• 👇scroll down to read in English 👇

    ⚠️ Na początku ważna uwaga, jak w filmach oparte na faktach:

    Ta historia oparta jest na prawdziwych wydarzeniach, ale niektóre elementy zostały celowo zmienione lub pominięte, aby chronić prywatność osób zaangażowanych.
    Imiona, szczegóły i konteksty zostały zmodyfikowane tak, by nie dało się nikogo zidentyfikować.
    Istotą pozostaje jednak to, jak działa — a raczej jak wygląda w praktyce — system ochrony dzieci w UK.



    Są takie dni w życiu, kiedy człowiek budzi się rano, pije kawę, planuje spokojny wieczór, może jakiś serial, może pranie… a potem o 16:00 dzwoni policja i pyta, czy mogą Ci przywieźć czternastoletnie dziecko znajomych, które nie bardzo wie, kim Ty jesteś, ale oni uznali, że Twój dom to bezpieczna przystań.
    No bo dlaczego nie, prawda?
    Inni w tym czasie dostają pizzę, kwiaty, paczki z Amazona, a ja? Ja dostaję nastolatkę z policyjnej dostawy „pod drzwi”.

    Tak zaczęły się moje ostatnie dwa dni.
    A że wszystko, co mnie w życiu spotyka, jest jak odcinek serialu, którego scenarzyści piją energetyki zamiast wody — to zapraszam. Opowiem Wam, jak wyglądało nocowanie obcego dziecka u mnie w domu, jak działa (a raczej nie działa) brytyjski system ochrony dzieci oraz jak wygląda chaos, kiedy ktoś myśli, że „Eliza ogarnie, bo Eliza zawsze ogarnia”.



    1. Telefon o 16:00, który przewrócił mi dzień do góry nogami

    Godzina 16:00.
    Dzwoni telefon. Numer zaczyna się od „101”. Od razu wiedziałam, że to nie telemarketer, co najwyżej inny rodzaj dramy. Odbieram, a tam policjantka z pytaniem:

    — Czy to prawda, że dziewczynka kiedyś u Pani była?
    — Kiedyś. Ze trzy lata temu.
    — Bo ona nie wie, kto to Eliza, ale uznajemy, że Pani dom jest bezpieczny.

    I wiecie co? Nie wiem, jakie testy oni zdają przed pracą, ale mam wrażenie, że jednym z nich jest „wyczuwanie, kto ma w sobie vibe matki, która będzie gotować pizzę o 23 i zmieniać pościel w pośpiechu”.

    Powiedziałam, że jeśli trzeba — to spoko, przyjmę.
    Bo ja nie jestem z tych, co odmówią, gdy chodzi o bezpieczeństwo dziecka.
    Ale też nie jestem z tych, co nie zapytają:

    — HALO, a gdzie system?
    — Gdzie pomoc?
    — Gdzie „procedura”?
    — Gdzie ktoś, kto przywiezie mi chociaż ulotkę z instrukcją obsługi nastolatki?

    Odpowiedzi brak.



    2. Godzina 19:00 — policyjny Uber przywozi mi dziecko

    O 19:00 policja wjeżdża pod mój dom. Wysiadła dziewczynka — czternastolatka — i pierwsze, co zobaczyłam, to dezorientacja na twarzy.
    I nie dziwię jej się ani trochę.
    Gdyby mnie ktoś w tym wieku wsadził do radiowozu i wysłał do obcych ludzi, których niby kiedyś widziałam, ale wcale nie pamiętam — to też byłabym w szoku.

    Policjanci weszli tylko do salonu i kuchni.
    Nie sprawdzili góry.
    Nie pytali za dużo.
    Nie chcieli poznać psa.
    W sumie nie chcieli niczego oprócz:

    — Kto gdzie będzie spał?
    — Czy domownicy są trzeźwi?
    — Czy macie miejsce?

    Zebrali dane ode mnie, córki, męża i Nikodema.
    Wytłumaczyli bardzo ogólnie, że była jakaś kłótnia, że ojczym zadzwonił po policję i że dziecko musi dziś spać poza domem.

    Zero szczegółów.
    Zero wskazówek.
    Zero papierów.
    Zero kontaktu później.

    To jest właśnie UK safeguarding 2025.
    Dziecko do rąk własnych — podpisów brak, instrukcji brak, ale powodzenia.



    3. Pierwsza noc – przestrzeń, cisza i obserwacja

    Ja, jako człowiek, który widział trochę traum i wie, że lepiej czasem nie naciskać, postanowiłam:

    Daję jej przestrzeń.

    Nie dopytuję.
    Nie wścibiam się.
    Nie pytam „co się stało?”.
    Pozwoliłam jej usiąść, poukładać myśli, odpocząć.

    Nie płakała.
    Nie panikowała.
    Nie wyglądała na przestraszoną.
    Bardziej… wyłączona.
    Jakby obserwowała świat zza szyby.

    Nie chciała jeść — ani pierwszego, ani drugiego wieczoru.
    Spała spokojnie — spokojniej niż ja.
    A mój stres osiągnął poziom: „mam w domu dziecko, za które jestem odpowiedzialna, choć nie wiem NIC o NICZYM”.

    Policja powiedziała tylko:

    — Jeśli ucieknie, dzwońcie.
    — Jeśli pojawi się ojczym, dzwońcie.

    Super.
    Dzięki za instrukcję.


    4. Druga noc — trochę rozmowy, ale wciąż dużo ciszy

    Drugiego dnia dostałam informację od… mamy dziewczynki (nie od social workera!), że noc numer dwa też u nas.

    Social worker nawet nie zadzwonił.
    Nie sprawdził.
    Nie zapytał.
    Nie interesował się niczym.

    Złość na system?
    Poziom 300%.

