• Miałam już doświadczenie w byciu mamą, kiedy na świat przyszła moja córka. Wydawało mi się, że tym razem pójdzie łatwiej. Przecież człowiek się uczy, a po pierwszym dziecku już wie, jak to działa. Guzik prawda. Po jej urodzeniu dopadła mnie depresja poporodowa i tak naprawdę nie pamiętam jej pierwszych sześciu miesięcy życia. Wyparowały. Jakby ktoś wyciął pół roku z mojego filmu. A to boli, bo przecież to moja córka, moje dziecko, a ja nie mam w głowie tych wspomnień. Dopiero później zaczęłam czuć, że odzyskuję siebie – ale ten brak będzie mi siedział w sercu już zawsze.

    Wychowanie córki było inne niż syna. Z jednej strony łatwiejsze, bo byłam starsza, wiedziałam trochę więcej, z drugiej – trudniejsze, bo to dziewczynka. Martwisz się o nią inaczej. Wiesz, że chłopak sobie poradzi, a dziewczynę chcesz chronić do końca życia, choćby miała i czterdzieści lat. Do tego dochodzi jeszcze ta kobieca nić porozumienia – bo niby łatwiej rozmawiać, niby wiem, jak to jest być dziewczyną, ale w praktyce… bywa różnie. Córka ma duszę artystki – zamyślona, analizuje wszystko na sto sposobów, często gubi się w decyzjach. I ja to znam aż za dobrze, bo sama taka byłam. Może dlatego czasem się w niej przeglądam jak w lustrze.

    Była inna niż brat. Niby z tych samych rodziców, a zupełnie inna konstrukcja. Syn to taran, ona – bardziej eteryczna, delikatna, ale z pomysłami, które potrafiły ściąć mnie z nóg jak kubeł zimnej wody. I owszem, mniej miała przewinień na koncie, ale jak już coś odwaliła, to spektakularnie.

    Pamiętam, jak miała osiem lat. Złapałam ją na paleniu papierosów z koleżanką, i to tuż przed komunią. Dziecko w białej sukience, z papierosem w ręku – wyobrażacie to sobie? Ja się zagotowałam. Kara musiała być. Zakazałam jej zadawania się z tym towarzystwem, a na dokładkę poszłyśmy do fryzjera i obcięłam jej piękne, długie włosy na krótko. Myślałam, że to dla niej będzie dramat, a ona… stwierdziła, że i tak jej się podoba. No i jak tu być mądrą matką?

    Ale najlepsze przyszło w podstawówce. Dzieciaki miały coś w rodzaju „chrztu”, polegającego na tym, że musiały coś ukraść ze sklepu – taki debilny pomysł podwórkowej inicjacji. I oczywiście moja córka wpadła. Telefon z policji: „proszę przyjechać odebrać córkę, bo złapaliśmy ją na kradzieży batonika”. No pięknie. Pamiętam, że pierwsza myśl była taka, żeby… poczekała tam dłużej, niech poczuje konsekwencje. Zadzwoniłam więc do nich i mówię: „mogę przyjechać wieczorem, żeby chwilę tam posiedziała jako kara?”. Pan policjant stwierdził, że rozumie, ale niestety muszą zwolnić radiowóz. No trudno. Pojechałam. Ona, jak tylko mnie zobaczyła, zaczęła panikować i krzyczeć, że nie chce wracać do domu. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię.

    Wróciłyśmy i wpadłam na genialny, jak mi się wydawało, pomysł wychowawczy. Wzięłam maszynkę do strzyżenia, posadziłam ją na krześle i obcięłam na łyso. Powiedziałam: „za każdym razem, gdy spojrzysz w lustro, będziesz pamiętać, że tak nie można”. Dziś wiem, że to była głupota. Że to bolało ją bardziej, niż cokolwiek innego. Ale wtedy naprawdę myślałam, że to działa. Z perspektywy czasu widzę, że moje metody często były bardziej teatrem dla mnie niż lekcją dla niej.

