Scroll down for English / Przewiń w dół po angielską wersję
🇵🇱 Głosowałam na niego
Nie wiem, co mnie bardziej wkurza – to, że znów się nabrałam, czy to, że naprawdę wierzyłam. Bo ja głosowałam na Szymona Hołownię. Tak, tego „nowego”, świeżego, uduchowionego chłopaka z telewizji, który zamiast krzyczeć o podatkach i zdradzie narodowej, mówił o empatii, ekologii i rozsądku. W świecie, w którym polityka przypomina rzeźnię dla ludzi o grubych skórach i pustych oczach, on wyglądał jak wegetarianin w masarni – trochę zagubiony, ale cholernie czysty w tym swoim idealizmie.
Nie byłam jego fanką od pierwszej chwili. Po prostu miałam dość. Dość napuszonego tonu jednych i cynicznego uśmiechu drugich. Polska polityka przypominała wtedy kłótnię w remizie o to, kto pierwszy do kranu z piwem – nikt nie słuchał, każdy krzyczał. I nagle pojawił się on – Szymon. Uśmiechnięty, spokojny, z jakimś wewnętrznym światłem, które w polityce jest równie rzadkie jak szczerość w kampanii wyborczej.
Myślałam sobie: wreszcie ktoś, kto nie będzie się drzeć.
Kto nie będzie machał flagą jak kijem bejsbolowym.
Kto nie będzie wmawiał mi, że „normalność” to tylko jego wersja świata.
I tak się zaczęło – historia pewnej naiwności, którą dziś wspominam jak nieudany romans.
Na początku było pięknie. Szymon mówił o „nowej polityce”, o tym, że „nie trzeba być chamem, żeby coś zmienić”. No jak nie uwierzyć? W świecie, gdzie większość posłów zachowuje się jak uczestnicy „Warsaw Shore” po trzecim piwie, ten człowiek brzmiał jak kaznodzieja z TED Talka.
Słuchałam go z tym samym wzruszeniem, z jakim kiedyś oglądałam finały „Mam talent” – nie przez śpiew, tylko przez wiarę, że ktoś jeszcze ma serce.
Hołownia miał serce.
I miał plan.
Tylko zapomniał, że w polityce plan bez strategii to jak wegetarianin wśród myśliwych – długo nie pożyje.
Kiedy wszedł do Sejmu, miałam nadzieję, że zrobi tam porządek.
Że nauczy tych starych lisów kultury i pokory.
Że pokaże, że można inaczej.
Ale jak mówi stare przysłowie – kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one.
I Szymon zakrakał.
Na początku nieśmiało.
Potem coraz głośniej.
Aż w końcu sam nie wiedział, czy to jeszcze jego głos, czy echo tych, którzy kraczą zawodowo od dekad.
Zaczęły się kompromisy, negocjacje, polityczne układy.
I ten moment, w którym człowiek zaczyna kalkulować, zamiast wierzyć.
Polityka to nie miejsce dla marzycieli. To survival.
A on – chciał być człowiekiem.
Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłam go w roli marszałka Sejmu. Dumnego, eleganckiego, z tą samą łagodnością, która kiedyś podbiła serca widzów. Ale już wtedy widać było zmęczenie. Bo polityka nie znosi miękkich tonów. Tam trzeba mieć twarde łokcie i jeszcze twardsze sumienie – najlepiej z teflonu, żeby nic się nie przykleiło.
A on? On wciąż wierzył, że da się rozmawiać. Że da się budować mosty.
Nie wiedział, że w Polsce mosty służą tylko do tego, żeby spalić je z klasą.
W końcu przyszło to, co musiało przyjść – PiS go ograł.
Nie w spektakularny sposób, tylko powoli, systematycznie.
Jak kot, który bawi się myszą, zanim ją zje.
Pozwolili mu wierzyć, że ma wpływ. Że może coś ugrać.
A potem zabrali mu wszystko jednym ruchem.
I patrzyli, jak tłumaczy się z rzeczy, których nie zrobił.
Media też nie pomogły – najpierw go wznosili na piedestał, a potem zepchnęli z niego z komentarzem: „No cóż, nie udźwignął.”
Bo tak działa show-biznes polityki – karmią cię nadzieją, dopóki klikasz się dobrze. Potem wpychają w archiwum razem z hasłem: „były polityk, który miał potencjał”.
Głosowałam na niego ponownie, choć już bez złudzeń.
Jak kobieta, która wraca do byłego, bo przynajmniej zna jego wady.
Ale nawet wtedy coś we mnie mówiło: „to nie jego świat.”
