.
    Że nauczy tych starych lisów kultury i pokory.
    Że pokaże, że można inaczej.
    Ale jak mówi stare przysłowie – kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one.

    I Szymon zakrakał.
    Na początku nieśmiało.
    Potem coraz głośniej.
    Aż w końcu sam nie wiedział, czy to jeszcze jego głos, czy echo tych, którzy kraczą zawodowo od dekad.

    Zaczęły się kompromisy, negocjacje, polityczne układy.
    I ten moment, w którym człowiek zaczyna kalkulować, zamiast wierzyć.
    Polityka to nie miejsce dla marzycieli. To survival.
    A on – chciał być człowiekiem.


    Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłam go w roli marszałka Sejmu. Dumnego, eleganckiego, z tą samą łagodnością, która kiedyś podbiła serca widzów. Ale już wtedy widać było zmęczenie. Bo polityka nie znosi miękkich tonów. Tam trzeba mieć twarde łokcie i jeszcze twardsze sumienie – najlepiej z teflonu, żeby nic się nie przykleiło.

    A on? On wciąż wierzył, że da się rozmawiać. Że da się budować mosty.
    Nie wiedział, że w Polsce mosty służą tylko do tego, żeby spalić je z klasą.



    W końcu przyszło to, co musiało przyjść – PiS go ograł.
    Nie w spektakularny sposób, tylko powoli, systematycznie.
    Jak kot, który bawi się myszą, zanim ją zje.
    Pozwolili mu wierzyć, że ma wpływ. Że może coś ugrać.
    A potem zabrali mu wszystko jednym ruchem.
    I patrzyli, jak tłumaczy się z rzeczy, których nie zrobił.

    Media też nie pomogły – najpierw go wznosili na piedestał, a potem zepchnęli z niego z komentarzem: „No cóż, nie udźwignął.”
    Bo tak działa show-biznes polityki – karmią cię nadzieją, dopóki klikasz się dobrze. Potem wpychają w archiwum razem z hasłem: „były polityk, który miał potencjał”.


    Głosowałam na niego ponownie, choć już bez złudzeń.
    Jak kobieta, która wraca do byłego, bo przynajmniej zna jego wady.
    Ale nawet wtedy coś we mnie mówiło: „to nie jego świat.”
    I miałam rację.

    Bo jak się okazało, w Polsce nie ma miejsca dla ludzi, którzy myślą sercem.
    Tu wygrywają ci, co myślą sondażem.



    Z czasem przestałam go oglądać.
    Nie dlatego, że miałam dość, tylko dlatego, że bolało patrzenie.
    Jakbyś widziała człowieka, który tonie w błocie, ale wciąż próbuje zachować uśmiech.
    Czasem wrzucałam w wyszukiwarkę jego nazwisko – z ciekawości.
    Zawsze pojawiały się te same tytuły:
    „Spadek poparcia.”
    „Hołownia poza grą.”
    „Nowa twarz starej polityki.”

    A przecież on naprawdę próbował.
    Tylko że system nie potrzebuje ludzi, którzy próbują.
    System potrzebuje ludzi, którzy grają.


    I wiesz co? Nie potrafię się na niego gniewać.
    Bo on jest symbolem tego, że dobroć w polityce ma krótką datę przydatności.
    Że empatia się nie klika, a przyzwoitość nie daje mandatu.

    I choć jego nazwisko może już nie wywołuje emocji, ja go zapamiętam.
    Jako kogoś, kto wszedł między wrony i przez chwilę naprawdę próbował nie krakać.


    🕊️ Epilog – kilka lat później

    Minęły lata.
    Patrzę na zdjęcia z dawnych kampanii i myślę, jak bardzo ten kraj nie był gotowy na takich ludzi.
    Na ludzi, którzy mówią spokojnie, słuchają zamiast atakować, wierzą, że słowo „dobro” ma jeszcze sens.