    Ale żeby nie było – moja córka potrafiła mnie też zaskoczyć w pozytywny sposób. Miała piętnaście lat. Dzień matki. Siedzę w kuchni, myślę, że przyszła złożyć mi życzenia. A ona: „mamo, muszę ci coś powiedzieć, miałam swój pierwszy raz”. We mnie wszystko się zagotowało – chciałam płakać i krzyczeć jednocześnie, ale zebrałam się w garść. Porozmawiałyśmy. Zabrałam ją do ginekologa, żeby jej wszystko wyjaśnił. I wiecie co? W tamtym momencie, mimo złości i strachu, cieszyłam się, że przyszła z tym do mnie. Bo mogła pójść do koleżanki, mogła to ukrywać. A jednak przyszła do mnie. To było coś.

    Oczywiście, później znowu było odbieranie jej z policji. Kolejny telefon, kolejna jazda. Ale tym razem nie wymyślałam spektakularnych kar. Zabrałam ją do domu i na tym się skończyło. Czasem najlepszą karą jest brak reakcji. To wtedy zrozumiałam, że moje wymyślne pomysły nie uczą niczego, tylko robią szum. A cisza potrafi uderzyć bardziej niż wrzask.

    I wiecie, to jest ciekawe – syn ciągle coś odwalał, dzień w dzień, a ona raz na jakiś czas, ale tak, że szczęka mi opadała. Patrząc dziś, myślę, że to był jej sposób na zwrócenie mojej uwagi. Bo w jej oczach – jak krzyczę na brata, to znaczy, że go kocham, a jak na nią nie, to znaczy, że mam ją gdzieś. Tak to widzę, bo sama czułam podobnie w dzieciństwie. W moim domu siostra jako starsza obrywała częściej, więcej od niej wymagali, a ja czułam się odrzucona. Pamiętam, jak tata kiedyś powiedział, że miałam lepiej, bo siostra dostawała kablem, a ja tylko ręką. Serio? To była jego definicja szczęśliwszego dzieciństwa.

    I tak dziś patrzę na swoją córkę, która jest już dorosła. Skończyła szkołę, pracuje na uniwersytecie, świetnie sobie radzi, a ja nadal widzę w niej to zagubione dziecko, które szuka atencji. Rozmawiamy dużo, naprawdę dużo. Ona umie mówić, ja umiem słuchać. Ale widzę, że emocjonalnie wciąż błądzi. I wtedy pytam sama siebie: co jest lepsze? Krzyk, kary, czy rozmowa? I dochodzę do wniosku, że w obu przypadkach dałam ciała. Bo niezależnie od metody, moje dzieci wyrosły na dorosłych, którzy nadal nie do końca radzą sobie z emocjami.

    Moja córka jest kobietą. Mądrą, piękną, pracowitą, a ja wciąż mam wrażenie, że nie wierzy w swoje możliwości. Że czuje się mniej warta, niż naprawdę jest. I może to też moja wina – bo nawet jeśli jej się „mniej oberwało” niż bratu, to te spektakularne kary zapisały się w niej mocniej, niż wtedy przypuszczałam.

    Dziś wiem, że mogłam to robić inaczej. Że można było mniej kombinować, a więcej być. Ale łatwo mówić po latach. Wtedy człowiek jest w środku tego wszystkiego, zmęczony, zestresowany, zagubiony. I działa jak umie.

    I tak oto mam córkę, dorosłą kobietę, a nadal w moich oczach to dziewczynka, którą chciałam ochronić przed światem. Tyle że chroniąc, czasem też raniłam. I to jest chyba największy paradoks macierzyństwa – kochasz, a mimo to ranisz. Chcesz dobrze, a wychodzi, jak wychodzi.

    A teraz oddam wam głos. Jak wy wspominacie swoje dzieciństwo? Czy też widzicie w sobie odbicie własnych rodziców? A jeśli macie córki – jak myślicie, jak one kiedyś będą was wspominać? Z wdzięcznością, z uśmiechem, czy może z tekstem: „mamo, serio, łysa głowa za batonika?.

