👇Scroll down for English 👇
Są takie momenty w życiu, kiedy człowiek ma wrażenie, że wreszcie los się do niego uśmiechnął.
Po raz pierwszy odkąd pracuję w Travelodge dostałam dwa dni wolnego pod rząd i to jeszcze w weekend.
DWA.
DNI.
WOLNE.
W WEEKEND.
Dla normalnego człowieka może to nie być wydarzenie godne wpisu na bloga.
Dla mnie?
To było prawie jak wygrana na loterii.
Od razu zaczęłam kombinować.
Bo przecież wiadomo, że kiedy człowiek pracuje i wreszcie dostanie wolne, to powinien odpocząć.
Ale ja najwyraźniej nie jestem człowiekiem, który potrafi odpoczywać normalnie.
U mnie „odpoczynek” wygląda mniej więcej tak:
— O! Mam wolny weekend. Co możemy zrobić?
I pięć minut później:
— Znalazłam hotel nad morzem!
Hotel w Southport.
£40.
A ponieważ pracuję w Travelodge, miałam zniżkę pracowniczą.
£20.
Dwadzieścia funtów za noc nad morzem.
Przecież to nie była decyzja.
To był znak od wszechświata.
Sprawdziłam pogodę.
Pięknie.
Ciepło.
Słońce.
Około 27–30 stopni.
Idealnie.
Pokazałam mężowi.
— Patrz! Morze! Tani hotel! Pogoda super! Jedziemy!
Mąż, który zna mnie już wystarczająco długo, prawdopodobnie powinien był w tym momencie zapalić czerwoną lampkę.
Ale powiedział:
— To bukuj.
I tak właśnie zaczęła się nasza wielka wyprawa nad morze.
„Bierz kąpielówki!”
Następnego ranka wstałam pełna entuzjazmu.
Obudziłam syna:
— Wstawaj! Bierz kąpielówki! Jedziemy nad morze!
Syn uwielbia pływać, więc nie musiałam powtarzać tego dwa razy.
Wstał.
Spakował krótkie spodenki.
Koszulki.
Kąpielówki.
I prawdopodobnie w jego głowie już widział siebie skaczącego do morza.
Ja oczywiście również przygotowałam się jak człowiek, który jedzie do ciepłego kraju.
Sukienki.
Ramiączka.
Letnie ubrania.
Wszystko lekkie.
Wszystko przewiewne.
Bo przecież 27 stopni i słońce.
Mąż natomiast, jak zwykle, zrobił swoje.
Długie rękawy.
Bo jemu wiecznie zimno.
Wtedy jeszcze myślałam, że przesadza.
Dwie i pół godziny później zaczęłam podejrzewać, że może jednak człowiek zna własny organizm.
Im bliżej Southport byliśmy, tym bardziej pogoda zaczynała wyglądać jak żart.
Najpierw chmury.
Potem deszcz.
Potem wiatr.
Potem kolejny deszcz.
Ja patrzę przez szybę.
Mąż patrzy przez szybę.
Syn patrzy przez szybę.
I wszyscy zaczynamy się zastanawiać, czy przypadkiem nie pojechaliśmy na wakacje do Islandii.
— Spokojnie — mówię. — Sprawdzałam pogodę. Będzie dobrze.
Mąż:
— Na pewno?
— No przecież patrzę!
Wyciągam telefon.
27 stopni.
Słońce.
Southampton.
…
Southampton.
Patrzę.
Mrugam.
Patrzę jeszcze raz.
Southampton.
A my jedziemy do Southport.
Czyli mój telefon, zamiast pokazać mi pogodę w miejscu, do którego faktycznie jedziemy, uznał, że skoro oba miejsca zaczynają się od „South”, to reszta jest już szczegółem.
W Southampton było pięknie.
Słonecznie.
Ciepło.
A my?
Siedzieliśmy w deszczu i wietrze, ubrani jak ludzie, którzy pomylili wakacje nad morzem z wycieczką na biegun północny.
