• Kiedy pakowałam walizkę do Anglii, miałam wrażenie, że to największa decyzja mojego życia: czy upchnąć dodatkowe buty, czy jednak postawić na słoik ogórków od cioci. Serio, wtedy wydawało mi się, że to najcięższy bagaż. Nie wiedziałam jeszcze, że prawdziwy ciężar poleci ze mną za darmo – polska mentalność. Ona nie stoi w kolejce, nie pyta, nie płaci za nadbagaż. Ona siada obok ciebie i szepcze: „A co ludzie powiedzą?”. I nagle lądujesz w nowym kraju z poczuciem, że walizki rozpakowałaś, ale ta największa – ta w głowie – dalej jest pełna.

    W Polsce całe życie słyszałam, że jestem „nie taka”. Za głośna, za cicha, za zdolna, za leniwa. Zawsze za coś. A jak połamałam dwa zęby z przodu – tak, przy jedzeniu, bo kto by się spodziewał, że kotlet schabowy może być narzędziem zbrodni – to już w ogóle. W Polsce? Byłabym lokalną atrakcją: „Patrzcie, ta bez zębów!”. W UK? Zero reakcji. Nikt nie robi afery. Może dlatego, że tu co drugi wygląda, jakby miał podobne przejścia.

    Pierwsze dni w Anglii były jak wejście do alternatywnej rzeczywistości. Wchodzę do Tesco, a tam ludzie w piżamach. Normalnie, w kapciach, z kawą w ręku, jakby wyszli prosto z łóżka. I co? I nic. Nikt nie robi zdjęć, nikt nie szepcze: „widziałeś ją?”. Kasjerka mówi do mnie „love”, jakbym była jej kuzynką, a kierowca, który prawie mnie potrącił, przeprasza uśmiechem. I wtedy do mnie dotarło, że największym benefitem emigracji nie są funty, nie benefity, nie podatki. Największym benefitem jest spokój psychiczny. Ten luksus, że możesz być sobą i nikogo to nie obchodzi.

    Oczywiście, nie wszyscy się tak szybko przestawiają. Polacy tutaj dzielą się na dwie grupy. Pierwsza: ci, którzy odetchnęli i nauczyli się żyć bez spiny. Druga: ci, którzy niby mieszkają w UK, ale mentalnie dalej siedzą na klatce schodowej w Polsce. I to właśnie dlatego omijam polskie dzielnice. Bo tam wciąż słyszysz: „Angole są tacy i owacy”, „Ja tu tylko zarobię i wracam” (powtarzane od 2007 roku), „Ale w Polsce było lepiej”. I człowiek ma wrażenie, że wyjechał, ale jednak nie.



    Weźmy mojego męża. On jest przykładem na to, że mentalności nie zmienia się z dnia na dzień. Sam mówi: „Nie umiałbym już żyć w Polsce”, ale polska telewizja dalej gra w tle. Za dużo wiadomości, za dużo analiz, kto się pokłócił w sejmie. Czasem patrzę na niego i mam wrażenie, że niby siedzi w Anglii, ale mentalnie dalej na kanapie w Polsce, z pilotem w ręce. Narzeka: że ten polityk to, a tamten tamto. Ale coraz mniej. Najważniejsze, że coraz częściej powtarza: „Jestem tu szczęśliwy”. I to się liczy. Ja mam wolność, on ma TVP Info. Każdy leczy się jak umie.

    A teraz urzędy. W Polsce, żeby coś załatwić, musisz zebrać podpisy, pieczątki i najlepiej świadków. Urzędniczka patrzy na ciebie jak na intruza. W UK? Klikasz formularz online. Jak nie działa, wyskakuje: „sorry, try again tomorrow”. I serio, próbujesz jutro. Zero krzyku, zero nerwów. W Polsce już byś miała za sobą trzy awantury i pięć kaw na uspokojenie.

