• 👇scroll down for English 👇

    Pisząc w internecie, człowiek bardzo szybko odkrywa jedną ważną rzecz:

    większość ludzi nie czyta internetu.
    Większość ludzi… reaguje na internet. 😅

    I im dłużej piszę, tym bardziej mnie to fascynuje.

    Bo istnieją trzy główne typy internetowych ludzi.

    Typ pierwszy — czytający po cichu.

    To są ci najbardziej tajemniczy.
    Nigdy nie komentują.
    Nigdy nie zostawiają reakcji.
    Czasem nawet człowiek zaczyna myśleć, że pisze do ściany.

    A potem nagle spotykasz kogoś po roku i słyszysz:
    „Czytam wszystko, co wrzucasz.”

    I człowiek ma ochotę odpowiedzieć:
    „TO CZEMU SIEDZISZ TAM W KRZAKACH OD 12 MIESIĘCY JAK INTERNETOWY NINJA?!” 😅

    To są ludzie, którzy obserwują świat po cichu.

    Czytają w pracy przy kawie.
    Wieczorem w łóżku.
    W autobusie.
    Na przerwie.

    Nie komentują, bo:
    „nie wiedzą co napisać”,
    „głupio im”,
    albo po prostu są typem ludzi, którzy bardziej przeżywają rzeczy w środku.

    I szczerze?
    Myślę, że takich ludzi jest najwięcej.

    Typ drugi — komentujący po przeczytaniu nagłówka.

    Moi ulubieni. 😅

    To są ludzie, którzy widzą:
    „Praca zabija kreatywność…”

    …i już wchodzą w komentarze z energią człowieka gotowego do wojny.

    „TO NIE PRACA TYLKO LENISTWO.”
    „JA PRACUJĘ 17 GODZIN DZIENNIE I JAKOŚ ŻYJĘ.”
    „KIEDYŚ TO LUDZIE NIE NARZEKALI.”

    A potem okazuje się, że oni nawet nie otworzyli artykułu. 😅

    Internet stworzył bardzo ciekawe zjawisko.

    Ludzie odpowiadają nie na to, co przeczytali.

    Tylko na to, co im się wydaje, że przeczytali.

    I czasem mam wrażenie, że nagłówki w internecie działają jak czerwony materiał na byka.

    Wystarczy jedno słowo:

    – menopauza,
    – polityka,
    – dzieci,
    – związki,
    – praca…

    …i człowiek już odpala emocje szybciej niż czajnik elektryczny. 😅

    Ale jest jeszcze trzeci typ.

    Najbardziej niebezpieczny.

    Ludzie, którzy przeczytają cały artykuł…
    zrozumieją go…
    zgodzą się z nim…

    …i nadal napiszą coś złośliwego, bo pokłócili się wcześniej z kimś w Lidlu. 😅

    I wtedy człowiek zaczyna rozumieć bardzo ważną rzecz:

    większość komentarzy w internecie wcale nie mówi o autorze.

    One mówią o humorze człowieka, który właśnie je pisał.

    Szczęśliwy człowiek bardzo rzadko siedzi wieczorem i myśli:
    „Wiesz co dziś zrobię? Pokłócę się z obcą kobietą o artykuł o starych domkach w Anglii.” 😅

    Internet jest trochę jak wielkie lustro.

    Ludzie zostawiają w komentarzach własne frustracje, lęki, samotność albo poczucie humoru.

    Dlatego coraz mniej boję się komentarzy.

    Bo kiedyś człowiek naprawdę przeżywał każdą opinię.

    Dzisiaj częściej myślę:
    „Ty chyba po prostu miałeś ciężki dzień, co?” 😅

    Ale wiecie, co jest najciekawsze?

    Że mimo tego wszystkiego… ludzie nadal bardzo potrzebują prawdziwych historii.

    Nie perfekcyjnych.

    Prawdziwych.

    Dlatego właśnie artykuły pisane „po ludzku” zaczynają wygrywać z idealnym internetem.

    Bo wszyscy jesteśmy już trochę zmęczeni udawaniem.

    Zmęczeni motywacyjnymi guru, którzy wstają o 4 rano, piją wodę z cytryną i twierdzą, że wystarczy „zmienić mindset”. 😅

    Większość ludzi chce po prostu usiąść wieczorem, przeczytać coś prawdziwego i pomyśleć:
    „Okej… czyli nie tylko ja tak mam.”