Tesco ratuje sytuację
W pewnym momencie powiedziałam:
— Dobra. Zatrzymujemy się w Tesco.
Musiałam kupić bluzę.
Bo wiatr był taki, że moje letnie ramiączka zaczęły wydawać się bardzo złym wyborem życiowym.
Kupiłam bluzę.
Do tego chustę, żeby przykryć uszy.
Bo wiadomo — człowiek może pojechać nad morze nieprzygotowany, ale uszy muszą być bezpieczne.
Po Tesco poszliśmy do McDonald’s.
Bo każda rodzinna wyprawa, która zaczyna się od błędu pogodowego, powinna mieć przynajmniej frytki.
Siedzę, jem i nagle mówię:
— Poczekajcie, pokażę wam pogodę. Przecież będzie dobrze!
Otwieram telefon.
I wtedy odkrywam prawdę.
Southampton.
Nie Southport.
Southampton.
Po przeciwnej stronie.
W tym momencie zaczęłam się śmiać.
Mąż też.
Syn już mniej.
Jego mina mówiła:
„Matka, obiecałaś mi morze.”
A ja nadal próbowałam ratować sytuację:
— Dobra, ale jutro może być lepiej!
Bo przecież kiedy człowiek wydał £20 na hotel, to nie może tak po prostu przyznać, że jego wielki plan wakacyjny właśnie się rozpadł.
Wreszcie morze!
Zameldowaliśmy się w hotelu.
Mąż pożyczył synowi bluzę.
Ja ubrałam się jeszcze cieplej.
I powiedzieliśmy:
— Chodźmy chociaż zobaczyć morze.
No i poszliśmy.
Wchodzimy na promenadę.
Jest.
Plaża.
Wał.
Wszystko się zgadza.
Tylko…
Morza nie ma.
Stoję.
Patrzę.
Mąż patrzy.
Syn patrzy.
I chyba wszyscy przez chwilę czekaliśmy, aż ktoś powie:
„Żartowaliśmy. Morze jest tutaj.”
Nie było.
Był piasek.
Dużo piasku.
Bardzo dużo piasku.
Wręcz absurdalna ilość piasku.
Podchodzę do ratownika.
Bo przecież ktoś musi wiedzieć, co się stało.
Pytam:
— Excuse me, is the sea coming back?
Ratownik patrzy na mnie.
I spokojnie odpowiada, że nie dzisiaj.
Jeśli chcemy zobaczyć morze, możemy iść w jego stronę.
Około dwóch mil.
DWIE.
MILE.
DO MORZA.
Stałam przed nim i przez chwilę nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać.
Spojrzałam na męża.
Spojrzałam na syna.
I wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.
Bo przecież przyjechaliśmy nad morze.
I żeby zobaczyć morze, musielibyśmy zrobić sobie pieszą wycieczkę.
Morze, które postanowiło zrobić sobie wolne
Okazało się, że Southport słynie między innymi z ogromnej, bardzo płaskiej plaży i wyjątkowo dużych różnic poziomu wody podczas przypływu i odpływu.
Southport znajduje się przy zatoce Liverpoolskiej, gdzie występują bardzo duże pływy.
A kiedy morze się cofa…
No cóż.
Cofa się porządnie.
Tak porządnie, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy ktoś przypadkiem nie wyjął korka z Morza Irlandzkiego.
Southport jest znane z tego, że ma jeden z najdłuższych nadmorskich pomostów w Wielkiej Brytanii, słynny Southport Pier.
Jest też miejscem mocno związanym z tradycyjnym brytyjskim wypoczynkiem nad morzem — promenada, pier, atrakcje, sklepy, lody, rodzinne wyjazdy.
Tylko że tego dnia największą atrakcją była dla nas…
nieobecność morza.
Ruszyliśmy więc przez tę morską pustynię.
Szliśmy.
I szliśmy.
I szliśmy.
Morza nadal nie było.
Po pewnym czasie uznaliśmy, że jednak nie będziemy zdobywać go pieszo.