    Wieczorem dziewczynka przyszła tak jak poprzednio — tylko na noc.
    W dzień mogła robić, co chciała, gdzie chciała i z kim chciała.
    Co jest o tyle dziwne, że jeśli dziecko wymaga izolacji, to jakim cudem może przez cały dzień chodzić normalnie po mieście?

    UK logika.

    Tego wieczoru trochę porozmawiałyśmy.
    Nie o dramie — o życiu, o tym, jak jej minął dzień, o tym, czy woli spać z lampką.
    Oczy miała zmęczone, ale już bardziej obecne.
    Nie przebijała się jednak przez mur, który zbudowała.



    5. Dziecko, które nas nie pamiętało

    Najbardziej zdziwiło mnie to, że ona nie kojarzyła nikogo z mojej rodziny.
    Ani mnie.
    Ani córki.
    Ani Nikodema.

    Dla niej byliśmy nowi.
    Obcy.
    Przypadkowi.

    Córka, widząc jej minę, zapytała:

    — Co, nie wiesz, kim jestem?

    A ona:
    — Nie.

    I wtedy zrozumiałam, że jej mózg zrobił „emergency shutdown”.
    Odcięcie.
    Wymazanie.
    Ochrona przed czymś, czego nie znam, ale co musiało ją przytłoczyć.



    6. Moje emocje — rollercoaster bez pasów

    Dzień 1: Empatia 100%

    Stres, współczucie, chęć pomocy, adrenalina.

    Dzień 2: Empatia 0% (dla systemu, nie dla dziecka)

    Bo zobaczyłam, jak UK system działa tylko na papierze.
    Jak zostawia ludzi samych z odpowiedzialnością, która powinna być wspólną.

    Jak można zostawić dziecko w obcym domu na dwie noce,
    bez sprawdzenia tego domu,
    bez kontaktu,
    bez udzielenia wskazówek?

    Jak można nie zadzwonić następnego dnia?
    Nie spytać, czy dziecko żyje?
    Nie spytać, czy je?
    Czy mówi?
    Czy spało?

    To jest opieka?
    To jest safeguarding?

    To jest żart.



    7. A mama?

    Mama powiedziała tylko, że się pokłóciły.
    Że dziecko napisało do ojczyma.
    A ojczym zadzwonił po policję.

    I to tłumaczy, czemu policja chciała ją izolować.
    Ale to nie tłumaczy, czemu nikt nie skontaktował się później ze mną.



    8. UK law — teoria vs życie

    Na papierze:
    – sprawdzenie środowiska,
    – dokumentacja,
    – kontakt z rodziną zastępczą (tymczasową),
    – wsparcie,
    – monitoring.

    W praktyce:
    Przywożą, zostawiają, znikają.

    A ja zostaję jak sekretarka losu.



    9. Dwa dni później — cisza jak makiem zasiał

    Kiedy dziewczynka wróciła do domu, nikt do nas nie zadzwonił.

    Ani policja.
    Ani social worker.
    Ani nikt z instytucji.

    Jakby te dwa dni nigdy się nie wydarzyły.



    10. I co dalej?

    Nic.
    Dosłownie nic.

    Dziewczynka wróciła do swojego życia.
    Ja wróciłam do mojego.

    Tylko refleksja została:

    Jeśli ja — dorosła i ogarnięta życiowo — czułam się zagubiona, to co czuło dziecko?



    11. Podsumowanie

    Ostatnie dwa dni były lekcją, że system działa tylko wtedy, gdy akurat działa.
    Że ludzie dobrzy sercem robią robotę, którą powinny robić instytucje.
    Że empatia nie jest procedurą — tylko ludzkim odruchem.

    Nie żałuję, że ją przyjęłam.
    Ale ten chaos, brak kontaktu, brak wsparcia…
    To jest coś, o czym trzeba mówić.

    Bo system ma być kotwicą, a nie kolejnym powodem stresu.

    A dla mnie to była kolejna sytuacja, w której pomogłam najlepiej, jak umiałam — i pozostawiła mnie z myślą:

    „To dobrze, że mała miała u nas spokój, ale to straszne, że musiała.”

    Pl:A miało być spokojne popołudnie… ale policja uznała, że jestem Airbnb dla nastolatków.
    En: I was planning a quiet afternoon… but the police apparently decided I run a Teenager Airbnb.

    ⚠️ Before we begin — a film-style disclaimer:

    This story is based on real events, but certain details have been changed, blurred or omitted to protect the privacy of everyone involved.
    Names, timelines and personal information have been altered.
    The emotional truth and the experience of how the system works — or fails — remain exactly the same.



    There are days when you wake up thinking it’s going to be normal.
    A cup of coffee, a quiet evening, maybe a Netflix episode, maybe laundry…

    And then at 4 p.m., your phone rings.
    It’s the police.
    They ask if they can bring a fourteen-year-old girl — the child of someone you once knew — to your house for the night.

    A girl who does not remember who you are,
    doesn’t recognize your name,
    but apparently your home is considered safe.

    Because why not?
    Some people get flowers or Amazon parcels delivered.
    I get teenagers.

    And that’s how my last 48 hours started.

    My life really should have intro music like a TV series — preferably dramatic, with drums — because nothing, absolutely nothing, ever happens here in normal mode.

    Let me take you through these two intense days:
    how a stranger’s child ended up sleeping in my house,
    how the UK safeguarding system works on paper but not in real life,
    and how I became an accidental emergency foster carer without training, warning or instructions.

    Buckle up.



    1. The call at 4 p.m. that flipped my day upside down

    It was 16:00 when the phone rang.
    The caller ID: “101”.
    This is never good news. It’s either trouble or more trouble in a different flavour.

    A police officer asked calmly:

    — “Did this girl ever stay at your house?”
    — “Yes, years ago.”
    — “She doesn’t remember you, but we think your place is the safest option tonight.”

    Amazing.
    Some people win the lottery.
    I win system failures.

    They asked if I could take her for the night.
    And of course, I said yes — because when a child needs safety, you don’t play hero, you just do it.