    Dziś znowu w telewizji kłócą się ci sami. Ci, co kraczą od lat.
    A Hołownia? Pewnie wrócił do pisania, może do pomagania.
    Do świata, w którym człowiek coś znaczy.
    Bo w polityce – nie znaczy nic.

    Czasem mam wrażenie, że jego porażka to metafora całego kraju.
    Bo jak mamy budować państwo oparte na wartościach, jeśli za każdym razem, gdy pojawia się ktoś normalny, system go zjada?



    MORAŁ

    Nie przegrał Hołownia.
    Przegraliśmy my – wszyscy, którzy uwierzyliśmy, że serce wystarczy.
    Bo serce w polityce to luksus, na który nie stać żadnej partii.
    Ale może – kiedyś – będzie to waluta, którą znów zaczniemy płacić za zaufanie.




    🇬🇧 English version

    I voted for him

    I don’t know what pisses me off more – that I fell for it again, or that I genuinely believed.
    Yes, I voted for Szymon Hołownia. The calm, thoughtful guy from TV who talked about empathy, logic, and decency instead of taxes and traitors. In a world where politics feels like an abattoir for people with thick skin and hollow eyes, he looked like a vegetarian lost in a slaughterhouse – confused, but still clean.

    He was supposed to be different. The one who wouldn’t yell.
    The one who’d talk about people, not power.
    The one who’d show that being kind doesn’t mean being weak.

    And maybe he really tried.
    But politics in Poland eats kindness for breakfast.



    When he entered Parliament, I had hope.
    Maybe he’d make it better.
    Maybe he’d remind them that politics is about people.
    But as the saying goes – when you enter a flock of crows, you must caw like one of them.

    And so he did.
    First shyly. Then louder.
    Until one day, even he didn’t know if it was still his voice or just the echo of others.



    At first, he was elegant, patient, composed – a breath of fresh air among vultures.
    But the system doesn’t tolerate that kind of softness.
    In Polish politics, you either grow claws or get eaten.

    And so he got played.
    Slowly. Systematically.
    The ruling party let him believe he had power.
    Then stripped him of it while the cameras rolled.



    He lost not because he was wrong – but because he was right too soon.
    In a country where shouting is strength, and compromise is weakness, being decent is a political suicide note.

    I watched his fall like you watch a good man drowning in mud – helplessly, painfully, knowing he’ll never resurface the same.



    Years later, I think he might be free now.
    Free from noise, games, and fake applause.
    Maybe he’s back to helping people, writing, breathing.
    Because in politics, there’s no oxygen for people like him.

    And maybe his failure isn’t really a failure.
    Maybe it’s proof that the system is broken – not him.


    MORAL

    Szymon Hołownia didn’t lose.
    We did.
    Because every time we let cynicism win over decency, we confirm what the system already knows –
    that we don’t want better politicians.
    We just want louder ones.



    Autorka: Eliza Siatkowska – autorka serii The Best of the Worst, blogerka i obserwatorka codzienności bez filtra.
    Więcej na elizasiatka.uk



  • Miśek Koterski i Kuba Wojewódzki – o sile upadku, powstaniu i cieniu, który nigdy nie znika

    Są tacy ludzie, których los rozbiera do gołej duszy. Nie po to, żeby ich zniszczyć, ale żeby sprawdzić, czy jeszcze będą chcieli żyć, kiedy wszystko przestanie mieć sens.
    I są tacy, którzy przechodzą przez to piekło na oczach całego kraju.
    Dwóch takich mężczyzn to Michał „Miśek” Koterski i Kuba Wojewódzki – różni jak ogień i woda, a jednak w pewnym momencie połączeni przez rozmowę, w której nie było już błysku fleszy, tylko prawda i emocje.

    Nie wiem, czy da się przeżyć coś gorszego niż upadek na dno, gdy wszyscy patrzą. Bo nie chodzi tylko o wstyd. Chodzi o ten moment, kiedy człowiek zaczyna się bać samego siebie.
    Kiedy każda myśl boli, a jedyne, co masz, to jeszcze jedno kłamstwo, które mówisz sobie, żeby przetrwać kolejny dzień.
    Miśek Koterski był w tym miejscu.
    Nie raz, nie dwa.
    I to właśnie dlatego jego historia ma sens. Bo nie jest o tym, że można się podnieść. Jest o tym, że można się podnieść mimo wszystko.