Było zimno.
Wiał wiatr.
A my byliśmy ubrani tak, jakbyśmy mieli za chwilę leżeć na plaży i smażyć się na słońcu.
Zawróciliśmy.
Syn miał minę człowieka, który właśnie odkrył, że jego matka nie jest geniuszem podróży, tylko po prostu bardzo pewną siebie kobietą z telefonem.
Następnego dnia: plan B
Następnego dnia wracaliśmy.
Ale mój mąż, najwyraźniej chcąc uratować reputację naszej rodziny jako ludzi, którzy faktycznie potrafią znaleźć morze, powiedział:
— Odbijmy w stronę Liverpool. Tam na pewno będzie.
I wiecie co?
Było.
Tym razem naprawdę.
Dotarliśmy do Crosby Beach.
I tutaj Anglia postanowiła pokazać nam, że nawet jeśli człowiek przyjechał tylko popatrzeć na morze, może dostać w pakiecie coś zupełnie innego.
Morze było wzburzone.
Tak wzburzone, że o kąpieli syn mógł zapomnieć.
Ale za to w wodzie zobaczyliśmy coś niesamowitego.
Ludzi.
Dziesiątki.
A właściwie około stu żeliwnych postaci stojących w morzu.
To słynna instalacja artystyczna „Another Place” autorstwa brytyjskiego artysty Antony’ego Gormleya.
Sto naturalnej wielkości figur ludzkich stoi wzdłuż plaży i w wodzie, rozciągając się na około dwa mile.
I kiedy patrzysz na nie z brzegu, wyglądają trochę jak grupa ludzi, która postanowiła wejść do morza i po prostu tam zostać.
Tylko że są z żeliwa.
I nie mają zamiaru wychodzić.
Instalacja zmienia się razem z przypływem i odpływem.
Raz figury stoją na plaży.
Innym razem woda sięga im wyżej.
Czasami widzisz tylko ich głowy.
I nagle człowiek jedzie nad morze, żeby popływać, a kończy z lekcją sztuki współczesnej i geografii.
„Tato, Ty ją naprawdę kochasz”
Syn oczywiście przez całą drogę świetnie się bawił moim pomysłem.
— Morze miało być!
— Hotel nad morzem!
— £20!
— Pogoda 27 stopni!
A potem:
Bluza.
Chusta na uszy.
Deszcz.
Brak morza.
Spacer przez pustynię.
I następnego dnia morze, do którego i tak nie można wejść.
Mąż natomiast był już chyba na etapie:
„To jest moja żona. Ona ma pomysły. Trzeba je zaakceptować.”
Nasza córka podsumowała to chyba najlepiej:
„Tata to musi cię bardzo kochać, że to wszystko znosi.”
I szczerze?
Ma rację.
A jednak… warto było
I tutaj dochodzimy do tego, co najbardziej lubię w takich naszych rodzinnych przygodach.
Bo gdybym rano sprawdziła dokładnie nazwę miasta, nie popełniła błędu z Southampton, dokładnie sprawdziła pływy i zaplanowała wszystko co do minuty…
Nie mielibyśmy tej historii.
Nie śmialibyśmy się z morza, którego nie było.
Nie kupiłabym bluzy w Tesco w środku „letnich wakacji”.
Nie przeszlibyśmy się przez morską pustynię.
Nie zobaczylibyśmy Crosby Beach.
I prawdopodobnie nie zobaczylibyśmy jednej z najbardziej charakterystycznych instalacji artystycznych w tej części Anglii.
Czasami właśnie te wyjazdy, które nie wychodzą zgodnie z planem, zostają w pamięci najdłużej.
Bo idealne wakacje często wyglądają pięknie tylko na zdjęciach.
Prawdziwe wakacje?
To mąż w bluzie.
Dziecko w kąpielówkach pod bluzą.
Ty w letniej sukience i chuście owiniętej wokół głowy.
McDonald’s zamiast restauracji nad morzem.
Hotel za £20.