    I może właśnie dlatego nadal lubię pisać.

    Nie po to, żeby mieć rację.

    Ale po to, żeby ktoś po drugiej stronie ekranu poczuł się przez chwilę mniej samotny.

    Nawet jeśli nadal będzie siedział cicho w tych swoich internetowych krzakach. 😅

    Komentarze/ comments

    People on the internet fall into three categories: those who read articles… those who only read the headline… and the truly dangerous ones 😅

    The longer you write online, the more you realise one very important thing:

    most people don’t actually read the internet.

    They react to it. 😅

    And honestly, I find that fascinating.

    Because there are basically three types of internet people.

    Type one — the silent readers.

    These are the mysterious ones.

    They never comment.
    Never react.
    Never say anything.

    After a while you genuinely start wondering whether you’re just talking to yourself online.

    And then suddenly, months later, someone says:
    “I read everything you post.”

    And you immediately want to reply:
    “THEN WHY HAVE YOU BEEN HIDING IN THE INTERNET BUSHES FOR A YEAR LIKE A DIGITAL NINJA?!” 😅

    These are the people quietly reading during lunch breaks.
    In bed at night.
    On buses.
    While pretending to work. 😅

    They don’t comment because:
    “I wouldn’t know what to say,”
    or
    “I feel awkward,”

    or maybe they’re just the kind of people who process things quietly inside their own heads.

    And honestly?

    I think they’re probably the majority.

    Then you’ve got type two.

    The headline commenters.

    My personal favourites. 😅

    These people see a title like:
    “Does work kill creativity?”

    …and immediately charge into the comments section ready for battle.

    “NO IT DOESN’T, PEOPLE ARE JUST LAZY.”
    “I WORK 17 HOURS A DAY AND I’M FINE.”
    “THIS GENERATION COMPLAINS TOO MUCH.”

    Meanwhile they haven’t actually opened the article. 😅

    The internet has created this bizarre phenomenon where people don’t react to what they’ve read…

    they react to what they assume you meant.

    And honestly, headlines online sometimes work like waving a red flag at a bull.

    You mention:

    – menopause,
    – relationships,
    – children,
    – work,
    – politics…

    …and suddenly people are emotionally involved before the page has even loaded properly. 😅

    But then there’s the third category.

    The truly dangerous ones.

    The people who read the entire article…
    understand it perfectly…
    agree with most of it…

    …and still leave a nasty comment because they argued with someone in Lidl earlier. 😅

    And eventually you start understanding something very important:

    most comments online actually have very little to do with the person being commented on.

    They usually say far more about the mood of the person typing them.

    Because happy people rarely spend their evenings thinking:
    “You know what I fancy tonight? Arguing with a random woman online about old cottages in England.” 😅

    The internet is basically one giant emotional car park.

    People leave all sorts behind:
    stress, frustration, loneliness, boredom, insecurity… and occasionally actual kindness.

    That’s why comments don’t scare me the way they used to.

    A few years ago I would overthink every opinion.

    Now I mostly read certain comments and think:
    “Right… someone definitely needs a nap and a cup of tea.” 😅

    But do you know what’s really interesting?

    Despite all the noise online… people are desperate for real stories.

    Not perfect ones.

    Real ones.

    That’s why writing that feels human is slowly becoming more powerful than polished perfection.

    Because honestly?
    Most people are exhausted by fake internet life now.

    Exhausted by motivational gurus waking up at 4am, drinking lemon water and pretending success is just a “mindset issue”. 😅

    Most people simply want to sit down at the end of the day, read something honest and quietly think:

    “Oh thank God… it’s not just me.”

    And maybe that’s why I still love writing.

    Not because I need to be right.

    But because somewhere out there, one quiet person sitting in the internet bushes might feel a little less alone for five minutes. 😅

  • 👇Scroll down for English 👇

    Od stycznia nie napisałam praktycznie żadnego artykułu.

    I długo próbowałam zrozumieć dlaczego.

    Bo przecież pomysłów mi nie brakowało.
    Historii też nie.
    Życie nadal pisało własne scenariusze każdego dnia.

