👇Scroll down for English 👇

Od stycznia nie napisałam praktycznie żadnego artykułu.

I długo próbowałam zrozumieć dlaczego.

Bo przecież pomysłów mi nie brakowało.
Historii też nie.
Życie nadal pisało własne scenariusze każdego dnia.

A jednak coś we mnie ucichło.

I chyba dopiero teraz zaczynam rozumieć, co się właściwie stało.

Pod koniec 2025 roku menopauza postanowiła wejść do mojego życia bez pukania. 😅
Tak po brytyjsku:
„Sorry love, I live here now.”

Zaczęłam HRT.
Czytać.
Analizować.
Słuchać kobiet, które mówiły:
„Musisz budować mięśnie.”
„Musisz ćwiczyć.”
„Musisz zadbać o ciało.”

Więc oczywiście weszłam w to całą sobą. 😅

Bo ja niestety nie należę do ludzi typu:
„spokojnie, po trochu.”

Nie.

Ja jestem bardziej:
„Dobra. To teraz będziemy ratować życie, hormony i mięśnie jednocześnie.” 😅

Praca.
Siłownia.
Kroki.
Białko.
Ćwiczenia.
Monitorowanie wszystkiego jakbym przygotowywała się do olimpiady dla zmęczonych kobiet po czterdziestce. 😅

I wiecie co jest najciekawsze?

Że w pewnym momencie człowiek zaczyna być tak zajęty „naprawianiem życia”… że zapomina z niego korzystać.

Mój dzień zaczął wyglądać jak projekt logistyczny.

Praca → siłownia → jedzenie → obowiązki → sen → repeat.

Nawet odpoczynek zaczął mieć w sobie presję produktywności.

Bo przecież spacer musi spalać kalorie.
Siłownia musi budować mięśnie.
Sen musi regenerować.
Jedzenie musi mieć białko. 😅

I nagle człowiek orientuje się, że nawet kawa wypita w ciszy zaczyna wyglądać jak „strata czasu”.

A przecież właśnie w takich chwilach rodzi się kreatywność.

Nie wtedy, kiedy jesteśmy zajęci.

Tylko wtedy, kiedy nasza głowa w końcu ma przestrzeń oddychać.

Doprowadziłam ciało do momentu, w którym byłam po prostu przetrenowana.

Nie fizycznie „zmęczona po treningu”.

Tak życiowo zmęczona.

I chyba właśnie dlatego zaczęłam marzyć o maju jak o wybawieniu. 😅

Zabookowałam urlop.
Odpuściłam siłownię na chwilę.
Pozwoliłam ciału odpocząć.

I nagle…

wróciłam do pisania.

Tak po prostu.

Bez zmuszania się.
Bez planu „musisz być produktywna”.
Bez presji.

Usiedliśmy w Bibury, potem w Bristolu… i coś we mnie znowu się odezwało.

Zaczęłam patrzeć.
Słuchać.
Myśleć.

A nie tylko funkcjonować.

I może właśnie tego najbardziej brakuje nam dzisiaj jako ludziom.

Nudy.

Ciszy.

Momentów, w których mózg nie jest ciągle czymś zajęty.

Bo kreatywność bardzo źle rośnie pod presją ciągłego „muszę”.

Muszę pracować.
Muszę ćwiczyć.
Muszę się rozwijać.
Muszę wyglądać lepiej.
Muszę być silniejsza.
Muszę ogarniać.

A potem człowiek siada wieczorem i nawet nie pamięta, kiedy ostatnio zrobił coś tylko dlatego, że sprawiało mu to przyjemność.

I nie…
nie uważam, że praca jest zła.

Siłownia też nie.

Wręcz przeciwnie.

Ćwiczenia pomogły mi psychicznie bardziej, niż myślałam.
Dały mi siłę.
Lepsze samopoczucie.
Poczucie kontroli nad własnym ciałem.

Ale chyba jak ze wszystkim w życiu — problem zaczyna się wtedy, kiedy zapominamy zostawić miejsce na siebie.

Nie tę „produktywną wersję siebie”.