    But in my head, I immediately asked the real question:

    Where is the system?
    Where is the plan?
    Where are the instructions?
    Where is ANY guidance for the adult who’s about to take responsibility for a child in crisis?

    Silence.



    2. At 7 p.m., the police deliver the child like a human Amazon parcel

    Around 19:00, they arrived.
    A police car in front of the house.
    A confused fourteen-year-old stepping out.
    She looked lost, disoriented, unsure where she was or why she was here.

    And I don’t blame her.
    If someone put me in a police car at fourteen and dropped me at a stranger’s house, I’d probably climb out through the window.

    The officers only stepped into the living room and kitchen.
    No upstairs check.
    No home examination.
    No deep questions.

    Just three things:

    — “Where will she sleep?”
    — “Are all adults sober?”
    — “Do you have space?”

    They took basic details from me, my daughter, my husband and my son.
    They gave us a vague, two-sentence explanation about a disagreement at home and the need to isolate her for the night.

    No documents.
    No written instructions.
    No guidance.
    No follow-up plan.

    Just:
    Here’s a child. Good luck.

    The UK safeguarding system at its finest.


    3. The first night — silence, space and observation

    I decided instantly:
    Give her space.

    No questions.
    No pressure.
    No emotional digging.
    No “Tell me everything that happened!”.

    I’m not a social worker.
    I’m not a therapist.
    I’m just a woman who was asked to give her a safe room for the night.

    She didn’t cry.
    She didn’t panic.
    She didn’t show fear.
    She looked… switched off.
    Disconnected.
    As if her brain put her on airplane mode.

    She didn’t want to eat — not the first night, not the second.
    And that’s OK. Stress kills appetite.

    She slept peacefully — more peacefully than I did.

    Because while she rested, I was thinking:
    I’m responsible for someone else’s child without ANY information whatsoever.

    The only instruction the police gave me was:

    — “If she runs away, call us.”
    — “If her stepfather comes here, call us.”

    Great.
    Very helpful.



    4. The second night — a bit of talking, but the wall stayed up

    The second night wasn’t planned — at least not from our side.
    I only found out she’d be staying again because her mother texted me.
    Not the social worker.
    Not the system.
    Not the officials.

    Her mother.

    The social worker didn’t call.
    Didn’t check.
    Didn’t ask.
    Didn’t verify.

    Just assumed I would take her again.

    My anger at the system?
    Level: volcanic.

    The girl returned late in the evening — same as before.
    During the day, she could go wherever she wanted.
    Which, honestly, makes zero sense.
    If a child needs isolation for safety, how is she free all day?

    But hey, UK loves its contradictions.

    That night she talked a little.
    Not about the drama.
    Just… simple things.
    How her day went, how she felt, what she likes.

    She kept her emotional walls up, but at least there was a bit of connection.



    5. A child who didn’t remember us at all

    The strangest part?
    She didn’t remember us.
    Not me.
    Not my daughter.
    Not my son.
    Not the house.

    She had been here years ago, but for her, we were complete strangers.

    My daughter joked:

    — “You’ve grown since last time!”

    And the girl answered:
    — “I don’t know who you are.”

    That moment told me everything.
    Her mind was protecting her from something bigger than the situation itself.
    Memory shuts down sometimes when life becomes too much.



    6. My emotions — a rollercoaster with no seatbelts

    Day 1: maximum empathy.

    Concern.
    Protection.
    Worry.
    A sense of duty.

    Day 2: empathy for the system dropped to zero.

    Not because of the girl.
    But because of the complete organisational failure I witnessed.

    How can a child be left in a stranger’s home without:

    — a proper home check,
    — proper documentation,
    — follow-up,
    — support,
    — information,
    — or even one phone call?

    How can officials NOT call the next day?

    How can they NOT check if the child ate, slept, cried, ran away, or even survived the night?

    Safeguarding?
    On paper.
    Not in real life.


    7. What the mother said

    Her mum explained briefly:

    There was an argument.
    The girl messaged her stepfather.
    The stepfather called the police.

    And that’s all I know.
    And maybe that’s all I should know.


    8. UK law — the theory vs the messy reality

    The theory:
    The UK has brilliant safeguarding laws.
    Truly.
    On paper, they are the best in Europe.

    Every child in crisis should be:
    — evaluated,
    — documented,
    — placed safely,
    — checked on,
    — supported,
    — monitored.

    The reality:
    “Can she sleep at your place?
    Great.
    Bye.”

    No home inspection.
    No emergency support.
    No written safety plan.
    No social worker follow-up.

    Just a verbal exchange and blind hope that strangers can handle it.

    The gap between the law and reality is bigger than the English Channel.



    9. After two nights — complete silence

    After she went back home…
    Nothing.

    No calls.
    No checks.
    No questions.
    No interest.

    It’s as if the last two days were deleted from the system.

    And I keep thinking:

    Even if the system trusts me — shouldn’t it at least PRETEND to be involved?



    10. And what now?

    Nothing.
    Literally nothing.

    She went home.
    I went back to my life.
    And the system — or whatever that was — evaporated.

    But the thought remains:

    If I, a grown woman, felt confused, pressured and responsible without support…
    what must a fourteen-year-old feel?



    11. Final thoughts

    These last two days were a reminder of something I already knew, but didn’t want to accept:

    The system does not save children.
    People do.

    Ordinary people.
    People who just say “yes” when someone asks for help.
    People who improvise with what they have.
    People who create safety out of instinct, not procedure.

    I don’t regret taking her in — not for a second.
    She was safe, she slept peacefully, and she had a calm place for the night.
    That matters.

    But the chaos around it, the lack of structure, the zero communication…
    that is something I can’t ignore.

    Because safeguarding shouldn’t rely on luck.
    Or goodwill.
    Or “maybe everything will be fine”.