    Cień, który nie znika

    Miśek nie udaje, że wygrał. I może właśnie dlatego mu wierzę.
    Bo każdy, kto naprawdę coś przegrał, wie, że z przeszłością się nie wygrywa.
    Z nią się żyje.
    Każdego dnia, od nowa.

    On o tym mówi z taką surowością, że aż boli słuchać. O tym, jak bardzo można się pogubić. Jak łatwo uwierzyć, że „przecież kontroluję” – i jak trudno przyznać, że już dawno nie kontrolujesz niczego.
    Jest coś niesamowicie ludzkiego w jego spowiedziach. Nie takich medialnych, przygotowanych pod emocje widza, tylko tych prawdziwych – z oczami, które się nie świecą, tylko gasną.

    Widziałam jego rozmowę z Kubą Wojewódzkim i przyznam szczerze – rozumiem obie strony.
    Rozumiem Kubę, który nie chciał się angażować w coś, co pachniało katastrofą.
    I rozumiem Miśka, dla którego to był moment, gdy ktoś, kogo uważał za bliskiego, odwrócił się plecami.
    I wcale nie mam ochoty nikogo oceniać.
    Bo prawda jest taka, że nikt z nas nie wie, jak by się zachował, gdyby ktoś bliski staczał się w przepaść.
    Pomóc można tylko temu, kto jeszcze chce się ratować.
    A wtedy Miśek chyba już nie chciał.



    Siła upadku

    Kiedy człowiek spada, to nie spada nagle.
    To nie jest film, w którym ktoś krzyczy „stop!” i zatrzymuje się w pół drogi.
    To raczej powolne zsuwanie się po własnych decyzjach.
    Miśek mówił, że dno przyszło wtedy, gdy już nic nie zostało.
    Ani rodziny, ani wiary, ani godności.
    Tylko głód – nie taki fizyczny, ale ten, który zżera człowieka od środka.

    I to właśnie tam, w tym błocie, zaczyna się coś, czego nie da się nauczyć z książek ani terapii – prawdziwa pokora.
    Nie taka na pokaz, nie taka z wyuczonego języka o „wdzięczności i rozwoju osobistym”.
    Pokora to wtedy, kiedy wiesz, że już nie jesteś panem swojego życia, i prosisz, żeby ktoś ci podał rękę.


    Powstanie – ale nie triumfalne

    Miśek się podniósł.
    Nie spektakularnie. Nie jak bohater z filmu.
    Podniósł się po cichu, w trzeźwości, której nikt nie klaskał.
    I to jest właśnie ta różnica między show a życiem.
    Show kończy się oklaskami.
    Życie dopiero się wtedy zaczyna.

    Kiedy oglądam, jak dziś mówi o swojej drodze, widzę człowieka pogruchotanego, ale właśnie dzięki temu – prawdziwego.
    Nie wstydzi się mówić, że był nikim.
    Że zniszczył wszystko, co miał.
    I że dopiero wtedy zrozumiał, że życie to nie szampan na premierze, tylko cisza, w której uczysz się znowu oddychać.

    I wiesz co?
    Ja wierzę, że on już nie wróci do tamtego piekła.
    Bo tylko ci, którzy naprawdę tam byli, wiedzą, że nie ma tam nic, do czego warto wracać.
    To nie jest nostalgia za „tamtym życiem” – to trauma, której nie chcesz nawet dotknąć.



    Ludzie, którzy podcinają skrzydła

    Najtrudniejsze w tej drodze nie są już pokusy.
    Najtrudniejsi są ludzie.
    Ci, którzy mówią: „No, zobaczymy, ile wytrzyma.”
    Ci, którzy z uśmiechem przypominają stare błędy, jakby bali się, że ktoś naprawdę się zmienił.
    Bo łatwiej wierzyć w cudze porażki niż w cudze odrodzenie.