  • Miałam osiemnaście lat, kiedy zostałam mamą. Sama dzieciak, a już z dzieckiem na ręku. Dziś jak o tym myślę, to mam ochotę złapać się za głowę i powiedzieć do tamtej dziewczyny: „halo, czy ty masz rozum i godność człowieka?”. Ale wtedy wydawało mi się, że to genialny plan – urodzę sobie kogoś, kto będzie mnie kochał bezwarunkowo. W końcu dziecięca miłość nie ocenia, nie stawia warunków, nie mówi: „zawiodłaś mnie”. Chciałam mieć obok siebie kogoś, kto spojrzy na mnie jak na cały świat. I tak zaczęła się moja droga – od marzenia, które miało być lekarstwem na wszystko.

    Poród był koszmarem. Zero romantyzmu, zero filmowych ujęć. To była raczej scena z horroru, w której człowiek zastanawia się, czy to już koniec świata, czy jeszcze chwila i wrócę do żywych. Ale kiedy wzięłam go w ramiona, wiedziałam, że to miłość od samego początku. Wszystko inne – ból, strach, dramat – zniknęło. Został tylko on.

    Na nic nie byłam przygotowana. Kompletnie na nic. Myślałam, że dziecko to taka trochę bardziej wymagająca lalka. A tymczasem mój syn miał wbudowane czujniki ruchu. Spał tylko wtedy, gdy mnie nie było. Jak tylko byłam obok, włączał się alarm. Chciałam zrobić siku – wrzask. Chciałam usiąść – wrzask. Do dziś podejrzewam, że miał radar ustawiony na moje kroki.

    Do tego wszystkiego urodził się z napięciem mięśniowym. Ubieranie go wyglądało jak walka z lalką Lego – wszystko sztywne, nic się nie zginało. Lekarze mówili: może stanie na nogi dopiero w wieku trzech lat. A on w wieku siedmiu miesięcy ruszył jak taran. Nie patrzył, nie omijał, tylko walił prosto w cel. I taki został – do dziś.

    Partner? Zamiast wsparcia – problem. Alkohol, przemoc, awantury. Scena, której nie zapomnę nigdy: wracam do domu, a tam białe płytki w przedpokoju całe zalane krwią. Syn płacze w łazience, a jego ojciec siedzi w salonie z nożem w ręku. Wtedy pękłam. Wyrzuciłam go. Policja zrobiła resztę. Ale mój syn od tamtej pory zaczął się jąkać. I jąka się do dziś, gdy się denerwuje.

    I tak zostałam wszystkim – matką, ojcem, nianią, koleżanką, ochroniarzem. Kombajnem wielofunkcyjnym, tylko że bez prawa do serwisu.

    Byłam surowa. Za bardzo. Obiecywałam sobie, że nie będę jak moi rodzice, że dam dzieciom ciepło i spokój. A wyszło jak zawsze. Krzyczałam. Śmiałam się z jego wagi. Poniżałam, bo myślałam, że to go wzmocni. Dziś wiem, że to go raniło. Ale wtedy to była moja „metoda wychowawcza”. Pierwsze dziecko – pierwsze błędy. On był moim poligonem.

    Miałam też swoje spektakularne wtopy. Do dziś się z nich nie śmieję, choć wtedy byłam przekonana, że jestem genialna. Biurko – prosiłam, groziłam, powtarzałam, żeby posprzątał. Nic. W końcu weszłam i… nasikałam na to biurko. On musiał przepisywać wszystkie zeszyty od nowa. Dziś myślę: „serio, Eliza? To był twój plan na wychowanie?”. Ale wtedy byłam pewna, że go wreszcie czegoś nauczę.

    Albo talerze. Jego obowiązkiem było mycie naczyń. Oczywiście – nie robił. Wkurzyłam się, potłukłam wszystkie talerze i przez rok jedliśmy na papierowych. Dumnie ogłosiłam, że nowych nie kupię. Efekt? Nikt się niczego nie nauczył. Tylko ja mam wspomnienie, że zrobiłam z siebie klauna.