    Children deserve more.
    Families deserve more.
    People who step in deserve support — or at least a phone call.

    And if the system can’t manage that, then maybe it’s the system that needs saving.

  • 👇scroll down for English 👇

    Witajcie.
    Dzisiaj mam gorszy dzień.
    Taki dzień, że człowiek budzi się z energią starego ziemniaka, patrzy w lustro i zastanawia się, czy to on popsuł świat, czy świat popsuł jego.

    Ale wczoraj dwie osoby — moja kuzynka i moja koleżanka — poprosiły mnie, żebym opisała, co było dalej w Londynie.
    A jak kobiety mówią „chcemy ciąg dalszy”, to nawet jak mnie życie dziś mieli na kotlety, to siadam i piszę.

    A więc… wracamy do początku.
    Do momentu, kiedy zaczyna się moje „nowe życie”, które na początku wyglądało bardziej jak survival niż spełnianie marzeń.



    ⭐ DZIEŃ 1 — WITAJ W UK, CZYLI GŁOSY, DYM I PRZERAŻENIE

    Pierwsza noc.
    Nowy kraj.
    Nowi ludzie.
    Nowe realia.

    Budzą mnie głosy.
    Takie wiecie… spokojne? Motywujące? Pokrzepiające?

    Nie.
    Oczywiście, że nie.

    Budzą mnie głosy kategorii:

    — „I co dalej?”
    — „Po co ją tu przywiozłeś?”

    Otwieram oczy.
    Widzę ją — siedzi przy stole, skręca papierosy jakby układała plan na moje życie.
    Widzę jego — stoi jak potulny piesek, ale widać, że gotuje się w środku jak czajnik przed gwizdkiem.

    Ja siedzę na łóżku z twarzą typu „jestem uprzejma, nie zabijajcie mnie”.
    Zbieram się w sobie i mówię:

    — „Dzień dobry.”

    A ona:

    — „Ty wiesz, że ja się nie godzę, żebyś tu została.”

    No kurwa — witaj w Londynie.

    — „Domyślam się.” — wydusiłam.

    Na odchodnym pokazali mi strony do szukania pracy.
    I wyszli.

    Zostawili mnie w pokoju z walizką, stresem i myślą, czy przypadkiem nie powinnam wracać pierwszym lotem.



    ⭐ DZIEŃ 2 — MOJA PIERWSZA PRACA W UK: SPRZĄTANIE RESTAURACJI

    Następnego dnia zabrali mnie ze sobą do pracy.
    Tak ogarnęłam pierwszą pracę w UK — sprzątanie restauracji.

    Nie będę kłamać — mycie kibli nie było moim marzeniem.
    Ale było moją rzeczywistością.

    Podłogi kleiły się jak moje życie emocjonalne, stoliki pachniały jak wspomnienia po kiepskich imprezach, a w koszu znajdowałam rzeczy, które powinny być zakazane przez prawo.

    Ale była praca.
    Był cel.
    Był start.

    Dzięki temu poznałam Londyn od strony, o której w gazetkach turystycznych nie piszą — zaplecza, śmieci, nocy, ludzi kończących pracę o 3 nad ranem i życia, które wygląda inaczej zza kulis.

    I wtedy pojawiła się informacja, która brzmiała jak wygrana w totka:

    „The Ivy Marylebone szuka ludzi do kuchni.”

    A że byłam z gastronomii — to od razu wiedziałam:
    muszę spróbować.


    ⭐ DZIEŃ 3 — INTERVIEW W THE IVY I KOSZMAR METRA


    160 funtów.

    To było wszystko, co miałam.
    Po tygodniu… nie miałam już nic.

    Bo nikt nie powiedział mi o karcie Oyster, która zaoszczędziłaby mi majątek.
    Więc kupowałam bilety pojedyncze do metra za takie kwoty, że dziś bym się śmiała, a wtedy chciało mi się płakać.

    Ale pojechałam.

    Wchodzę do The Ivy.
    Widzę dwie Polki — anioły zesłane nie z nieba, ale z piekła emigracji, ale nadal MOJE.
    One mi wszystko tłumaczyły, uspokajały, pomagały.

    Szef kuchni —  był normalnym człowiekiem.
    Nie krzyczał.
    Nie gadał jak robot.
    Po prostu rozmawiał.

    Po chwili mówi:

    — „Możesz pracować. Jeden warunek: konto w banku.”

    Oczywiście, że nie miałam.

    Zaczęła się misja: konto albo śmierć.



    ⭐ KONTO – LEVEL BREXIT

    Bank 1:

    — „Nie da się.”

    Bank 2:

    — „Brexit.”

    Bank 3:

    — „Adres.”

    Bank 4:

    — „Potrzebne dokumenty.”

    Miałam ochotę zapytać:

    „A numer buta też wam potrzebny, czy tylko chcecie mnie zdenerwować?”

    W jednym z banków pracował Polak — ochroniarz.
    Zobaczył mnie, podszedł:

    — „Co się dzieje?”

    Wszystko mu opowiedziałam.

    A on:

    — „Wracaj do pracodawcy. Niech dadzą list. Idź z tym do HSBC. Oni to biorą.”

    I tak zrobiłam.

    W The Ivy wystawili mi list od ręki.
    Jakby wiedzieli, że bez tego utknę na stacji metra do końca życia.

    Z listem do HSBC.

    I…
    konto otwarte.

    Cztery dni po przylocie.

    A ja już miałam:

    ✔ sprzątanie
    ✔ The Ivy
    ✔ konto
    ✔ dopiero co zaczęte życie
    ✔ i… zero pieniędzy

    Bo prawda była taka:

    ⭐ Obie prace płaciły co 4 tygodnie.

    Tak.
    Cały miesiąc musiałam przeżyć, zanim zobaczyłam pierwsze pieniądze.