I pytanie do ratownika:
„Excuse me, where is the sea?”
A odpowiedź:
„Two miles that way.”
😂
Anglia znowu mnie czegoś nauczyła
Najbardziej podoba mi się jednak to, że po raz kolejny przekonałam się, jak niesamowicie różnorodna jest Anglia.
Można wyjechać z domu z przekonaniem, że jedzie się po prostu „nad morze”.
A potem okazuje się, że po drodze można zobaczyć zupełnie inną stronę kraju.
Southport ze swoim klasycznym nadmorskim klimatem.
Ogromną plażę, która podczas odpływu wygląda jak pustynia.
Crosby Beach z setką tajemniczych żeliwnych ludzi stojących w morzu.
I przypomnienie, że natura absolutnie nie przejmuje się naszymi planami.
Możemy sprawdzić pogodę.
Możemy zarezerwować hotel.
Możemy spakować kąpielówki.
Możemy nawet kupić sukienkę na 27 stopni.
A potem morze może po prostu powiedzieć:
„Nie dzisiaj.”
I chyba właśnie dlatego warto czasami powiedzieć „tak” spontanicznym pomysłom.
Nawet jeśli kosztują £20.
Nawet jeśli pomylisz Southport z Southampton.
Nawet jeśli zapomnisz sprawdzić przypływ.
Bo czasami nie jedziesz zobaczyć tego, co zaplanowałaś.
Jedziesz zobaczyć coś, o czym nawet nie wiedziałaś, że istnieje.
A najlepsze wspomnienia bardzo często zaczynają się od słów:
„Mam pomysł…”
I kończą się historią, którą potem przez lata opowiadasz rodzinie.
Ja przynajmniej wiem jedno.
Następnym razem, zanim zarezerwuję hotel nad morzem…
sprawdzę, gdzie jest morze. 😂











ENGLISH
We Went to the Seaside. The Sea Wasn’t There. How £20 Turned Into a Desert Adventure
For the first time since I started working at Travelodge, something almost miraculous happened.
I had two days off in a row at the weekend.
Two.
Days.
Off.
At the weekend.
For a normal person, this probably doesn’t sound like a major event.
For me?
It felt like I’d won the lottery.
And because I am apparently incapable of simply sitting down and enjoying a day off like a normal human being, I immediately started looking for something to do.
The weather had been absolutely beautiful where we live. Around 30°C, sunshine, blue skies…
And then I found it.
A hotel in Southport.
£40.
And with my Travelodge staff discount?
£20.
Twenty pounds for a night by the seaside.
Honestly, how could I say no?
I checked the weather before booking.
Sunshine.
Warm temperatures.
Around 27°C.
Perfect.
I showed my husband.
„Look! I’ve found a hotel by the sea for £20!”
He looked at it.
I explained the plan.
He said:
„Book it. Let’s go.”
And that was it.
Holiday sorted.
„Take your swimming trunks!”
The next morning I woke up full of excitement.
I went to wake my son.
„Get up! Take your swimming trunks. We’re going to the seaside!”
My son absolutely loves swimming, so he didn’t need to be told twice.
He packed shorts, T-shirts and swimming trunks and jumped into the car like we were heading to Spain.
I did exactly the same.
Summer dresses.
Strappy tops.
Light clothes.
Everything suitable for a lovely warm day by the sea.
My husband, on the other hand, packed long-sleeved tops.
Because he is permanently cold.
At the time I thought he was being ridiculous.
A couple of hours later, I realised he might actually understand his own body better than I did.
We set off.
Southport was about two and a half hours from home.
And somewhere along the way, things started to look… suspicious.
The beautiful sunshine disappeared.
Then came the clouds.
Then rain.
Then wind.
Then more rain.
I looked out of the window.
My husband looked out of the window.
My son looked out of the window.
Nobody said anything for a while.
Finally my husband looked at me.
„Are you sure about this weather?”
„Of course I am! I checked it.”
I grabbed my phone.
27°C.