    Do tego dochodzi karmienie piersią. Babcia zabrała go na kilka dni, żeby odzwyczaić od cycka. Wrócił cudownie odstawiony. Wystarczyło, że mnie zobaczył, i bach – bluzka w górę, dziecko przyklejone. A miał półtora roku i wszystkie zęby. Horror. I komedia.

    Miałam też inne codzienne akcje, które mogłyby być scenariuszem do sitcomu. Na przykład: pierwsze wyjście z wózkiem do sklepu. Ja, młoda, dumna mama, a on wrzeszczy jakby go żywcem obdzierali ze skóry. Ludzie patrzą, komentują, a ja mam ochotę włożyć mu smoczek nie do buzi, tylko do uszu, żeby nie słyszeć. Albo pierwsza kąpiel – dziecko wrzeszczy, ja płaczę, wanna zalana, a sąsiadka wali w ścianę, bo myśli, że kogoś morduję.

    A jednak, mimo surowości i błędów, nigdy nie pozwoliłam, by ktoś go skrzywdził z zewnątrz. W szkole, gdy bronił siostry, chcieli z niego zrobić agresora. Walczyłam jak lwica, zdobyłam dowody, udowodniłam, że bronił rodziny. W domu byłam katem, ale wobec świata zawsze tarczą.

    I choć dziś widzę, że byłam mamą toksyczną, że powielałam schematy moich rodziców, to wiem, że wszystko, co robiłam, było podszyte miłością. Tylko że ta miłość była zbyt dusząca. Chciałam go chronić, a zrobiłam mu krzywdę. Czy ta świadomość mu pomoże? Nie sądzę. Bo choć ja dorosłam, to on musi sam znaleźć w sobie siłę, by zmierzyć się z demonami.

    Kiedyś przyjechał na święta. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy, a na koniec powiedział: „wiesz, lubię ciebie taką i cieszę się, że dorosłaś, ale ja cię takiej nie znam i dla mnie to jest dziwne”. To był kubeł zimnej wody. Przyjechał nastawiony na kłótnie, robił wszystko, żeby wyprowadzić mnie z równowagi, bo dla niego kłótnia była znakiem, że jeszcze się nim interesuję. Był najstarszy, a każde kolejne dziecko w jego oczach zabierało mu kawałek mnie. I dziś rozumiem, że to był jego sposób na uwagę.

    Ja dorosłam, on wciąż się uczy. Staram się ważyć słowa, wspierać go, ale z dystansem, nie dusić. Czy to wystarczy? Nie wiem. Mogę tylko trzymać kciuki, że sam kiedyś sięgnie po pomoc. Bo wiem, że żeby chcieć się leczyć, trzeba samemu dorosnąć i naprawdę tego chcieć.

    I choć czasem wstydzę się tego, jaką byłam matką, to wiem jedno – mój syn przeżył, dorósł i mimo wszystko jest. Jest uczciwy, inteligentny i silny. A kiedyś w szkole, w wypracowaniu, napisał, że jego bohaterem jest mama. Po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, po moich krzykach i głupich metodach – on napisał, że to ja jestem jego bohaterem. I to było jak cios prosto w serce, ale taki, który leczy.

    I może właśnie w tym tkwi cała prawda o macierzyństwie. Można zawalić, można popełniać głupie błędy, można potłuc wszystkie talerze i nawet nasikać na biurko… a i tak w oczach dziecka być bohaterem. Bo dzieci mają tę dziwną zdolność kochania nas pomimo wszystkiego. A my, matki, uczymy się tego zawodu dopiero w trakcie – bez kursów, bez instrukcji, czasem na żywym organizmie.

    A teraz oddaję głos wam. Jak wy wspominacie swoje dzieciństwo? Jakie schematy zauważacie u siebie, gdy patrzycie wstecz? A jeśli same jesteście mamami – jak myślicie, jak wasze dzieci będą kiedyś wspominać swoje dzieciństwo i was? Z uśmiechem, ze łzą w oku, czy może z myślą: „mamo, naprawdę, papierowe talerze przez rok?