    Jak to usłyszałam, to aż się zaśmiałam z desperacji.
    To był taki śmiech, który mówi:

    „Nie mam już nic do stracenia, więc śmieję się, zanim zacznę płakać.”



    ⭐ DZIEŃ 4 — LONDYŃSKA ODYSEJA 15 MIL BEZ MAPY I PIENIĘDZY

    I wreszcie moment, który był jak scena z filmu.

    Wychodzę z banku.
    Dzwonię do męża — opowiadam mu wszystko, jestem szczęśliwa, dumna, pełna nadziei.

    Idę na autobus.

    Sięgam do kieszeni…

    NIC.
    ZERO.
    PUSTO.

    Nie wzięłam pieniędzy.

    Kierowca:

    — „No ticket, no entry.”

    I zamknął drzwi.

    A mój telefon powiedział:

    LOW BATTERY.

    Dzwonię do męża:

    — „Nie mam pieniędzy, nie mam mapy, jak wrócę?”
    A on:
    — „Ogarnij mapę.”

    MAPĘ?!
    Tutaj?
    Gdzie nawet w sklepie nie mieli papierowej?

    I tak zaczęła się najgorsza podróż mojego życia.


    ⭐ 15 MIL.

    PIESZO.
    PRZEZ LONDYN.
    BEZ KASY.
    BEZ MAPY.
    BEZ NADZIEI.
    Z MĘŻEM W POLSCE JAKO GPS.

    On – w Polsce – na komputerze.
    Ja – w Londynie – na ulicy.
    Telefon – na ostatnich procentach życia.

    On:

    — „Idź w stronę Oxford Street.”
    Ja:
    — „A GDZIE TO JEST?!”

    Ludzie pędzili.
    Nikt nie miał czasu.
    Pytałam o drogę po angielsku, po polsku, po migowym.
    Czasem liczyłam, że ktoś odczyta moje myśli.

    Telefon włączałam tylko na kilka sekund.
    Podawałam mu nazwy ulic.
    On mnie prowadził.

    Szłam.
    I szłam.
    I szłam.

    15 mil.
    Nogi bolały jakbym biegła maraton na kolanach.
    Strach gryzł mnie od środka.
    Ulice wyglądały identycznie.
    Z każdym krokiem myślałam:

    „To jest koniec. Tu umrę.”

    A mój mąż tylko powtarzał:

    — „Idź do następnej ulicy. Powiedz mi nazwę. Ja cię poprowadzę.”

    I tak właśnie – ulica po ulicy – szłam przez miasto.

    Aż w końcu…

    ⭐ Dopiero 30 minut OD DOMU… udało mu się wyprowadzić mnie na dobrą trasę.

    Nie 30 minut drogi.
    Nie 30 minut spaceru.

    WYPROWADZIŁ MNIE dopiero gdy byłam 30 minut OD domu – po przejściu 15 mil.

    Szłam już wtedy jak robot.
    Telefon miał 1%.
    Ja miałam 0%.

    Ale weszłam.
    Zamknęłam drzwi.

    I powiedziałam głośno:

    „Kurwa. Przeżyłam.”



    ⭐ EPILOG: DWIE PRACE, ZERO KASY, CZTERY DNI, JEDNO ŻYCIE

    Dla porządku:

    ✔ pierwsza praca – sprzątanie
    ✔ druga praca – The Ivy jako kucharz
    ✔ obie ogarnięte w 4 dni
    ✔ pierwsza wypłata za 4 tygodnie
    ✔ a ja – młoda, przerażona, ale twarda jak głaz

    I zaczęło się życie, którego nie pokazuje żaden instagram:

    pobudka 4:30
    sprzątanie od 6
    The Ivy do północy
    śmiech
    płacz
    nerwy
    przetrwanie

    A jednak – dałam radę.
    Bo emigracja nauczyła mnie jednego:

    Jak nie upadniesz – to cię życie samo przewróci.
    Ale jak wstaniesz – to już stoisz mocniej niż wszyscy.


    ⭐ A morał?

    Tata mówił:

    „Koniec języka za przewodnika.”

    A ja mówię:

    „A jak nie znasz języka – licz na męża jako GPS.”

    Bo czasem jedna osoba po drugiej stronie telefonu
    potrafi przeprowadzić cię przez labirynt,
    z którego nie wyprowadziłby cię nawet Google Maps.



    Hello, everyone.
    Today I’m havin

    g one of those bad days.
    The kind of day when you wake up with the energy of an old potato, look in the mirror and wonder whether you ruined the world, or the world ruined you.

    But yesterday two people — my cousin and my friend — asked me to write what happened next in London.
    And when two women say “we want the continuation”, then even if life is grinding me into cutlets today, I sit down and write.

    So… let’s go back to the beginning.
    To the moment when my “new life” started — a life that, at first, looked more like pure survival than dreams coming true.



    The first night.
    New country.
    New people.
    New reality.

    I wake up to voices.
    You know, the calm, motivational kind? Encouraging? Gentle?

    No.
    Of course not.

    I woke up to voices like:

    — “And now what?”
    — “Why did you bring her here?”

    I open my eyes.
    I see her sitting at the table, rolling cigarettes like she’s planning my future with tobacco.
    I see him — standing there like a quiet little puppy, but boiling on the inside like a kettle ready to whistle.

    I sit on the bed with the expression of someone thinking, “I’m polite, please don’t kill me.”
    I gather myself and say:

    — “Good morning.”

    And she goes:

    — “You know I don’t agree for you to stay here, right?”

    Well, fuck — welcome to London.

    — “I figured,” I muttered.

    They showed me some websites to search for jobs, then left.
    Just like that — leaving me alone with my suitcase, my stress and the thought that maybe I should’ve taken the first flight back home.



    The next day they took me with them to work.
    And that’s how I got my first job in the UK — cleaning restaurants.

    I’m not gonna lie — scrubbing toilets was not my dream.
    But it was my reality.

