
Wyjazd do Wielkiej Brytanii planowałam od dawna. A że moje życie to nie bajka z happy endem, tylko czarna komedia – dwa razy nam nie wyszło. Za trzecim razem nagle trach! – los zrobił mi niespodziankę.
I tutaj wchodzi na scenę świętej pamięci Pani Marylka – kobieta anioł, babcia z zawodu, opiekunka z powołania, a dla mnie przyszywana mama. Cała trójkę moich dzieci odchowała, a one ją kochały jak własną babcię. Ona wiedziała, że chcemy jechać do Anglii „za lepszym jutrem” i zapytała swojego syna w Londynie, czy by mi pomógł w zakwaterowaniu. Syn, jak to syn, powiedział: „Nie ma sprawy, będzie dobrze”. Jego partnerka też się niby zgodziła – i tu powinnam była się już domyślić, że coś śmierdzi, ale nie, ja miałam klapki na oczach i £160 w kieszeni.
Rok 2017, październik.
Bilet kupiony, motywacja w plecaku, język angielski na poziomie „piosenka z radia i trochę zgadywania”. Mąż został z dziećmi, a ja ruszyłam sama w drogę. Mały detal: miesiąc przed wyjazdem pękło mi kolano, chirurg chciał mnie położyć pod nóż dwa dni przed lotem, a ja mu z ironicznym uśmiechem:
– Panie doktorze, w Polsce kaleką nie zostanę.
I poleciałam – z bandażem elastycznym na nodze, lękiem wysokości i faktem, że pierwszy raz w życiu opuszczam Polskę w wieku 36 lat.
Lot był pełen wzlotów i upadków – dosłownie i w przenośni – ale wylądowałam w Luton. Idę za tłumem, bo przecież nie mam pojęcia, gdzie iść. No i wtedy mnie olśniło: nigdy wcześniej nie widziałam faceta, który miał mnie odebrać. Zero zdjęcia, zero spotkań, nic. Genialny plan, Eliza! Ale cud się zdarzył – on mnie rozpoznał.
Wsiadamy do autobusu, jedziemy, a on nagle mówi:
– Wiesz, moja kobieta nic nie wie. Jakbym jej powiedział, to by się nie zgodziła, a tak to nie ma wyjścia.
🙃 Serio? W tym momencie mój strach przed lataniem wydawał się niczym przy wizji spania w krzakach gdzieś pod Londynem.
Dojeżdżamy. Wchodzimy do mieszkania. Ona siedzi na krześle, skręca papierosy. Spojrzała na mnie i… eksplozja! Krzyki, płacz, wyzwiska, a ja stoję w tych drzwiach jak paczka z Amazona, której nikt nie zamówił.
Nie dziwię się jej, bo ja sama bym chyba mężowi łeb ukręciła, gdyby przyprowadził obcą babę do domu. Ale wtedy byłam tą „obcą babą”.

Po godzinie wielkiej wojny trochę odpuściła i pozwoliła mi zostać na noc. Ale to, co działo się w mojej głowie, ile myśli przewaliło się przez te kilka godzin… tego nie opowie nawet najlepszy film Hitchcocka.
No i tak wyglądał mój wielki start w Anglii – miało być „lepsze jutro”, a wyszedł wieczór z awanturą, łzami i wizją spania na ławce w Londynie. Ale hej – przynajmniej od razu nauczyłam się, że emigracja to nie bajka o Kopciuszku, tylko bardziej „Survivor UK edition”.
A Wy?
Jak wyglądał Wasz pierwszy raz – nie ten, o którym myślicie 😏 – tylko pierwszy lot, pierwszy wyjazd, pierwsza noc na obczyźnie?
Było bardziej jak komedia romantyczna czy raczej horror klasy B?

Dodaj komentarz