
(Ed Gein, ja i to, co zostaje po cudzych głosach)
Zawsze fascynowało mnie, jak cienka bywa granica między „normalnym człowiekiem” a kimś, kto przekracza wszystkie granice.
Nie dlatego, że szukam sensacji – wręcz przeciwnie. Bo gdzieś głęboko czuję, że ta granica nie zawsze leży w czynach, ale w tym, co wpojono nam do głowy, zanim zdążyliśmy nauczyć się myśleć po swojemu.
Kiedy pojawił się serial o Edzie Geinie, włączyłam go z ciekawości, ale też z jakimś dziwnym ciężarem w środku. Nie dlatego, że lubię historie o potworach.
Raczej dlatego, że wiem, jak one powstają.
Ed Gein dorastał z matką, która była jak Bóg – karzący, surowy, nieomylny.
Ojciec pił, świat był grzeszny, ludzie brudni, a kobiety – zło wcielone.
Nie wolno było kwestionować jej słów, nie wolno było mieć własnych myśli.
Kiedy umarła, został sam – z głosem, który nie przestał do niego mówić.
I wtedy się zaczęło.
Nie od razu od zbrodni, ale od ciszy, od próby „odtworzenia” tego, co znał – choćby w chory, wypaczony sposób.
Nie miał już matki, więc próbował ją przywrócić. Nie miał świata, więc stworzył własny.
Dla mnie to nie była opowieść o potworze.
To była opowieść o dziecku, które nikt nigdy nie wysłuchał.
Nie mogę porównywać się z nim dosłownie, ale kiedy słuchałam o jego dzieciństwie, coś we mnie drgnęło.
Bo ja też dorastałam z głosem, który definiował rzeczywistość.
„Twój tata cię nienawidzi. Jego rodzina też. Nigdy nie byłaś im potrzebna.”
Słowa powtarzane tak długo, że stają się częścią kołysanki.
Z początku buntowałam się w środku – chciałam wierzyć, że to nieprawda. Ale dziecięcy umysł nie ma filtrów. Chłonie wszystko, co powie autorytet.
I tak między sercem a głową zaczyna się wojna.
Wojna o prawdę.
Przez lata żyłam z tym rozdźwiękiem – między tym, w co kazano mi wierzyć, a tym, co czułam.
To trochę jak mieszkanie w dwóch światach: w jednym jesteś winna wszystkiemu, w drugim próbujesz zrozumieć, za co właściwie.
W jednym słyszysz głos, który mówi „oni cię nienawidzą”, w drugim – ciche „może jednak nie”.
Tylko że nikt ze mną o tym nie rozmawiał.
Zawsze byłam „za mała, żeby zrozumieć”.
Nie pytano, co czuję.
Nie tłumaczono, co się dzieje.
Tylko mówiono, że „nie będziemy jej obarczać”.
A potem, po latach, pojawiały się zdania:
„Bo ciebie tu nie ma.”
Jakby obecność lub nieobecność miała zmazać wszystko, co w środku się popsuło.
Kiedy patrzę dziś na Eda Geina, nie widzę tylko potwora.
Widzę kogoś, komu nikt nie pozwolił być człowiekiem.
Kogoś, kto nigdy nie usłyszał: „To, co myślisz, ma znaczenie.”
Kogoś, kto nie miał z kim rozmawiać, więc rozmawiał z głosem, który go zniszczył.
I wtedy robi się naprawdę strasznie – bo widzę, jak niewiele trzeba, żeby ktoś skrzywdzony zaczął krzywdzić dalej.
Jak cienka jest linia między bólem a przemocą.
Jak blisko bywa między ofiarą a oprawcą.
Zawsze powtarzam: tak kształtuje się psychopatów, nie ludzi wartościowych.
Zamknięciem, milczeniem, odrzuceniem.
W domach, gdzie dzieci uczą się, że „lepiej nic nie mówić”.
W rodzinach, gdzie zamiast rozmowy jest osąd.
W głowach, gdzie cudze słowa brzmią głośniej niż własne myśli.
Nie wiem, czemu nie stałam się potworem.
Może dlatego, że na mojej drodze pojawiali się ludzie, którzy trzymali moją psychikę na powierzchni, zanim sama nauczyłam się pływać.
Może dlatego, że mimo wszystkiego w środku zawsze tliła się ta iskra – chęć, by zrozumieć, a nie zniszczyć.
A może po prostu miałam szczęście, że w pewnym momencie powiedziałam sobie: „potrzebuję pomocy” – zanim było za późno.
Bo to jest ta cienka granica.
Ed Gein po śmierci matki zamknął się w świecie, którego nikt nie rozumiał.
Ja po śmierci własnych złudzeń poszłam po ratunek.
On słuchał głosu, który mu kazał niszczyć.
Ja w końcu zaczęłam słuchać siebie.
Nie dlatego, że byłam silna.
Tylko dlatego, że miałam dość życia w cudzej narracji.
Czasem zastanawiam się, jak wiele osób chodzi po świecie z takim samym chaosem w głowie – z głosem, który nie przestaje mówić: „Jesteś niewystarczająca.”
I jak wiele z nich nigdy nie usłyszy drugiego głosu, który powie: „To kłamstwo.”
Może właśnie dlatego potrzebujemy takich historii.
Nie po to, żeby się nimi straszyć, ale żeby zrozumieć, że potwory nie rodzą się w nocy. One powstają w ciszy.
W tych domach, gdzie nikt nie słucha.
W tych pokojach, gdzie dziecko płacze, a dorośli mówią: „nie przesadzaj”.
W tych rodzinach, gdzie prawda jest niewygodna, więc się jej nie mówi.
Dziś wiem jedno:
Człowieka nie definiuje to, co mu zrobiono.
Definiuje go to, co zrobi z tą raną.
Ed Gein próbował odtworzyć miłość, która nigdy nie istniała.
Ja próbuję stworzyć ją od nowa – w sobie, dla siebie, bez cudzych głosów.
I może właśnie dlatego żyję.
Bo zamiast karmić nienawiść, karmię świadomość.
Bo zamiast udawać, że nic się nie stało, opowiadam o tym, co się stało.
Bo wiem, że milczenie potrafi zabić, a słowa potrafią uratować.
To nie jest historia o potworze.
To historia o tym, jak niewiele trzeba, żeby nim zostać – i jak dużo trzeba, żeby pozostać człowiekiem.