    The floors were sticky like my emotional life, the tables smelled like the aftermath of bad parties, and in the bins I found things that should probably be illegal.

    But it was a job.
    It was a start.
    It was survival.

    Thanks to that job, I saw London from a side you’ll never find in tourist brochures — the backrooms, the garbage, the night shifts, the people finishing work at 3 a.m. and a life that looks completely different behind the scenes.

    And then came the news that felt like winning the lottery:

    “The Ivy Marylebone is looking for kitchen staff.”

    And because I’m a trained cook — I knew instantly:
    I had to try.



    160 pounds.

    That was all I had.
    And after a week… I had nothing.

    Because no one told me about the Oyster card that would’ve saved me a fortune.
    So I bought single metro tickets that cost so much, that today I would laugh — but back then I wanted to cry.

    But I went.

    I walked into The Ivy.
    I saw two Polish girls — angels sent not from heaven, but from the hell of immigration, yet still MY people.
    They explained everything, calmed me down, helped me.

    The head chef was a normal person.
    He didn’t shout.
    He didn’t talk like a robot.
    He just spoke like a human being.

    And then he said:

    — “You can work. One condition: you need a bank account.”

    Of course I didn’t have one.

    So the mission began: bank account or death.



    Bank 1:
    “Can’t do it.”

    Bank 2:
    “Brexit.”

    Bank 3:
    “Address.”

    Bank 4:
    “Documents.”

    I felt like asking:
    “Do you also need my shoe size or are you just trying to piss me off?”

    In one of the banks, a Polish security guard saw me.
    He looked at my face and understood everything without explanation.

    — “What’s going on?” he asked.

    I told him everything.

    And he said:
    “Go back to the employer. Ask for a letter. Then go to HSBC. They take those.”

    So I did.

    The Ivy gave me the letter immediately — like they knew I’d be stuck in a metro station forever without it.

    I went to HSBC.

    And…
    account opened.

    Four days after landing in the UK, I already had:

    ✔ a cleaning job
    ✔ The Ivy
    ✔ a bank account
    ✔ a life barely started
    ✔ and… zero money

    Because the truth was:

    Both jobs paid every 4 weeks.

    A whole month of surviving before seeing the first penny.

    When I heard that, I laughed.
    But it was the kind of laugh you make right before crying into your pillow.



    And then came the scene worthy of a movie.

    I walked out of the bank.
    Called my husband — he was in Poland, I was in London.
    I told him everything, I felt proud, hopeful.

    I went to the bus stop.
    Reached into my pocket…

    NOTHING.
    EMPTY.
    ZERO.

    I didn’t take any money.

    The driver looked at me and said:

    — “No ticket, no entry.”

    And closed the door.

    At the exact same second, my phone displayed:

    LOW BATTERY.

    I called my husband:

    — “I have no money, no map, how do I get home?”
    And he said:
    — “Find a map.”

    A MAP?!
    Here?!
    Where stores didn’t even have a paper one?!

    And so began the worst journey of my life.



    15 miles.

    On foot.
    Through London.
    With no money.
    No map.
    No hope.
    And my husband in Poland as my GPS.

    He sat in Poland with Google Maps open on his computer.
    I stood in London on the street with a phone on its last breaths.

    He:
    — “Go toward Oxford Street.”

    Me:
    — “WHERE THE HELL IS THAT?!”

    People rushed past me.
    No one had time.
    I asked for directions in English, Polish, hand signals — and sometimes I hoped someone would read my mind.

    I turned the phone on only for a few seconds.
    I read him the street names.
    He guided me.

    I walked.
    And walked.
    And walked.

    15 miles.
    My legs burned like I was crawling a marathon on my knees.
    Fear ate me alive.
    The streets looked identical.
    Every corner looked wrong.

    I thought:

    “This is it. I’m going to die here.”

    But my husband kept saying:

    — “Go to the next street. Tell me the name. I’ll guide you.”

    And that’s how we did it — street by street — across the whole damn city.

    Until finally…

    Only 30 minutes from home he managed to find a proper route.

    Not a 30-minute walk.
    Not a “you’re close.”

    He only managed to locate me and guide me
    when I was ALREADY 30 minutes from the house — after walking 15 miles.

    I walked the last stretch like a robot.
    My phone had 1% battery.
    I had 0%.

    But I made it.
    I closed the door behind me.

    And I said, loudly:

    “Fuck. I survived.”


    For the record:

    ✔ first job – cleaning
    ✔ second job – The Ivy as a cook
    ✔ both landed within 4 days
    ✔ first paycheck after 4 weeks
    ✔ young, terrified, broke — but tougher than nails

    And then came the life no Instagram ever shows:

    4:30 a.m. wake-up
    cleaning from 6
    The Ivy until midnight
    laughing
    crying
    panic
    survival

    But I made it.
    Because immigration taught me one thing:

    If you don’t fall — life will trip you anyway.
    But if you get up — you’ll stand stronger than anyone.

    My dad always said:
    “The end of your tongue is your guide.”

    And I say:
    “And when you don’t know the language — rely on your husband as your GPS.”

    Because sometimes one person on the other end of the phone
    can lead you out of a labyrinth
    that even Google Maps wouldn’t manage.

  • 👇scroll down for English 👇

    Są takie dni, kiedy człowiek budzi się rano, patrzy w lustro i mówi do siebie:
    „Dzisiaj będzie normalnie.”

    I wiecie co?
    Nie, nie będzie.

    Bo kiedy ja mówię normalnie, Wszechświat słyszy:
    „Proszę, zróbmy z niej bohaterkę komedii improwizowanej.”

    Wstęp naukowy, czyli dlaczego czasem mózg nie łączy z rzeczywistością

    Zanim przejdę do historii o polskiej poczcie, brexicie i kobiecie, którą los ewidentnie testował, muszę Wam powiedzieć jedno:
    naukowcy mają na to nazwę.

