📖 Wersja w dwóch językach – najpierw po polsku 🇵🇱, a niżej po angielsku 🇬🇧.Scroll down if you prefer to read it in English!
—
🇵🇱Wersja polska
Nie wiem, czy wiecie, ale oprócz tego, że piszę, prowadzę bloga, gotuję, sprzątam, wychowuję dzieci i próbuję ogarnąć życie z humorem, pracuję też w hotelu Travelodge jako Housekeeping Supervisor.
Brzmi poważnie, prawda?
Jak z LinkedIna — taka kobieta sukcesu z mopem w jednej ręce i grafikiem w drugiej.
No więc brzmi dumnie, ale prawda jest taka, że roboty mam więcej niż dziewczyny, które sprzątają, tylko że ja za to dostaję tytuł „supervisor” i obowiązki za pół etatu armii.
Ale lubię to. Lubię, gdy coś się dzieje. Nie znoszę nudy.
Tylko że czasem życie postanawia przetestować moje słowa.
I wtedy dzieje się… za dużo.
Rozdział 1. Niewinne pytanie, które zmieniło dzień
Wszystko zaczęło się od mojego ulubionego zdania, które w pracy zawsze brzmi jak początek katastrofy:
– Eliza, mam do ciebie pytanie.
To była moja menadżerka.
Uśmiechnięta, pełna entuzjazmu, jakby zaraz miała mi wręczyć awans, a nie nowy obowiązek.
– Może chciałabyś spróbować czegoś nowego? – zapytała.
– Jasne! – odpowiedziałam, zanim zdążyłam zapytać czego.
No i się zaczęło.
– Zrobimy z ciebie multiskill. Pomagasz czasem w kuchni, jak trzeba. Co ty na to?
Ja, dumna kucharka z ponad 20-letnim doświadczeniem, uśmiechnęłam się jak mistrzyni MasterChefa.
„Kuchnia? Żaden problem. Co może pójść nie tak?”
Wszystko.
Dosłownie wszystko.
Rozdział 2. Pierwszy dzień w kuchni Travelodge
Przyszłam na popołudniową zmianę, pełna energii i wiary, że oto wracam na swoje terytorium.
W końcu gotowanie to moja pasja.
A jak coś kochasz, to nie może się nie udać, prawda?
Haha. Naiwność level: Eliza.
Na miejscu okazało się, że jedna z dwóch osób zaplanowanych do pracy zadzwoniła sick.
Czyli w tłumaczeniu na polski: „mam cię gdzieś, nie przyjdę”.
Zostałyśmy więc we dwie — ja i dziewczyna z wieczornej zmiany, młodsza ode mnie, cicha i nieśmiała.
Świetny duet.
Jedna nie wie, co robi, druga myśli, że wie.
Rozglądam się po kuchni.
I pierwsze, co mnie uderza, to brak… kuchni.
Nie ma świeżych produktów, żadnych patelni, garnków, nic.
Za to są mrożonki.
Całe półki mrożonek.
I wtedy do mnie dotarło, że to nie będzie gotowanie.
To będzie walka o przetrwanie w epoce lodowcowej.
Rozdział 3. Steak & Ale Pie – moja pierwsza porażka
Na pierwszy ogień poszło klasyczne danie: Steak & Ale Pie.
Proste? Teoretycznie tak.
Wkładasz do piekarnika-mikrofali (tak, oni to tak nazywają), ustawiasz czas, czekasz, wyjmujesz, podajesz.
Problem w tym, że piekarniko-mikrofala w Travelodge to nie sprzęt AGD.
To złośliwy demon kuchenny.
Zrobiłam wszystko zgodnie z instrukcją.
Po siedmiu minutach otwieram drzwiczki… i buch!
Steak pie eksplodował.
Sos wypłynął, ciasto się spaliło, a zapach przypalonego piwa unosił się w powietrzu jak duch mojej dawnej gastronomicznej kariery.
Musiałam zrobić następnego.
Ale klient czekał tak długo, że zdążył się rozmyślić i poprosił o zwrot pieniędzy.
Pierwszy punkt dla mrożonek.
Rozdział 4. Kurczak – zimny jak serce exa
Kolejne zamówienie: pieczony kurczak.
Brzmi niewinnie.
Ale ten kurczak, drodzy państwo, był zrobiony z lodu i rozpaczy.
Wkładam do pieca, czekam.
Z zewnątrz złoty, pachnący, idealny.
Kroję – a tam Antarktyda.
Zimny w środku jak moja cierpliwość po ośmiu godzinach pracy.
Włożyłam z powrotem.
Drugi wyszedł suchy jak toast po trzech dniach.
Dwa kurczaki – dwa trupy kulinarne.
2:0 dla mrożonek.
Rozdział 5. Sałatka – jedyne, co przeżyło
Pomyślałam: dobra, zrobię sałatkę.
Tego nie da się zepsuć.
Kroję, mieszam, układam jak Picasso z warzyw.
Efekt? Piękna, kolorowa, świeża.
Po chwili słyszę:
– Eliza, to miała być side salad, nie buffet for ten.
No cóż.
Mam przynajmniej pewność, że nikt w hotelu nie umrze z głodu.
Pierwszy mój sukces dnia.
2:1.
Rozdział 6. Curry, czyli żółta eksplozja
Kolejne zamówienie – Chicken Curry.
Proste.
Otwieram pudełko, do mikrofali, trzy minuty, gotowe.
Tak mówi teoria.
W praktyce?
Po dwóch minutach słyszę „pfff… BOOM!”.
Drzwi mikrofali się otwierają, a curry wylądowało na suficie, ścianie i moim fartuchu.
Pachniałam jak restauracja indyjska po pożarze.