    I dlatego mam nadzieję, że Miśek dziś jest mądrzejszy.
    Że zrozumiał, iż nie każdy, kto jest obok, chce twojego dobra.
    Niektórzy chcą tylko być blisko światła, które znowu świeci – póki świeci.
    Tacy „przyjaciele dla fame”, jak ich nazwałaś.
    Najbardziej toksyczny gatunek ludzi: tacy, którzy klaszczą ci tylko wtedy, gdy jesteś na scenie.


    Kuba Wojewódzki – obojętność czy granica?

    Wiele osób krytykowało Kubę po tej rozmowie, że był chłodny, że nie wsparł, że mógł inaczej.
    Ale ja go też rozumiem.
    Bo czasem nieobecność jest formą ochrony.
    Nie każdy potrafi być wybawcą.
    Nie każdy ma w sobie siłę, żeby wciągać drugiego człowieka z bagna, wiedząc, że może sam tam ugrzęznąć.
    To nie obojętność.
    To czasem instynkt przetrwania.

    I chociaż było w tej rozmowie coś bolesnego – to właśnie w niej było też coś pięknego: dwoje ludzi, którzy wreszcie przestali grać.
    Bez masek, bez roli, bez ironii.
    Bo czasem najprawdziwsze rozmowy to te, które zostają w pół słowa.



    Cień, który idzie z tobą

    Wiem, że Miśek mówi dziś o trzeźwości, o wierze, o miłości.
    Ale wiem też, że cień zostaje.
    On zawsze będzie szedł za nim.
    I może to dobrze.
    Bo cień przypomina, skąd wyszedłeś.
    I że wystarczy jedno potknięcie, żeby wrócić tam, gdzie już nie chcesz być.

    Trzeźwość to nie stan.
    To codzienny wybór.
    A wybory są trudne, kiedy świat kusi, a ludzie chcą, żebyś był znowu „tym starym sobą”, bo wtedy byłeś bardziej zabawny, bardziej kolorowy, bardziej… użyteczny.


    Druga szansa nie jest dla każdego – ale każdy może ją dostać

    Nie wierzę w bajki o tym, że każdy się zmienia.
    Ale wierzę w ludzi, którzy przeżyli własny koniec i nadal chcą żyć.
    Bo to nie jest kwestia cudów – to kwestia odwagi.

    Miśek Koterski nie jest idealny.
    Nie jest wzorem.
    Ale jest dowodem, że człowiek może przejść przez piekło i wrócić z niego z sercem, a nie z cynizmem.
    I może właśnie dlatego jego historia jest tak potrzebna – bo jest o nadziei, która nie jest cukierkowa, tylko brudna, zmęczona, ale prawdziwa.

    Na koniec

    W tej całej historii nie chodzi o to, kto miał rację – Miśek czy Kuba.
    Chodzi o to, że każdy z nas nosi w sobie jakiegoś demona, z którym musi się dogadać, żeby nie zniszczył wszystkiego.
    Jedni robią to głośno, na oczach milionów.
    Inni po cichu, w czterech ścianach.

    Ale mechanizm jest ten sam – wszyscy chcemy wierzyć, że można się podnieść.
    Że nawet jeśli raz zawalisz wszystko, możesz jeszcze napisać nowy rozdział.
    Nie bez bólu, nie bez strachu, ale z pokorą.

    Bo prawdziwe zwycięstwo to nie nagrody, role, wywiady.
    To dzień, w którym budzisz się i nie musisz już uciekać od siebie.

    I jeśli Miśkowi się to udaje – nawet przez jeden dzień –
    to znaczy, że ta walka ma sens.

    Czasem największa siła nie krzyczy. Po prostu stoi w ciszy i oddycha dalej.

    Sometimes the greatest strength doesn’t shout. It just stands in silence and keeps breathing.