    Kiedy ręka robi jedno, mózg myśli drugie, a usta mówią trzecie — to nie jest głupota.
    To jest:
    „interferencja poznawcza wynikająca z przeciążenia przetwarzania bodźców.”

    Brzmi mądrze, prawda?
    W praktyce oznacza to mniej więcej tyle:
    „Za dużo rzeczy naraz, więc system operacyjny Homo Sapiens laguje jak Windows 95.”

    Dziękuję nauce.
    Ja wiedziałam, że coś jest na rzeczy.



    Niedziela, poniedziałek… i znowu święto. Polska logika dni wolnych

    Miałam to szczęście (lub pecha), że w Polsce byłam idealnie w dzień, który święcił triumf zamkniętych sklepów, urzędów i możliwości załatwienia czegokolwiek.

    9-ty niedziela — wszystko zamknięte.
    10-ty poniedziałek — jedyne okno życia, żeby cokolwiek ogarnąć.
    11-ty — znowu święto.

    Polska w pigułce.
    Człowiek się czuje jak w Escape Roomie:
    Masz 24 godziny, żeby przetrwać i wysłać książkę.



    Rano: deszcz, syn, jego dziewczyna i ja — czyli polski film obyczajowy

    Ranek zaczął się pięknie. Syn z dziewczyną przyjechali po mnie do hotelu, deszcz lał jak z cebra, ale przynajmniej nie było zimno.

    Odwieźliśmy dziewczynę syna do pracy, a potem wracaliśmy do niego na śniadanie.
    Po drodze mówię:

    — Zjedziemy na pocztę. Muszę wysłać książkę.

    Syn bez słowa odbił w prawo, jakby to był plan od rana.
    Dziecko wie, że jak matka coś powie, to lepiej zrobić od razu, bo potem będzie gorzej.



    Poczta. Lombard. Pierścionki. I ja, matka, która zawsze „musi zapytać.”

    Parę kroków od poczty mijamy lombard. A tam pierścionki.

    No i się zaczęło.
    Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie zapytała syna, czy planują z dziewczyną ślub.

    On tylko przewrócił oczami.
    Ale śmialiśmy się całą drogę do wejścia.



    Kolejki. Polska klasyka.

    Weszliśmy do środka i…
    nic się nie zmieniło.

    Kolejki jak dawniej.
    Wpół do dziesiątej rano, a tam żywy przekrój społeczeństwa.

    Syn ustawił się w kolejce, a ja poszłam szukać koperty.

    I tu pojawia się pierwszy powód, dla którego mózg mi się zaciął.



    Brexit pozdrawia: „Nie masz internetu, kobieto.”

    Wyciągam telefon, bo adres miałam na mailu.
    Klikam.
    Otwieram.
    A tam…
    NIC.

    Moja brytyjska sieć stwierdziła:
    „Jesteś poza UK? To radź sobie sama.”

    Mówię do syna:

    — Daj mi internet, bo jak nie, to ta książka wróci ze mną w plecaku.

    Za nami w kolejce stała pani, która słuchała naszych rozmów i chichotała.



    Długopisy ozdobne, nie długopisy do pisania

    Mając już internet, wzięłam długopis z okienka.
    Wiecie, te długopisy na sznureczku.

    No i zgadnijcie co?
    Nie działa.

    Pani stojąca za nami tylko westchnęła i mówi:

    — Normalne. Oni tu wystawiają długopisy bez wkładu.

    Sory, ale ja do dziś myślałam, że długopis służy do pisania, nie do dekoracji lady.

    Na szczęście pani pożyczyła mi swój.
    Dziękuję anonimowej bohaterce!



    Adres. Koperta. I moja ręka, która pisała co innego niż mózg chciał.

    Zaczynam wpisywać adres z maila.
    Wszystko pięknie.
    Zdzisia Kowalska, Al. Dymki 15/16, 60-243…

    I mózg mówi:
    „KRAKÓW.”

    Ręka pisze:
    „WARSZAWA.”

    I bądź tu człowiekiem.

    Na  kopercie wpisałam adres odbiorcy.
    W rogu — swój adres z Anglii.
    Z przyzwyczajenia.

    Syn do mnie:
    — Mamo, serio?

    A ja:
    — No zapomniałam się.



    Okienko. Pani. I pytanie, które ją rozwaliło.

    Podchodzę do okienka, jak królowa niosąca berło (czyli kopertę z książką).

    Pani mówi:

    — Chce pani zwykłym, czy… tym drugim?

    Zapominam nazwę, ale pytam:

    — A czym to się różni?

    Pani:

    — Będą się bardziej troszczyć o tę przesyłkę.

    W mojej głowie pojawił się obraz listonosza prowadzącego wózek wyłożony poduszkami, żeby książce było miękko.

    — Poproszę to troszczenie się — mówię.

    Zapłaciłam kartą.

    I wtedy popełniłam błąd życia.

    Patrzę na panią i mówię:

    — A ta przesyłka na pewno dojdzie do Krakowa?

    Pani spojrzała na mnie jak na UFO.

    Syn już się skręcał ze śmiechu:

    — Mamo! Ty chciałaś ją wysłać do Warszawy, bo taki adres wpisałaś!

    Patrzę na kopertę. Patrzę na syna. Patrzę na panią.
    I tu się zaczęło gaszenie śmiechem.

    Pół okienka pękło razem ze mną.



    Naukowy wniosek końcowy, czyli dlaczego mózg czasem bierze wolne

    Po tej akcji zaczęłam się zastanawiać, jak to możliwe, że patrząc na adres, pisząc go poprawnie, ja w głowie miałam zupełnie inne miasto.

    I tu wracamy do nauki.

    To się nazywa „konfabulacja kierunkowa pamięci krótkotrwałej pod wpływem stresora.”

    Co oznacza:
    „Za dużo bodźców, za dużo śmiechu, za dużo pytań pani z poczty — i mózg podpowiada losowe miasta.”