    A jednak coś we mnie ucichło.

    I chyba dopiero teraz zaczynam rozumieć, co się właściwie stało.

    Pod koniec 2025 roku menopauza postanowiła wejść do mojego życia bez pukania. 😅
    Tak po brytyjsku:
    „Sorry love, I live here now.”

    Zaczęłam HRT.
    Czytać.
    Analizować.
    Słuchać kobiet, które mówiły:
    „Musisz budować mięśnie.”
    „Musisz ćwiczyć.”
    „Musisz zadbać o ciało.”

    Więc oczywiście weszłam w to całą sobą. 😅

    Bo ja niestety nie należę do ludzi typu:
    „spokojnie, po trochu.”

    Nie.

    Ja jestem bardziej:
    „Dobra. To teraz będziemy ratować życie, hormony i mięśnie jednocześnie.” 😅

    Praca.
    Siłownia.
    Kroki.
    Białko.
    Ćwiczenia.
    Monitorowanie wszystkiego jakbym przygotowywała się do olimpiady dla zmęczonych kobiet po czterdziestce. 😅

    I wiecie co jest najciekawsze?

    Że w pewnym momencie człowiek zaczyna być tak zajęty „naprawianiem życia”… że zapomina z niego korzystać.

    Mój dzień zaczął wyglądać jak projekt logistyczny.

    Praca → siłownia → jedzenie → obowiązki → sen → repeat.

    Nawet odpoczynek zaczął mieć w sobie presję produktywności.

    Bo przecież spacer musi spalać kalorie.
    Siłownia musi budować mięśnie.
    Sen musi regenerować.
    Jedzenie musi mieć białko. 😅

    I nagle człowiek orientuje się, że nawet kawa wypita w ciszy zaczyna wyglądać jak „strata czasu”.

    A przecież właśnie w takich chwilach rodzi się kreatywność.

    Nie wtedy, kiedy jesteśmy zajęci.

    Tylko wtedy, kiedy nasza głowa w końcu ma przestrzeń oddychać.

    Doprowadziłam ciało do momentu, w którym byłam po prostu przetrenowana.

    Nie fizycznie „zmęczona po treningu”.

    Tak życiowo zmęczona.

    I chyba właśnie dlatego zaczęłam marzyć o maju jak o wybawieniu. 😅

    Zabookowałam urlop.
    Odpuściłam siłownię na chwilę.
    Pozwoliłam ciału odpocząć.

    I nagle…

    wróciłam do pisania.

    Tak po prostu.

    Bez zmuszania się.
    Bez planu „musisz być produktywna”.
    Bez presji.

    Usiedliśmy w Bibury, potem w Bristolu… i coś we mnie znowu się odezwało.

    Zaczęłam patrzeć.
    Słuchać.
    Myśleć.

    A nie tylko funkcjonować.

    I może właśnie tego najbardziej brakuje nam dzisiaj jako ludziom.

    Nudy.

    Ciszy.

    Momentów, w których mózg nie jest ciągle czymś zajęty.

    Bo kreatywność bardzo źle rośnie pod presją ciągłego „muszę”.

    Muszę pracować.
    Muszę ćwiczyć.
    Muszę się rozwijać.
    Muszę wyglądać lepiej.
    Muszę być silniejsza.
    Muszę ogarniać.

    A potem człowiek siada wieczorem i nawet nie pamięta, kiedy ostatnio zrobił coś tylko dlatego, że sprawiało mu to przyjemność.

    I nie…
    nie uważam, że praca jest zła.

    Siłownia też nie.

    Wręcz przeciwnie.

    Ćwiczenia pomogły mi psychicznie bardziej, niż myślałam.
    Dały mi siłę.
    Lepsze samopoczucie.
    Poczucie kontroli nad własnym ciałem.

    Ale chyba jak ze wszystkim w życiu — problem zaczyna się wtedy, kiedy zapominamy zostawić miejsce na siebie.

    Nie tę „produktywną wersję siebie”.

    Tę prawdziwą.

    Która lubi pisać.
    Śmiać się.
    Patrzeć na stare domki w Anglii przez pół godziny. 😅
    Siedzieć w aucie bez celu.
    Robić zdjęcia mchu jakby był narodowym skarbem Wielkiej Brytanii. 😅

    Mam wrażenie, że dorosłość bardzo często kradnie nam rzeczy, które kiedyś naturalnie dawały nam radość.