    There are people’s lives completely torn apart — not to destroy them, but to see if they’ll still want to live when nothing makes sense anymore.
    And some go through that hell in front of an entire nation.

    Two such men are Michał “Miśek” Koterski and Kuba Wojewódzki — as different as fire and water, yet connected by a single conversation where there were no lights, no laughter, no irony… just truth and emotion.

    I don’t know if there’s anything harder than falling apart while everyone’s watching. It’s not even about shame. It’s about that moment when you start being afraid of yourself.
    When every thought hurts, and the only thing you have left is another lie you tell yourself just to make it through another day.

    Miśek Koterski has been there.
    Not once, not twice.
    And that’s why his story matters — because it’s not about winning.
    It’s about getting back up anyway.


    The Shadow That Never Leaves

    Miśek doesn’t pretend he’s won. Maybe that’s why he’s believable.
    Anyone who’s truly lost everything knows — you don’t “win” against your past.
    You just learn to live with it.
    Every day. From scratch.

    He speaks about it with a rawness that cuts right through you. About how easy it is to get lost. How easy it is to say “I’ve got this” — until you don’t.
    There’s something deeply human in his confessions. Not the kind you rehearse for a camera, but the kind that comes from tired eyes and a trembling voice.

    I watched his conversation with Kuba Wojewódzki, and honestly — I understood both sides.
    I understood Kuba, who didn’t want to get involved in something that looked like another crash waiting to happen.
    And I understood Miśek, who was hurt because someone he once called a friend turned away.

    But I don’t want to judge either of them.
    Because truth is — none of us really know what we’d do if someone we love started falling apart in front of us.
    You can only help someone who still wants to be saved.
    And at that time, maybe Miśek didn’t.



    The Strength of the Fall

    When a person falls, it doesn’t happen overnight.
    It’s not a movie moment.
    It’s a slow, silent slide down the slope of your own choices.

    Miśek said that rock bottom came when there was simply nothing left —
    no family, no faith, no dignity.
    Just hunger. Not the kind you feed — the kind that eats you alive from the inside out.

    And that’s where something begins — something no book or therapy can teach you: true humility.
    Not the kind you post about on Instagram,
    but the kind that comes when you finally admit you’re not the master of your own life,
    and you whisper, “Please… help me.”


    Rising Again — Without Applause

    He got up again.
    Not with fireworks or a dramatic comeback.
    He got up quietly — in sobriety, with no audience and no applause.
    And that’s the difference between a show and real life.

    The show ends with applause.
    Life starts when the lights go out.

    When I listen to him now, I see a man still broken, but maybe that’s why he’s real.
    He’s not ashamed to say he lost everything —
    that he destroyed it himself.
    And that only then did he realise that life isn’t champagne on a red carpet — it’s learning how to breathe again in silence.

    And you know what?
    I believe he won’t go back.
    Because only those who’ve truly been in hell know there’s nothing there worth returning to.
    That’s not nostalgia. That’s trauma.


    The People Who Clip Your Wings

    The hardest part of healing isn’t the cravings.
    It’s people.

    The ones who say, “Let’s see how long this lasts.”
    The ones who smile while reminding you of your worst moments — because it’s easier for them to believe you’ll fail again than to accept that you’ve changed.

    And that’s why I hope Miśek has learned to be smarter now.
    That he understands not everyone around you wants you to fly.
    Some people only want to stand close to the light — as long as it still shines.
    “Friends for fame,” as you called them.
    The most dangerous kind — they clap when you’re on stage, and vanish when the curtain falls.


    Kuba Wojewódzki — Coldness or Boundaries?

    Many criticised Kuba after that interview — that he was cold, distant, lacking empathy.
    But I get it.
    Because sometimes distance is a form of protection.
    Not everyone is meant to be a saviour.
    Not everyone has the strength to pull someone out of the darkness without falling in themselves.
    That’s not cruelty.
    That’s self-preservation.