    Czyli wszystko jest w normie.


    Podsumowanie: książka żyje, idzie, a ja mam nową historię na bloga

    Najważniejsze jest jedno:
    adres był dobry.
    Książka ruszyła w świat.
    A ja i mój syn pół dnia płakaliśmy ze śmiechu, bo ręka, mózg i rzeczywistość kompletnie się nie zgrały.

    Ale wiecie co?
    Właśnie za takie momenty kocham życie.
    Bo nuda ze mną nie istnieje.
    Nawet prosta czynność — wysłanie książki — zamienia się w odcinek serialu komediowego.

    I to jest piękne.

    Post office

    There are days when you wake up, look in the mirror, and tell yourself:
    “Today will be normal.”

    And you know what?
    No, it won’t.

    Because when I say “normal,” the Universe hears:
    “Please turn my life into an improvised comedy show.”



    Scientific introduction — why the brain sometimes refuses to cooperate

    Before I jump into the full story about the Polish Post, Brexit, and a woman who clearly had her brain running in airplane mode, I need to say one thing:

    Scientists actually have a name for this phenomenon.

    When your hand does one thing, your brain thinks another, and your mouth says something completely different — it’s not stupidity.

    It’s called:
    “Cognitive interference caused by stimulus overload.”

    Sounds impressive, right?

    In practice, it means:
    “Too much going on at once, so the human operating system lags like Windows 95.”

    Thank you, science.
    I knew something was off.



    Sunday, Monday… and another holiday. Polish calendar logic.

    I had the pleasure (or misfortune) of being in Poland during the holy trinity of days when NOTHING can be done.

    9th — Sunday, everything closed.
    10th — Monday, the only window of opportunity to get things done.
    11th — another holiday.

    Poland condensed into three days.
    It feels like an Escape Room:
    You have 24 hours to survive and send a single book.



    Morning: rain, my son, his girlfriend, and me — a typical Polish family movie

    The day actually started nicely.
    My son and his girlfriend picked me up from the hotel; it was raining, but at least it wasn’t cold.

    We dropped her off at work, and then the plan was to return home for breakfast.

    On the way I said:

    — Let’s stop by the post office. I need to send the book.

    My son immediately turned right.
    He knows me well.
    When I say something, better do it instantly before I come up with something worse.



    The pawn shop, the rings, and me — the mother who MUST ask

    A few steps from the post office we passed a pawn shop.
    Beautiful rings in the window.

    Of course I had to ask my son what their plans were — engagement, wedding, anything?

    He rolled his eyes so hard he almost saw his brain, but we laughed all the way to the entrance.



    Queues. A Polish trademark.

    We walked inside and…
    nothing has changed.

    Polish Post Office queues remain immortal.
    It was just after 9AM and already a full cast of Polish society was waiting.

    My son took his place in line.
    I went searching for an envelope.

    And here comes the first reason why my brain crashed.



    Brexit says hello: “You’re outside the UK, deal with it.”

    I took out my phone because the address was in my email.
    I tapped.
    I opened.

    And then…
    nothing.

    My British network apparently decided:

    “You’re not in the UK? Not my problem.”

    I turned to my son:

    — Share your internet, please. Otherwise this book goes back home with me.

    Behind us stood a lady who listened to everything and quietly laughed.



    Decorative pens, not pens for writing

    With the internet working, I grabbed one of those pens attached to a string at the counter.

    Of course,
    it didn’t work.

    The lady behind us sighed and said:

    — Oh, that’s normal. They put out pens with no ink.

    Sorry, but all my life I thought pens were for writing, not for decorating counters.

    She kindly offered me her pen.
    A true hero.



    The address, the envelope, and my hand writing one city while my brain screamed another

    I started writing the address from the email.
    Everything going well.

    Zdzisia Kowalska, Al. Dymki 15/16, 60-243…

    My brain:
    “KRAKÓW.”

    My hand:
    “WARSZAWA.”

    Be normal in that situation.

    On the front I wrote the receiver’s address.
    On the back — my English address.
    Out of habit.

    My son:
    — Mum, seriously?

    Me:
    — That’s where we put it in England…



    The window. The lady. And the question that destroyed her.

    I walked to the counter holding the envelope like a royal sceptre.

    The clerk asked:

    — Would you like to send it regular, or… the other option?

    I don’t remember the exact name, so I asked:

    — What’s the difference?

    She replied:

    — They’ll take extra care of it.

    In my head I saw a postman pushing a small cart lined with pillows so the book wouldn’t bruise itself.

    — Yes, please. Let them take care of it.

    I paid by card.

    And then I asked the fatal question.

    The question that shattered the clerk’s soul:

    — And this package… it will reach Kraków for sure, right?

    She looked at me like I came from Mars.

    My son burst out laughing:

    — Mum! You wrote WARSZAWA on the envelope!

    I looked at the envelope.
    Then at my son.
    Then at the clerk.

    And that was it.
    We all broke down laughing.

    The whole post office probably heard us.



    The scientific conclusion — why the brain sometimes takes a vacation

    After that chaos I kept wondering how it was possible that I was looking at the address, writing the address correctly, yet my brain insisted on another city entirely.

    And once again — science explains it.

    It’s called:
    “Directional confabulation of short-term memory under a stressor.”

    Meaning:
    Too many stimuli, too much laughing, too many questions from the clerk — and the brain picks a random city from the map.

    So yes, I’m perfectly normal.



    In the end: the book is alive, traveling, and I have another comedy episode to tell

    Here’s what truly matters:

    The address was correct.
    The book is on its way.
    And my son and I spent half the day crying from laughter because my brain and my hand were on completely different frequencies.

    And honestly?

    I love moments like these.

    Because with me, boredom simply doesn’t exist.
    Even sending a simple book turns into a full-blown sitcom episode.

    And that, my friends, is the beauty of life.