    Nie dlatego, że świat jest zły.

    Tylko dlatego, że człowiek tak bardzo próbuje „nadążyć”, że przestaje słyszeć samego siebie.

    I może właśnie dlatego ten maj był mi tak potrzebny.

    Nie po to, żeby „uciec od życia”.

    Tylko po to, żeby sobie przypomnieć, że ja też nadal w nim jestem.

    Free time

    Does work kill creativity… or do we slowly give our lives away in pieces?

    I’ve barely written an article since January.

    And for a long time, I kept asking myself why.

    Because it wasn’t a lack of ideas.
    Or stories.
    Life was still happening every single day.

    But something inside me had gone quiet.

    And I think I’m only just starting to understand what actually happened.

    At the end of 2025, menopause arrived in my life completely uninvited. 😅
    Very British, really.

    “Sorry love… I live here now.”

    So I started HRT.
    Started reading.
    Researching.
    Listening to women saying:

    “You need to build muscle.”
    “You need to exercise.”
    “You need to look after your body.”

    And naturally… I threw myself into it completely. 😅

    Because unfortunately I’m not one of those people who does things “gently”.

    No.

    I’m more:
    “Right then. We’re fixing hormones, health and the entire future at the same time.” 😅

    Work.
    Gym.
    Protein.
    Steps.
    Workouts.
    Tracking everything like I was training for the Olympics for exhausted women over forty. 😅

    And do you know what’s interesting?

    At some point, you become so busy trying to “fix” your life… that you forget to actually live it.

    My days slowly turned into a logistics operation.

    Work → gym → food → responsibilities → sleep → repeat.

    Even rest started feeling productive.

    Walks had to burn calories.
    Gym sessions had to build muscle.
    Sleep had to optimise recovery.
    Meals had to contain enough protein. 😅

    And suddenly you realise even sitting quietly with a coffee starts feeling like “wasted time”.

    But those are exactly the moments where creativity lives.

    Not when we’re busy.

    When our minds finally have room to breathe.

    I pushed my body to the point where I wasn’t just physically tired.

    I was life tired.

    The kind of tired where your body keeps moving… but your brain quietly stops feeling inspired by anything.

    And honestly?
    That’s why I started looking forward to May like it was some sort of rescue mission. 😅

    I booked time off.
    Stepped away from the gym for a while.
    Let my body rest.

    And then suddenly…

    I started writing again.

    Naturally.

    No forcing it.
    No productivity pressure.
    No “you should be doing more”.

    We went to Bibury.
    Then Bristol.

    And something inside me slowly woke back up again.

    I started noticing things.
    Thinking again.
    Feeling inspired again.

    Instead of simply functioning.

    And maybe that’s what so many of us are missing these days.

    Silence.

    Space.

    Moments where our brains are not constantly occupied.

    Because creativity doesn’t grow very well under permanent pressure.

    Pressure to work harder.
    Look better.
    Train harder.
    Improve constantly.
    Stay productive.
    Keep up.

    And eventually you sit down one evening and realise you can’t even remember the last time you did something purely because it made you happy.

    And no — I don’t think work is bad.

    The gym isn’t bad either.

    In fact, training helped me mentally far more than I expected.

    It gave me strength.
    Confidence.
    A sense of control over my own body again.

    But like most things in life… the problem starts when we forget to leave space for ourselves.

    Not the productive version.

    The real version.

    The one who likes writing.
    Laughing.
    Taking photos of old cottages for far too long. 😅
    Sitting in the car with no rush to be anywhere.
    Treating moss on old walls like a national treasure. 😅

    I think adulthood quietly steals a lot from people.

    Not because life is cruel.

    But because we become so busy trying to keep up… that we stop hearing ourselves completely.

    And maybe that’s why I needed this May so much.

    Not to escape life.

    But to remember that I’m still allowed to exist inside it too.

  • 👇Scroll down for English 👇

    Są ludzie, którzy jadąc gdzieś, mają plan.

    Godzina po godzinie.
    Atrakcja po atrakcji.
    „Szybko, bo jeszcze trzeba zobaczyć TO, TAMTO i najlepiej wrócić przed korkami.”