    And yet, in that conversation, something beautiful happened —
    Two men who stopped pretending for once.
    No masks, no performance, no sarcasm.
    Because sometimes the most honest conversations are the ones that end halfway through a sentence.


    The Shadow That Walks Beside You

    I know Miśek talks now about faith, love, and sobriety.
    But I also know the shadow never leaves.
    And maybe that’s a good thing.
    Because the shadow reminds you where you came from.
    And that one wrong step could take you right back.

    Sobriety isn’t a state of being.
    It’s a daily decision.
    And choices get harder when the world tempts you — when people want the “old you” back,
    the funny, reckless, loud version, because that version was easier to consume.



    A Second Chance Isn’t for Everyone — But Everyone Deserves One

    I don’t believe every person changes.
    But I believe in those who have died inside and still choose to live again.
    That’s not luck — that’s courage.

    Miśek Koterski isn’t perfect.
    He’s not a saint.
    But he’s proof that you can go through hell and come back with a heart instead of bitterness.
    And that makes his story worth telling — because it’s not about a fairytale comeback,
    but about a tired kind of hope that still fights to stay alive.


    In the End

    This story isn’t about who was right — Miśek or Kuba.
    It’s about the fact that every one of us carries a demon inside that we need to face before it destroys everything.
    Some do it in front of millions.
    Some do it in silence.

    But the truth is the same —
    We all want to believe we can rise again.
    That even after losing everything, we can still rewrite our story.
    Not without pain, not without fear, but with humility.

    Because real victory isn’t fame or applause.
    It’s waking up one morning and realizing… you don’t need to run from yourself anymore.

    And if Miśek manages to do that — even for one day —
    then his fight is worth it.



  • Są tacy ludzie, których albo się kocha, albo nienawidzi. Nie da się ich zignorować, nie da się przejść obok obojętnie. Mają w sobie coś, co budzi emocje – prawdziwe, mocne, często niewygodne. I może właśnie dlatego świat ich tak potrzebuje.
    Dla mnie jednym z takich ludzi jest Dziki Trener. Nie dlatego, że ma idealne ciało, głośny głos czy tysiące obserwujących. Ale dlatego, że ma odwagę być sobą, nawet gdy wszyscy wokół próbują go uciszyć.

    Patrzę na to, jak go atakują, jak wyśmiewają, jak wyrywają z kontekstu jego słowa tylko po to, żeby zrobić z niego potwora. I widzę, że on się tym nie łamie. Nie tłumaczy. Nie kuli głowy. Nie próbuje być miły, żeby go bardziej lubili.
    On po prostu robi swoje – z tą pewnością w oczach, jakby mówił światu: „Róbcie, co chcecie. Ja i tak wiem, kim jestem”.

    I to jest właśnie to, co mnie w nim najbardziej ujęło. Bo w świecie, w którym większość ludzi boi się mieć własne zdanie, on nie tylko ma je zawsze gotowe – on ma też odwagę je wypowiedzieć.



    Prawda, która nie potrzebuje filtra

    Żyjemy w czasach, gdzie prawda jest niepopularna, a szczerość to ryzyko. Każdy stara się być „poprawny”, „bezpieczny”, „neutralny”, bo przecież łatwiej się dopasować niż się wychylić. Łatwiej być częścią tłumu niż wyjątkiem.
    Ale wyjątki zmieniają świat.

    Dziki Trener to ktoś, kto rozumie, że jeśli wszyscy cię lubią, to znaczy, że prawdopodobnie przestałeś mówić prawdę. Bo prawda nie klepie po plecach – ona stawia do pionu. Czasem boli, czasem uwiera, ale to właśnie ona pokazuje, kto ma kręgosłup, a kto tylko miękkie słowa.

    On mówi rzeczy, których wielu woli nie słyszeć. Bo wygodniej udawać, że wszystko jest dobrze, że życie to tylko pozytywne wibracje i „good vibes only”.
    A on? Wchodzi i wali prosto z mostu. Bez filtra, bez słodzenia, bez gry pod publikę.
    Nie dlatego, że chce kogoś zranić – tylko dlatego, że wierzy, że czasem trzeba potrząsnąć światem, żeby ktoś w końcu otworzył oczy.