Sunny.
Perfect.
So I confidently announced:
„See? It’s fine. It’ll be sunny.”
I was very convincing.
Unfortunately, I was also completely wrong.
Tesco saves the day
When we finally reached the area, the weather was absolutely horrible.
It was cold.
It was windy.
And my summer clothes had suddenly become a very poor life choice.
I looked at my husband.
„Come on. We’re going to Tesco. I need a jumper.”
We went into Tesco.
I bought a jumper.
Then I bought a scarf.
Because apparently my holiday by the seaside had turned into an expedition to the Arctic and I needed to protect my ears from the elements.
At this point, my son was already looking at me like he was reconsidering the whole concept of having a mother.
We went to McDonald’s for something to eat.
While sitting there, I thought:
Right. I’m going to prove to them that everything is going to be fine.
I picked up my phone to show my husband the weather forecast.
And that’s when I discovered the problem.
The weather app wasn’t showing Southport.
It was showing…
Southampton.
Southampton.
Not Southport.
Completely different place.
On the other side of the country.
In Southampton, the weather really was lovely.
Sunny.
Warm.
Beautiful.
Where we were?
Rain.
Wind.
Cold.
I stared at my phone.
Then at my husband.
Then back at my phone.
And burst out laughing.
My husband started laughing too.
My son wasn’t quite as amused.
His face clearly said:
„Mother promised me the sea.”
But I wasn’t giving up.
„Okay, tomorrow will probably be better.”
Because once you’ve paid £20 for a hotel, you simply cannot admit defeat.
Finally… the sea!
We checked into the hotel.
My husband gave our son his jumper.
I put on even more clothes.
And we decided to go for a walk to see the sea.
Because surely, after everything, at least the sea would still be there.
We walked towards the promenade.
We could see the beach.
We could see the sand.
We could see the promenade.
Everything looked normal.
Except…
There was no sea.
I stood there.
Looking at the beach.
Looking at the horizon.
Looking at my family.
Nothing.
Just sand.
Lots of sand.
An absolutely ridiculous amount of sand.
It looked less like a seaside resort and more like someone had emptied half of the Sahara onto the coast.
I spotted a lifeguard and decided to ask someone who clearly knew what was going on.
„Excuse me, is the sea coming back?”
The lifeguard looked at me.
Very calmly.
And basically explained that, no, the sea wasn’t coming back today.
If we wanted to see it, we could walk towards it.
About two miles.
Two miles.
To get to the sea.
I thanked him politely.
Then turned around.
Looked at my husband.
Looked at my son.
And all three of us started laughing.
Because there we were.
We had driven two and a half hours to the seaside.
We had booked a hotel.
We had packed swimming trunks.
I had bought summer clothes.
And now we were being told:
„The sea is over there somewhere. Just keep walking.”
The sea had gone on holiday
It turned out that Southport is famous for its huge, incredibly flat beach and the dramatic difference between high and low tide.
Southport sits on the coast of the Irish Sea, in the Liverpool Bay area, and the tides here can be enormous.
When the tide goes out, it REALLY goes out.
Not:
„Oh, look, the water has moved a little.”
No.
It basically packs its bags and leaves.
The beach becomes this enormous stretch of sand.
And suddenly you understand why someone could genuinely ask:
„Where did the sea go?”
Southport itself is a classic British seaside resort, with its famous pier, promenade, amusements and traditional holiday atmosphere.
But on that particular day, the main attraction for us was…
the complete absence of water.
We decided to walk towards it anyway.
So off we went.
Across the sand.
And we walked.
And walked.
And walked.
The sea was still somewhere in the distance.
Eventually we decided that perhaps we didn’t actually need to see it that badly.
It was freezing.
The wind was brutal.
And none of us were dressed for a two-mile trek across a beach.
So we turned around.
No swimming.
No sunbathing.
No summer dresses.
Just three people walking across a giant sandy wasteland wondering how exactly we had ended up there.
Plan B: Liverpool
The next day, we were heading home.