  • Zaczynam się zastanawiać, ile razy można o mnie czytać i się nie znudzić. Ale hej – skoro jesteście tu i nadal klikacie, to może jednak warto? Może moje życie to taki tasiemiec Netflixa – niby się człowiek zastanawia, po co to ogląda, a jednak ogląda dalej, bo ciekawość wygrywa.

    Mam 44 lata, lubię pisać i, jak już wiecie, najczęściej piszę o sobie. Nie dlatego, że nie ma innych tematów na świecie – są! Tylko że jak zaczynam o nich myśleć, to wychodzi mi coś w stylu: „nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem”. Więc wracam do tego, co znam najlepiej – do siebie. (Tak, wiem, pachnie narcyzmem. Ale spokojnie – nie tym klinicznym, tylko tym blogerskim 😅).
    Temat na dziś: macierzyństwo pod lupą

    Dziś będzie o tym, jaką byłam i jestem matką. I uwaga – to nie będzie laurka w stylu: „najlepsza mama na świecie, medal poproszę”. Nie. To będzie raczej brutalnie szczere spojrzenie krytycznym okiem.

    Bo macierzyństwo w moim wykonaniu to nie jest film reklamowy z uśmiechniętą mamą podającą dziecku ekologiczne marcheweczki w pastelowej kuchni. To bardziej czarna komedia:
    – ja kontra dzieci,
    – ja kontra moje wyobrażenia o byciu mamą,
    – i ja kontra psychologia, która mówi jedno, a życie pokazuje drugie.
    Co w planie?

    Postanowiłam, że będzie to czteroodcinkowa seria. Bo skoro mam troje dzieci, to każde zasługuje na swoją część (żeby potem nie było fochów w stylu: „o nim pisałaś więcej!” 🙄).
    – Odcinek 1: o tym, jakie byłam matką po raz pierwszy – świeżą, zagubioną i trochę w trybie „co ja tu robię”.
    – Odcinek 2: o tym, co się zmienia, kiedy pojawia się kolejne dziecko i nagle człowiek zaczyna udawać, że ma doświadczenie.
    – Odcinek 3: o najmłodszym, który dostał już „wersję demo” mnie jako matki – niby bardziej ogarniętą, a w praktyce bardziej zmęczoną.
    – Odcinek 4: podsumowanie, czyli wielki rachunek sumienia: co zrobiłam dobrze, co spieprzyłam i czy moje dzieci mają jeszcze szansę na terapię zamiast kryminału. 😅
    A teraz trochę „psychologii na luzie”

    Psychologowie mówią, że macierzyństwo to proces. Serio? Ja bym powiedziała, że to bardziej gra RPG:
    – na starcie dostajesz dziecko i 0 punktów doświadczenia,
    – uczysz się w locie (najczęściej na błędach),
    – zbierasz punkty cierpliwości, empatii i odporności na hałas,
    – a bossowie to: bunt dwulatka, dojrzewanie i pierwsze „mamo, ja wiem lepiej”.

    I jeszcze musisz pamiętać, że w tej grze nie ma opcji „save & load”. Jak coś pójdzie nie tak, to nie możesz wrócić do poprzedniego poziomu. Trzeba żyć z konsekwencjami.
    Dlaczego o tym piszę?

    Bo chcę spojrzeć na moje macierzyństwo szczerze. Nie po to, żeby się wybielać, ale żeby pokazać, że bycie mamą to nie bajka. To mieszanka błędów, prób, śmiechu i czasem łez. A jak się to wszystko opowie z humorem – to nagle okazuje się, że każda z nas ma podobnie.

    Więc… zapraszam do czytania kolejnych odcinków. Będzie trochę śmiechu, trochę psychologii i dużo autoironii. Bo jeśli matka nie ma dystansu do siebie, to kto ma?