    Hejt nie jest miarą wartości

    Patrzę na to, jak go opluwają – jak piszą o nim bzdury, jak wyciągają każde zdanie przeciwko niemu. I myślę sobie, że to największy komplement, jaki może dostać człowiek z charakterem.
    Bo jeśli ktoś wzbudza tyle emocji, to znaczy, że dotyka prawdy. A prawda zawsze boli tych, którzy żyją w kłamstwie.

    Ile razy widziałam, jak ludzie rosną w internecie tylko do momentu, gdy zaczynają mówić zbyt szczerze. Bo wtedy spadają – nie przez błędy, ale przez to, że tłum nie znosi autentyczności. Tłum chce widowiska, nie prawdy.
    A Dziki Trener nie daje im widowiska. Daje im lustro.
    I dlatego tak bardzo go nienawidzą.

    Bo nie ma nic bardziej niewygodnego niż człowiek, który niczego się nie boi.



    Nie każdy potrafi tak walczyć – ale każdy może się tego nauczyć

    Ja nie jestem taka jak on. Nie mam tej odwagi, żeby stawać przed ludźmi i mówić: „To jest moje zdanie. Nie musicie się zgadzać.”
    Ale uczę się tego. Codziennie po trochu.
    Uczę się mówić, gdy inni wolą, żebym milczała. Uczę się nie tłumaczyć, że jestem „za bardzo”, że powinnam być „spokojniejsza”, „grzeczniejsza”, „ładniejsza w słowach”.

    Nie potrafię jeszcze być jak on, gdy wszystko się wali, a świat krzyczy, że się nie nadajesz. Ale uczę się jednej rzeczy: nie muszę się wszystkim podobać, żeby być wystarczająca.
    Bo jeśli wiem, kim jestem, to żadna opinia nie może mi tego odebrać.

    I właśnie tego uczy mnie Dziki Trener. Że nie musisz być idealna. Nie musisz się wpasowywać. Nie musisz mieć aprobaty.
    Masz tylko być sobą – nawet jeśli zostaniesz z tym sama.



    Odwaga, która rodzi się z bólu

    Ludzie myślą, że odwaga to coś, z czym się rodzimy. Ale to nieprawda. Odwaga rodzi się wtedy, gdy masz już dość. Gdy po raz setny pozwalasz, by ktoś cię zlekceważył, i w końcu mówisz: „Nigdy więcej.”

    I widzę to u niego. Tę surową prawdę o życiu, która nie jest z książek motywacyjnych, tylko z własnych blizn.
    Bo żeby mieć w sobie tyle siły, musisz przejść przez piekło. Musisz się sparzyć, zawieść, przegrać, i wstać mimo wszystko.

    Dlatego, kiedy widzę, jak on reaguje na krytykę, czuję respekt. Bo to nie jest arogancja. To spokój człowieka, który już swoje przeżył.
    I nie musi niczego udowadniać.



    Siła, która nie potrzebuje aplauzu

    Wielu ludzi myli jego pewność siebie z pychą. Ale dla mnie to po prostu świadomość własnej wartości.
    On nie mówi: „jestem lepszy”. On mówi: „znam swoją wartość i nie pozwolę, żeby ktoś ją podważył”.
    I to jest piękne. Bo większość ludzi czeka, aż ktoś inny im powie, kim są.
    A on sam sobie to mówi – i żyje zgodnie z tym każdego dnia.

    Tego właśnie uczę się od niego.
    Że nie potrzebuję potwierdzenia z zewnątrz.
    Że mogę być spokojna, nawet jeśli świat mnie nie rozumie.
    Bo nie każdy musi.