    A potem jesteśmy my. 😅

    Ludzie, którzy potrafią zatrzymać się 14 razy na odcinku jednej drogi, bo:
    „Patrz jaki domek.”
    „Patrz jakie drzwi.”
    „Patrz jaki kamień.”
    „Patrz jaki mech.”
    „Patrz jaka cisza.”

    I właśnie dlatego chyba tak bardzo pokochaliśmy Bibury.

    To nie jest miejsce, które się „zalicza”.
    To miejsce, które zmusza człowieka do zwolnienia, nawet jeśli początkowo jedzie tam tylko „na chwilę”.

    Co chwilę się zatrzymywaliśmy.

    I szczerze?
    Wcale mi to nie przeszkadzało.

    Zresztą chyba nigdy mi nie przeszkadza.

    Bo mimo że noga mojego męża nadal nie jest w najlepszym stanie, to jedno się w nim nie zmieniło — chęć podróżowania.

    I chyba właśnie to najbardziej lubię.

    Że niezależnie od bólu, zmęczenia czy życia, które czasem potrafi człowieka porządnie przeczołgać… nadal mamy w sobie tę ciekawość świata.

    Taką zwykłą.
    Nieinstagramową.
    Niepodkręconą filtrami.

    Po prostu lubimy razem jechać przed siebie.

    A te wszystkie postoje?
    One wcale nie są stratą czasu.

    One są właśnie tym momentem, kiedy człowiek naprawdę coś przeżywa.

    Bo pomiędzy jednym „chodź już” a drugim „jeszcze jedno zdjęcie” nagle pojawia się cisza.

    Taka prawdziwa.

    I wtedy człowiek zauważa rzeczy, które normalnie giną w pośpiechu.

    Zapach starego drewna w kościele.
    Dźwięk ptaków odbijający się od kamiennych murów.
    Krzewy wyglądające, jakby były tam starsze od połowy Europy. 😅

    A same domy?

    Wyglądają tak, jakby Anglia kiedyś usiadła z herbatą i powiedziała:
    „Dobra. Teraz zbudujemy coś tak uroczego, że ludzie za 300 lat nadal będą robić temu zdjęcia.”

    I udało im się. 😅

    Bibury nie wygląda jak normalna wioska.

    Bibury wygląda jak miejsce, które ktoś wymyślił po obejrzeniu zbyt wielu romantycznych filmów o Anglii.

    Kamienne domki.
    Bluszcz wspinający się po ścianach.
    Maleńkie okna.
    Drogi tak wąskie, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy dwa auta się miną, czy po prostu kierowcy będą musieli rozwiązać konflikt honorowym pojedynkiem na spojrzenia. 😅

    I jeszcze ten spokój…

    Nie taki sztuczny „wellness retreat” za £400 za noc.

    Tylko prawdziwy spokój miejsca, które niczego nie udaje.

    Byliśmy też w starym kościele.

    Uwielbiam takie miejsca.

    Człowiek siada na chwilę i nagle zaczyna myśleć o tym, ilu ludzi siedziało tam wcześniej.

    Ilu miało dokładnie te same lęki co my.
    Te same pytania.
    Te same marzenia.

    Bo technologia się zmienia.
    Samochody się zmieniają.
    Telefony się zmieniają.

    Ale człowiek?

    Człowiek od setek lat nadal próbuje znaleźć trochę spokoju, miłości i sensu.

    I może właśnie dlatego takie miejsca są ważne.

    Bo przypominają nam, że życie nie zawsze musi być produktywne.

    Nie każda chwila musi coś „dawać”.
    Nie każdy wyjazd musi być „efektywny”.

    Czasem największą wartością jest właśnie to, że można usiąść obok osoby, którą się kocha… i przez chwilę po prostu pobyć.

    Bez pośpiechu.
    Bez presji.
    Bez konieczności udowadniania czegokolwiek światu.

    Patrzyłam na mojego męża podczas tych naszych kolejnych przystanków i pomyślałam, że życie trochę nas nauczyło.

    Kiedyś człowiek chciał wszędzie zdążyć.

    Dzisiaj bardziej doceniamy to, że w ogóle możemy razem gdzieś pojechać.