    Służba zdrowia? Polska: kolejka do specjalisty na 2027 rok. UK: „Take paracetamol and rest, love”. I powiem wam, wolę to drugie. W Polsce lekarz potrafi cię wyśmiać, że przesadzasz. Tu nikt nie ocenia. Dostajesz tabletkę i idziesz do domu. Tak, wiem, ludzie narzekają, że GP nic nie robi, ale ja wolę ten luz. Nie ma poczucia winy, nie ma oskarżeń.

    Szkoła? W Polsce – masz czwórkę i od razu pytanie: „Dlaczego nie piątka?”. W UK twoje dziecko dostaje naklejkę „Good job” za próbę napisania litery „A”, która wygląda jak kartofel. I to jest piękne. Bo dzieci uczą się, że liczy się proces, a nie perfekcja.

    Praca? W Polsce pracujesz do upadłego, bo „na twoje miejsce jest dziesięciu innych”. W UK? „Not feeling well, love? Take a day off”. I świat się nie zawala. Tu człowiek to człowiek, a nie trybik w maszynie.

    A sąsiedzi? W Polsce sąsiadka wie, co jadłaś, co kupiłaś i kiedy powinnaś iść do fryzjera. W UK sąsiad zapyta „How are you?”, ale nawet nie wie, czy masz dzieci. I to jest cudowne.

    Do tego codzienne scenki. Pamiętam moje pierwsze zakupy w UK. Stoję przed kasą, a kasjerka zagaduje, pyta o dzień, mówi „darling”. A ja stoję, czerwona jak burak, i zastanawiam się, co ona ode mnie chce. W Polsce kasjerki patrzą, jakbyś ukradła im wolny dzień. Tutaj – jakbyś była najważniejszą osobą w kolejce.

    Albo wizyta u GP. Idę, tłumaczę objawy, czekam, aż dostanę listę badań, a on patrzy i mówi: „Paracetamol, love”. I tyle. Na początku byłam w szoku. Ale potem pomyślałam: lepsze to niż usłyszeć: „Proszę pani, pani przesadza”.

    Święta? W Polsce to maraton: sprzątanie, gotowanie, bieganie po sklepach, stres. W UK? Luz. Parę dań, śmiech, zero spiny. I nagle okazuje się, że można.

    Największa lekcja z emigracji? Że mogę być sobą. Nie muszę być idealna. Nie muszę udawać. Tu liczy się to, kim jestem, a nie to, ile ważę, ile zarabiam i jak wyglądam.

    I na koniec – anegdota. W Polsce nawet jak wygrasz w totolotka, sąsiad powie: „Na pewno oszukałaś”. W UK? Sąsiad powie: „Good for you, love” i pójdzie dalej w piżamie po mleko. I w tym tkwi cała różnica.

  • Godzina 15:00, ja na zakupach w przedświątecznym amoku, gdy nagle dzwoni agencja, z którą współpracujemy jako handyman services. Tekst klasyk: „Proszę, podjedźcie pod adres, trzeba zabezpieczyć drzwi, bo ktoś je wyłamał”.

    No to my w myślach: ekstra, dodatkowy grosz przed świętami się przyda – kilka minut roboty, 50 funtów w kieszeni, barszcz jeszcze zdążymy zjeść.



    Dojeżdżamy na miejsce i już przy wjeździe czujemy, że coś tu śmierdzi… a właściwie pachnie. I to nie barszczem, tylko zielonym „lasem tropikalnym”. Ścieżka do domu usłana liśćmi konopi, drzwi kompletnie rozwalone. Ja od razu myśl: konkurencja zrobiła im nalot.



    Grzesiek bierze się do roboty, stuka, puka, próbuje sklecić drzwi do kupy, a ja… no cóż, bawię się w fotografa i wysyłam zdjęcia do córki: „Wybierz sobie choinkę, bo mamy tu całą plantację – od mini po XL”. 🎄🌿

    Po 30 minutach mąż nagle mówi: „Ty, ktoś idzie…”
    Ja: „Spoko, pewnie właściciel”
    On: „Nie, policja” 🚔

    Choinek



    No i tu zaczyna się kabaret. Ja w panice kasuję zdjęcia wysłane do córki, bo już widzę siebie w TVP Info w wydaniu specjalnym. W Polsce to by nas skuli w pięć sekund i przesłuchali po świętach – jak dobrze pójdzie.