    Być sobą, nawet jeśli zostaniesz niezrozumiana

    Czasami ludzie śmieją się z tych, którzy idą pod prąd, bo nie mają odwagi zrobić tego sami.
    Wolą siedzieć w tłumie i klaskać, niż stanąć na scenie i coś powiedzieć.
    Ale to właśnie ci, którzy są wyśmiewani dziś, budzą szacunek jutro.

    Ja wiem, jak to jest, gdy mówią o tobie źle.
    Gdy przekręcają twoje słowa.
    Gdy masz dobre intencje, a ktoś i tak doszuka się w nich winy.
    I wiem też, jak bardzo wtedy kusi, żeby się schować. Żeby przestać mówić.
    Ale wtedy przypominam sobie jego.
    I myślę: jeśli on może iść dalej, mimo że opluwają go setki ludzi, to ja też mogę przetrwać kilka spojrzeń.

    Bo odwaga to nie brak strachu.
    Odwaga to decyzja, że mój strach nie ma ostatniego słowa.



    Moja własna lekcja

    Kiedyś myślałam, że żeby być silna, muszę być twarda.
    Że muszę krzyczeć głośniej, żeby mnie usłyszano.
    Ale teraz wiem, że prawdziwa siła to spokój.
    Spokój, który przychodzi, gdy przestajesz się bać opinii innych ludzi.

    Dzięki niemu uczę się, że walka o swoje nie zawsze wygląda jak wojna. Czasem to po prostu codzienne wybieranie siebie – mimo że świat oczekuje czegoś innego.
    Czasem to odmawianie w ciszy.
    Czasem to mówienie „nie” bez tłumaczenia.
    Czasem to spojrzenie w lustro i powiedzenie: „Nadal tu jestem. Nadal walczę.”

    I choć nie mam jeszcze jego odporności, jego pewności, jego siły – to wiem, że idę w tym samym kierunku.
    Bo każdy, kto kiedykolwiek próbował żyć w zgodzie ze sobą, wie, że to najtrudniejsza, ale i najpiękniejsza droga.



    Nie musisz go lubić, żeby coś zrozumieć

    Nie wszyscy muszą go rozumieć. Nie wszyscy muszą się z nim zgadzać.
    Ale nie można mu odmówić jednego – jest prawdziwy.
    Nie udaje lepszego. Nie zmienia się pod publikę. Nie klęka przed tłumem.

    I właśnie dlatego dla mnie jest kimś więcej niż tylko trenerem. Jest dowodem na to, że człowiek z charakterem zawsze będzie niewygodny.
    Ale to dobrze. Bo świat nie potrzebuje więcej milczących.
    Świat potrzebuje ludzi, którzy mają odwagę powiedzieć to, co inni tylko czują.



    Na koniec – o sile, która nie krzyczy

    Wiesz, co najbardziej mnie w nim porusza?
    Że mimo całego hałasu wokół, on ma w sobie spokój.
    Nie udowadnia niczego nikomu.
    Nie tłumaczy się.
    Nie próbuje przekonać tych, którzy już dawno wybrali nienawiść zamiast zrozumienia.

    I to właśnie jest prawdziwa klasa.
    Bo prawdziwa siła nie krzyczy.
    Prawdziwa siła stoi prosto, nawet gdy cały świat mówi: „usiądź”.

    Dziki Trener to człowiek, który pokazuje, że można przetrwać każdą burzę, jeśli nie stracisz kontaktu z samym sobą.
    A ja?
    Ja dopiero się tego uczę. Ale jeśli z jego odwagi zostanie we mnie choć iskra, to wiem, że jestem na dobrej drodze.

    Bo w świecie, który woli ciche i ułożone kobiety, ja wybieram być sobą. Może trochę dziką. Może trochę niewygodną. Ale prawdziwą.

    I jeśli kiedyś ktoś zapyta mnie, skąd mam w sobie tyle siły, odpowiem:
    „Z życia. I od ludzi, którzy nigdy nie klękają przed opinią tłumu.”

    Nie potrzebuję prawdziwego konia, żeby wiedzieć, dokąd zmierzam.