    I może właśnie na tym polega dojrzewanie.

    Że przestajesz mierzyć życie ilością odhaczonych miejsc.

    A zaczynasz mierzyć je chwilami, przy których naprawdę byłeś obecny.

    Bibury nie dało mi wielkiej życiowej rewolucji.

    Dało mi coś dużo cenniejszego.

    Przypomnienie, że czasami warto zwolnić tak bardzo, aż człowiek znowu zacznie zauważać własne życie.

    Bibury

    Bibury — the place that quietly reminds you life isn’t supposed to be a race

    Some people travel with a schedule.

    Hour by hour.
    Stop by stop.
    “Quick, we still need to see THIS, THAT and preferably beat the traffic on the way home.”

    And then there’s us. 😅

    The type of people who can stop fourteen times on one road because:

    “Look at that cottage.”
    “Look at that door.”
    “Look at that tree.”
    “Look at that stone wall.”
    “Wait… I need another photo.” 😅

    And honestly?
    That’s probably why we loved Bibury so much.

    Because Bibury isn’t the kind of place you “tick off a list”.

    It’s the kind of place that slows you down without even trying.

    We kept stopping every few minutes.

    And the funny thing is…
    it genuinely didn’t bother me at all.

    To be fair, it never really does.

    Because even though my husband’s leg still isn’t great, one thing about him has never changed — his desire to explore.

    And I think that’s one of the things I love most about us.

    No matter how exhausting life gets, no matter what pain, stress or chaos comes our way… we still have that curiosity about the world.

    Not the polished Instagram version of travelling.

    Just the simple joy of going somewhere together.

    Those little stops along the way never feel like wasted time.

    If anything, they’re the moments that matter most.

    Because somewhere between:
    “Come on then…”
    and
    “Wait, one more picture…” 😅

    life quietly slows down for a minute.

    And suddenly you start noticing things you normally miss.

    The smell of old wood inside a centuries-old church.
    Birdsong echoing around stone buildings.
    The sound of gravel under your shoes.
    The fact that some of those walls have probably seen more history than most school textbooks.

    And the cottages…

    Honestly, they look like England sat down one day with a cup of tea and decided:
    “Right then. Let’s build something so ridiculously charming people will still photograph it 300 years later.” 😅

    Mission accomplished.

    Bibury doesn’t feel real at times.

    It feels like someone designed the “most English village possible” and then accidentally made it beautiful instead of cheesy.

    Stone cottages.
    Tiny windows.
    Climbing ivy everywhere.
    Roads so narrow you start wondering whether two cars can pass each other or whether it becomes some sort of silent British standoff. 😅

    And then there’s the peace.

    Not the expensive “wellness retreat” type of peace.

    Real peace.

    The kind that doesn’t need background music or scented candles to convince you.

    We also stopped inside the old church for a while.

    I’ve always loved places like that.

    You sit there quietly for a few minutes and suddenly start thinking about all the people who sat there before you.

    People with worries.
    Families.
    Heartbreak.
    Hope.

    And it hits you that although the world changes constantly… human beings really don’t change that much at all.

    Technology changes.
    Cars change.
    Phones change.

    But people?

    People have always been searching for the same things:
    a little peace, a little meaning and someone to share life with.

    Maybe that’s why places like Bibury matter so much.

    Because they remind us that life doesn’t always have to be productive.

    Not every moment needs to “achieve” something.

    Not every trip needs to be rushed, optimised or turned into content.

    Sometimes the most valuable thing you can do is simply sit next to someone you love and exist in the same moment together.

    Without rushing.
    Without pressure.
    Without trying to prove anything to anyone.

    At one point I looked at my husband during one of our many little stops and realised something.

    When we were younger, life was all about getting somewhere.

    Now?
    I think we appreciate much more the fact that we still can.

    That we can still get in the car together.
    Still wander around old villages.
    Still laugh about nothing.
    Still stop every ten minutes because one of us spotted “a nice wall”. 😅

    And maybe that’s what growing older really teaches you.

    You stop measuring life by how many places you’ve visited…

    …and start measuring it by how present you were while you were there.

    Bibury didn’t give me some dramatic life-changing revelation.

    It gave me something far more valuable.

    A quiet reminder that sometimes slowing down is exactly how you start noticing your life again.