Supervisor patrzy na mnie przerażona.
A ja tylko wzruszyłam ramionami i powiedziałam:
– To nie bałagan. To sztuka współczesna.
3:1.
Rozdział 7. Gravy, czyli sos z piekła rodem
Pomyślałam: dobra, zrobię gravy.
Woda, proszek, łyżka.
Nie da się zepsuć.
Otóż da się.
Za pierwszym razem wylało się.
Za drugim – wybuchło.
Za trzecim – zniknęło.
Nie wiem jak.
Może się obraziło.
Na koniec miałam gravy wszędzie – na blacie, na rękach, na duszy.
4:1.
Rozdział 8. Fasolka po angielsku (czyli po spaleniu)
Kiedy myślałam, że gorzej być nie może, przyszła fasolka.
Mrożona.
Wkładam do mikrofali, idę po widelec, wracam – dym.
Otwieram drzwiczki, a tam czarna masa, plastik stopiony, zapach jak z fabryki plastiku.
To był moment, w którym zrozumiałam, że mrożonki mają nadprzyrodzoną moc.
5:1.
Rozdział 9. Koniec zmiany, czyli triumf… mrożonek
Pod koniec dnia wyglądałam jak po kulinarnej wojnie.
Włosy pachną curry, fartuch w gravy, w oczach błysk szaleństwa.
Manager wieczornej zmiany spojrzał na mnie z troską:
– Everything okay, Eliza?
A ja z dumą:
– Perfect. I just discovered the limits of frozen cuisine.
I tak, Travelodge stracił kilka funtów, ale ja zyskałam coś cenniejszego – doświadczenie, dystans i temat na bloga.
Rozdział 10. Morał z mikrofali
W drodze do domu opowiadałam mężowi, jak mrożonki mnie pokonały.
Śmiał się jak dziecko, a ja razem z nim.
Bo jak tu się nie śmiać, kiedy twoje 20 lat doświadczenia przegrywa z kurczakiem z lodówki?
I wiecie co?
Nie będę nigdy w pełni Brytyjką.
Nie potrafię gotować z mrożonek.
Nie potrafię cieszyć się proszkowym sosem.
Ale potrafię się śmiać.
I to chyba najważniejsza umiejętność — śmiać się z siebie, zanim zrobi to ktoś inny.
A Was jakie danie pokonało? 🍗🍝
(serio, niech ktoś powie, że też spalił mrożoną fasolkę, żebym nie czuła się sama 😅)

When curry decides to have an explosive personality – frozen food 1 : Eliza 0 😅
🇬🇧 English version
I work at Travelodge as a Housekeeping Supervisor. Sounds fancy, right?
Like a woman in a suit managing a team with a clipboard.
Reality check — it’s more like managing chaos with a smile and a vacuum.
I love it when things happen. I love action. But sometimes, life gives me… too much of it.
Chapter 1. The question that started it all
“Hey Eliza, do you want to try something new?”
That’s how it began.
My manager, smiling like she’s about to give me a promotion, asked if I wanted to become multiskilled.
It means helping in the kitchen when needed.
And I, a chef with over 20 years of experience, said yes with full confidence.
“What could go wrong?”
Everything. Literally everything.
Chapter 2. My first day in the Travelodge kitchen
I arrived ready to shine.
Cooking is my passion.
It’s who I am.
But one of the kitchen staff had called in sick.
So it was just me and another girl — young, quiet, unsure.
The perfect team for disaster.
And the kitchen? No fresh food. No pans. No knives.
Just freezers. Full of frozen everything.
That’s when I realised: this wasn’t cooking.
This was survival in the Ice Age.
Chapter 3. Steak & Ale Pie – my first defeat
The first order: steak and ale pie.
Easy, right? Just heat it.
Except the oven was possessed.
Seven minutes later — explosion.
The pie burst open, gravy everywhere, the smell of burnt beer filling the air.
The customer waited so long that he cancelled.
First point goes to frozen food.
Chapter 4. Chicken – cold as my patience
Next dish: roasted chicken.
Golden outside, frozen inside.
I swear it was colder than my ex’s heart.
Second one? Overcooked to dust.
Two chickens down, zero victories.
Chapter 5. Salad – my only success
I thought: salad, easy win.
Chopped, mixed, done.
Looked amazing.
The supervisor looked at me and said:
“Eliza, that’s a side salad, not a buffet.”
Whatever. At least it was edible.
Chapter 6. Curry explosion
Next order — curry.
Two minutes in the microwave — BOOM.
Curry everywhere. Walls, ceiling, my soul.
I stood there, covered in yellow, saying calmly:
“It’s not a mess. It’s abstract art.”
Chapter 7. Gravy – the traitor
I tried the gravy next.
Water, powder, easy.
First time — overflowed.
Second — exploded.
Third — disappeared.
I still don’t know where it went.
Chapter 8. Frozen beans – the grand finale
Put them in the microwave, walk away for ten seconds — smoke alarm.
Beans burned, container melted.
That was the final boss.
Chapter 9. End of shift
At the end of the day, I looked like a war survivor.
Smelled of curry and regret.
The evening manager walked in:
“Everything okay, Eliza?”
I smiled proudly:
“Perfect. Just exploring the dark side of frozen food.”
Chapter 10. The moral of the story
On my way home, I told my husband.
He laughed so hard I thought he’d stop breathing.
And I laughed too, because honestly — if you can’t laugh at yourself, you’re missing the best part of life.
So no, I’ll never be fully British.
I can’t cook with frozen food.
But I can turn disasters into stories.
And maybe that’s my true skill.
And you — what dish has ever defeated you? 🍗🍝
Dodaj odpowiedź do Lulu Anuluj pisanie odpowiedzi