Tę prawdziwą.

Która lubi pisać.
Śmiać się.
Patrzeć na stare domki w Anglii przez pół godziny. 😅
Siedzieć w aucie bez celu.
Robić zdjęcia mchu jakby był narodowym skarbem Wielkiej Brytanii. 😅

Mam wrażenie, że dorosłość bardzo często kradnie nam rzeczy, które kiedyś naturalnie dawały nam radość.

Nie dlatego, że świat jest zły.

Tylko dlatego, że człowiek tak bardzo próbuje „nadążyć”, że przestaje słyszeć samego siebie.

I może właśnie dlatego ten maj był mi tak potrzebny.

Nie po to, żeby „uciec od życia”.

Tylko po to, żeby sobie przypomnieć, że ja też nadal w nim jestem.

Free time

Does work kill creativity… or do we slowly give our lives away in pieces?

I’ve barely written an article since January.

And for a long time, I kept asking myself why.

Because it wasn’t a lack of ideas.
Or stories.
Life was still happening every single day.

But something inside me had gone quiet.

And I think I’m only just starting to understand what actually happened.

At the end of 2025, menopause arrived in my life completely uninvited. 😅
Very British, really.

“Sorry love… I live here now.”

So I started HRT.
Started reading.
Researching.
Listening to women saying:

“You need to build muscle.”
“You need to exercise.”
“You need to look after your body.”

And naturally… I threw myself into it completely. 😅

Because unfortunately I’m not one of those people who does things “gently”.

No.

I’m more:
“Right then. We’re fixing hormones, health and the entire future at the same time.” 😅

Work.
Gym.
Protein.
Steps.
Workouts.
Tracking everything like I was training for the Olympics for exhausted women over forty. 😅

And do you know what’s interesting?

At some point, you become so busy trying to “fix” your life… that you forget to actually live it.

My days slowly turned into a logistics operation.

Work → gym → food → responsibilities → sleep → repeat.

Even rest started feeling productive.

Walks had to burn calories.
Gym sessions had to build muscle.
Sleep had to optimise recovery.
Meals had to contain enough protein. 😅

And suddenly you realise even sitting quietly with a coffee starts feeling like “wasted time”.

But those are exactly the moments where creativity lives.

Not when we’re busy.

When our minds finally have room to breathe.

I pushed my body to the point where I wasn’t just physically tired.

I was life tired.

The kind of tired where your body keeps moving… but your brain quietly stops feeling inspired by anything.

And honestly?
That’s why I started looking forward to May like it was some sort of rescue mission. 😅

I booked time off.
Stepped away from the gym for a while.
Let my body rest.

And then suddenly…

I started writing again.

Naturally.

No forcing it.
No productivity pressure.
No “you should be doing more”.

We went to Bibury.
Then Bristol.

And something inside me slowly woke back up again.

I started noticing things.
Thinking again.
Feeling inspired again.

Instead of simply functioning.

And maybe that’s what so many of us are missing these days.

Silence.

Space.

Moments where our brains are not constantly occupied.

Because creativity doesn’t grow very well under permanent pressure.

Pressure to work harder.
Look better.
Train harder.
Improve constantly.
Stay productive.
Keep up.

And eventually you sit down one evening and realise you can’t even remember the last time you did something purely because it made you happy.

And no — I don’t think work is bad.

The gym isn’t bad either.

In fact, training helped me mentally far more than I expected.

It gave me strength.
Confidence.
A sense of control over my own body again.

But like most things in life… the problem starts when we forget to leave space for ourselves.

Not the productive version.

The real version.

The one who likes writing.
Laughing.
Taking photos of old cottages for far too long. 😅
Sitting in the car with no rush to be anywhere.
Treating moss on old walls like a national treasure. 😅

I think adulthood quietly steals a lot from people.

Not because life is cruel.

But because we become so busy trying to keep up… that we stop hearing ourselves completely.

And maybe that’s why I needed this May so much.

Not to escape life.

But to remember that I’m still allowed to exist inside it too.

Posted in , , , , ,

Dodaj komentarz