I miałam rację.
Bo jak się okazało, w Polsce nie ma miejsca dla ludzi, którzy myślą sercem.
Tu wygrywają ci, co myślą sondażem.
Z czasem przestałam go oglądać.
Nie dlatego, że miałam dość, tylko dlatego, że bolało patrzenie.
Jakbyś widziała człowieka, który tonie w błocie, ale wciąż próbuje zachować uśmiech.
Czasem wrzucałam w wyszukiwarkę jego nazwisko – z ciekawości.
Zawsze pojawiały się te same tytuły:
„Spadek poparcia.”
„Hołownia poza grą.”
„Nowa twarz starej polityki.”
A przecież on naprawdę próbował.
Tylko że system nie potrzebuje ludzi, którzy próbują.
System potrzebuje ludzi, którzy grają.
I wiesz co? Nie potrafię się na niego gniewać.
Bo on jest symbolem tego, że dobroć w polityce ma krótką datę przydatności.
Że empatia się nie klika, a przyzwoitość nie daje mandatu.
I choć jego nazwisko może już nie wywołuje emocji, ja go zapamiętam.
Jako kogoś, kto wszedł między wrony i przez chwilę naprawdę próbował nie krakać.
🕊️ Epilog – kilka lat później
Minęły lata.
Patrzę na zdjęcia z dawnych kampanii i myślę, jak bardzo ten kraj nie był gotowy na takich ludzi.
Na ludzi, którzy mówią spokojnie, słuchają zamiast atakować, wierzą, że słowo „dobro” ma jeszcze sens.
Dziś znowu w telewizji kłócą się ci sami. Ci, co kraczą od lat.
A Hołownia? Pewnie wrócił do pisania, może do pomagania.
Do świata, w którym człowiek coś znaczy.
Bo w polityce – nie znaczy nic.
Czasem mam wrażenie, że jego porażka to metafora całego kraju.
Bo jak mamy budować państwo oparte na wartościach, jeśli za każdym razem, gdy pojawia się ktoś normalny, system go zjada?
MORAŁ
Nie przegrał Hołownia.
Przegraliśmy my – wszyscy, którzy uwierzyliśmy, że serce wystarczy.
Bo serce w polityce to luksus, na który nie stać żadnej partii.
Ale może – kiedyś – będzie to waluta, którą znów zaczniemy płacić za zaufanie.

🇬🇧 English version
I voted for him
I don’t know what pisses me off more – that I fell for it again, or that I genuinely believed.
Yes, I voted for Szymon Hołownia. The calm, thoughtful guy from TV who talked about empathy, logic, and decency instead of taxes and traitors. In a world where politics feels like an abattoir for people with thick skin and hollow eyes, he looked like a vegetarian lost in a slaughterhouse – confused, but still clean.
He was supposed to be different. The one who wouldn’t yell.
The one who’d talk about people, not power.
The one who’d show that being kind doesn’t mean being weak.
And maybe he really tried.
But politics in Poland eats kindness for breakfast.
When he entered Parliament, I had hope.
Maybe he’d make it better.
Maybe he’d remind them that politics is about people.
But as the saying goes – when you enter a flock of crows, you must caw like one of them.
And so he did.
First shyly. Then louder.
Until one day, even he didn’t know if it was still his voice or just the echo of others.
At first, he was elegant, patient, composed – a breath of fresh air among vultures.
But the system doesn’t tolerate that kind of softness.
In Polish politics, you either grow claws or get eaten.
And so he got played.
Slowly. Systematically.
The ruling party let him believe he had power.
Then stripped him of it while the cameras rolled.
He lost not because he was wrong – but because he was right too soon.
In a country where shouting is strength, and compromise is weakness, being decent is a political suicide note.
I watched his fall like you watch a good man drowning in mud – helplessly, painfully, knowing he’ll never resurface the same.
Years later, I think he might be free now.
Free from noise, games, and fake applause.
Maybe he’s back to helping people, writing, breathing.
Because in politics, there’s no oxygen for people like him.
And maybe his failure isn’t really a failure.
Maybe it’s proof that the system is broken – not him.
MORAL
Szymon Hołownia didn’t lose.
We did.
Because every time we let cynicism win over decency, we confirm what the system already knows –
that we don’t want better politicians.
We just want louder ones.
Autorka: Eliza Siatkowska – autorka serii The Best of the Worst, blogerka i obserwatorka codzienności bez filtra.
Więcej na elizasiatka.uk
Dodaj odpowiedź do Joanna Anuluj pisanie odpowiedzi