But my husband, perhaps feeling sorry for our son, suggested:
„Let’s go towards Liverpool. There should definitely be sea there.”
And you know what?
There was.
We ended up at Crosby Beach.
And this time the sea was actually there.
Unfortunately, it was so rough that swimming was absolutely out of the question.
But Crosby Beach had something we weren’t expecting at all.
People.
Lots of them.
Standing in the sea.
About 100 human figures.
Just standing there.
Waiting.
Watching.
Looking incredibly mysterious.
These are the famous „Another Place” sculptures by British artist Antony Gormley.
There are 100 life-size cast-iron figures spread along approximately two miles of Crosby Beach.
And they look like real people standing in the water.
Except they’re made of iron.
The installation changes constantly depending on the tide.
Sometimes the figures are standing on the sand.
Sometimes the water reaches their bodies.
Sometimes you can see only their heads above the water.
And suddenly our failed attempt at a seaside holiday had turned into an unexpected art exhibition.
We had come looking for somewhere to swim.
Instead, we found 100 silent men standing in the sea.
England, apparently, decided to teach us something.
„Dad must really love you”
By this point, my son had completely lost faith in my holiday-planning abilities.
He kept laughing at me.
The hotel was supposed to be £20.
The weather was supposed to be 27°C.
The sea was supposed to be right there.
Instead:
Rain.
Wind.
A Tesco jumper.
A scarf wrapped around my ears.
A missing sea.
A two-mile walk to find it.
And finally, a beach where the sea was there but too rough to swim in.
My husband, however, seemed completely unfazed.
He has probably reached the stage in our marriage where he knows that when I say:
„I have an idea…”
he should simply prepare himself for whatever happens next.
Our daughter summed it up perfectly afterwards:
„Dad must really love you to put up with all this.”
And honestly?
She’s probably right. 😂
And yet… it was worth it
This is the funny thing about our little family adventures.
If I had checked the location properly, I would never have made the Southampton mistake.
If I had checked the tide times properly, I wouldn’t have been shocked to discover that the sea had disappeared.
If I had checked the weather more carefully, I wouldn’t have packed like I was going to Ibiza.
And if everything had gone according to plan…
We wouldn’t have this story.
We wouldn’t have laughed until we cried.
We wouldn’t have walked across what felt like a giant marine desert.
We wouldn’t have discovered Crosby Beach.
And we probably wouldn’t have seen one of the most unusual art installations on the English coast.
Sometimes the trips that go wrong are the ones you remember the longest.
Because perfect holidays often look perfect in photographs.
Real holidays?
They look more like:
A husband wearing a jumper.
A child wearing shorts under a jumper.
A woman in a summer dress with a scarf wrapped around her head.
McDonald’s instead of a seaside restaurant.
A £20 hotel room.
And a conversation with a lifeguard that basically goes:
„Excuse me, where is the sea?”
„About two miles that way.”
😂
England never stops surprising me
What I love most about these spontaneous trips is that they always teach me something.
England is so much more diverse than we sometimes realise.
You can leave home thinking you’re simply going to the seaside for a cheap weekend.
And instead you discover:
A traditional British seaside resort.
One of the UK’s most famous piers.
A beach that seems to go on forever when the tide is out.
A coastline transformed completely by the tides.
And 100 enormous iron figures standing silently in the sea.
All because I wanted a cheap hotel by the water.
Nature, of course, doesn’t care about our plans.
We can check the weather.
We can book the hotel.
We can pack our swimming costumes.
We can even wear a summer dress because our phone tells us it’s going to be 27°C.
And the sea can simply say:
„Not today.”
And maybe that’s the lesson.
Sometimes you don’t end up seeing what you planned to see.
You end up seeing something you didn’t even know existed.
And sometimes the best memories start with:
„I’ve got an idea…”
and end with a family laughing so hard that years later, you still cry when you tell the story.
As for me?
I’ve learned an important lesson.
Next time I book a hotel by the sea…
I’m checking where the sea is first. 😂