    A tu? „Good afternoon, what are you doing here?” – kilka pytań, bez stresu, nawet dokumentów nie chcieli. Mówili coś, że trzeba będzie odłączyć prąd. Mój mąż z sercem na dłoni: „To ja wam pomogę!”. Mina policjantów bezcenna: „No, maybe not, mate”. 😂

    Na koniec życzyli nam Merry Christmas i poszli dalej. My do auta, kilka przecznic dalej postój, żeby dojść do siebie i upewnić się, że naprawdę nie wylądowaliśmy w pace.

    Wróciliśmy do domu jak bohaterowie – szczęśliwi, że święta spędzimy w gronie rodziny, a nie na tak zwanym „dołku”. Policjanci byli bardziej rozbawieni niż my – chyba też uznali, że trafili na najlepszą plantację choinek ever.


    👉 A Wy? Mieliście kiedyś sytuację, że przypadkiem wpakowaliście się w coś, co wyglądało jak scena z filmu kryminalnego, a skończyło się tylko śmiechem? 😅

  • Witajcie, dziś będzie o moim mężu. Tak, tym samym, który już 17 lat dzielnie znosi moją obecność (zamykając się w 19 – to już prawie wyrok, ale bez możliwości apelacji).

    Od samego początku nie miał ze mną lekko. Bo wiecie, jak to jest – niezależna kobieta w domu i nagle pojawia się facet, który próbuje jej udowodnić, że to on nosi spodnie. No cóż… musiał się naprawdę napocić, żeby przekonać mnie, że nie jestem w tym domu generałem. A raczej, że nie jestem jedynym generałem.



    Do naszego życia wprowadził się po 6 miesiącach znajomości. On sam jeden, a my już trójka – ja i dwójka dzieci. Facet miał odwagę. Albo nie miał wyobraźni – do dziś nie wiem.

    I tu pojawił się kolejny problem: jak być mężczyzną przy kobiecie, która bez względu na wszystko i tak sama wszystko zrobi, nie prosząc o pomoc? To była dla niego chyba najcięższa lekcja.

    Po 2 latach małżeństwa mój mąż… no cóż… trochę się pogubił. Był skolowany i nie wiedział, jak „ugryźć” wariatkę, którą poślubił. Ale trzeba mu oddać – radził sobie lepiej niż ja.

    Dopiero po 12 latach, kiedy trafiłam na terapię psychologiczną, dotarło do mnie, że mój mąż nie jest moim wrogiem. Że mogę się otworzyć i naprawdę z nim pogadać. Że skoro wytrzymał ze mną tyle lat, to chyba coś w tym musi być.

    Po wielu rozmowach i jego wsparciu zobaczyłam w nim nie tylko męża, ale i najlepszego przyjaciela. Teraz wiem, że zawsze mogę na niego liczyć.

    Kiedyś zapytałam go:
    – Jak ty to wszystko ze mną wytrzymałeś?
    A on na to:
    – Było ciężko… ale warto. Zawsze wiedziałem, że jesteś dla mnie odpowiednia, tylko trochę zagubiona.



    I wiecie co? Ma rację.

    Dlatego – jeśli macie swoje traumy, przeszłość, ciężary, które nosicie – nie zamykajcie ich w sobie. Może się okazać, że ten facet obok, co chrapie, zostawia skarpetki na podłodze i doprowadza was do szału… jest tak naprawdę waszym najlepszym przyjacielem.

    👉 „No dobra, dziewczyny – przyznawać się! Która z Was też robi wszystko sama, a potem narzeka, że facet nie pomaga? 😂”

    👉 „A panowie – serio, jak to jest być mężczyzną przy kobiecie, która i tak zrobi wszystko po swojemu? Pytam za mojego męża 🤣”