• Poranek w wersji „ogarnę wszystko”. / Morning mode: I’ve got this.
    2:



    PL:
    Dwa dni temu opowiadałam Wam o Diwali – duchowym święcie światła, które dla Hindusów symbolizuje zwycięstwo dobra nad złem, światła nad ciemnością i nadziei nad chaosem.
    Piękna idea, prawda?
    Tylko że… w moim przypadku to światło waliło z każdej strony tak mocno, że mój pies i kot postanowili zostać buddyjskimi mnichami i w ogóle nie wychodzić z domu.

    Od dwóch dni żyję w trybie „Zen na kofeinie” – niby spokojna, niby świadoma, ale z oczyma jak po 48-godzinnym maratonie życia.
    Nie spałam.
    Ani ja, ani mój mąż, ani moje zwierzęta.
    A wczoraj wieczorem, kiedy kolejna salwa fajerwerków zabrzmiała jak apokalipsa w slow motion, pomyślałam sobie:

    > „Ciekawe, czy bogowie też mają sąsiadów.”



    Bo jeśli tak, to ktoś tam na górze na pewno właśnie wali miastem jak konfetti z frustracji.



    ☕ Poranek z piekła rodem (czyli jak to jest nie obudzić się w XXI wieku)

    Dziś, jak nigdy, zaspałam.
    Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale mój alarm postanowił wejść w stan medytacji.
    Nie obudził mnie.
    Nie obudził męża.
    Nie obudził nawet kota, który zazwyczaj reaguje na dźwięk otwierania lodówki z prędkością błyskawicy.

    Obudziłam się o 7:20.
    A powinnam być gotowa o 8:00.

    Wiecie, ten moment, kiedy w głowie słyszysz tylko jedno słowo: „Nie.”
    Nie zdążę.
    Nie ogarnę.
    Nie chcę.

    Wstaję więc w tempie, które można by nazwać „półbiegiem po granicy życia i śmierci”.
    Kawa – w locie.
    Toaleta – w wersji demo.
    Śniadanie – do plecaka.
    A ja do pociągu.

    Patrzę na zegarek: 7:50.
    Myślę sobie – dobra, jeszcze chwila, może się uda.
    Sprawdzam grafik: 8:00.
    Dzwonię do Emmy – mojej szefowej.
    Mówię:

    > „Emma, I’m so sorry, but I’m not going to make it today… unless this train can fly.”
    Na szczęście Emma ma dystans.
    Odpowiedziała tylko:
    “Don’t worry, Eliza, as long as you bring coffee.” ☕




    🥚 Zapach jajka o poranku, czyli test psychicznej odporności

    Wsiadam do pociągu.
    Zasapana, ale dumna, że zdążyłam.
    Siadam.
    Zamykam oczy.
    I wtedy…
    Czuję.
    Ten zapach.

    Pani przede mną otworzyła śniadanie z jajkiem. W pociągu.
    I nie, to nie było delikatne jajeczko na twardo z odrobiną soli.
    To było pełne, aromatyczne „dzień dobry, oto twoje nowe traumy zapachowe”.

    Otwieram oczy – pani z Indii.
    I myślę sobie – może też nie spała przez Diwali.
    Może to jej sposób na przetrwanie.
    Może duchowe światło zaprowadziło ją do pudełka z gotowanym jajkiem.
    Nie oceniam.
    Ale mój żołądek – owszem. 😅

    Zamykam więc oczy, oddycham i myślę:

    > „Nie reaguj. Jesteś spokojem. Jesteś harmonią. Jesteś… o matko, znowu to jajko.”




    🧠 Lekcja z chaosu: narzekanie jako forma terapii

    Dziś nauczyłam się czegoś ważnego.
    Że czasem dobrze jest sobie ponarzekać.
    Po prostu tak szczerze, bez filtra, bez udawania, że wszystko jest „fine”.

    Bo narzekanie, wbrew pozorom, oczyszcza.
    Nie takie toksyczne, wieczne marudzenie – ale to chwilowe, z humorem i dystansem.
    Taka mała detoksykacja psychiczna.

    Wyrzucasz z siebie emocje, nazywasz frustracje, a potem… odpuszczasz.
    I znowu czujesz, że masz wpływ – nie na świat, nie na pogodę, nie na sąsiadów z fajerwerkami,
    ale na siebie.


    ☕ Refleksja z trzeciego kubka kawy

    Kiedyś myślałam, że równowaga wewnętrzna to stan, w którym nic mnie nie rusza.
    Teraz wiem, że to raczej umiejętność śmiania się z tego, co mnie rusza.

    Że można być duchowo spokojnym,
    a jednocześnie mieć ochotę rzucić jajkiem w pociągu.

    Że można medytować nad sensem życia,
    a potem przeklinać pod nosem, bo ktoś włączył alarm o 6:00 i go nie wyłączył.

    Że można być wdzięcznym za wszystko,
    a jednocześnie marzyć, żeby ten wszystko…
    chociaż na chwilę się zamknął. 😅


    💬 Psychologia dnia codziennego

    Wiecie, co jest najtrudniejsze?
    Nie same „problemy”, tylko to, że mózg nie potrafi rozróżnić stresu związanego z ucieczką przed lwem od stresu, bo ktoś je jajko obok nas.
    Dla niego to ten sam poziom zagrożenia 😂

    Dlatego właśnie warto sobie czasem pozwolić na śmiech z własnego życia.
    To rozładowuje napięcie,
    obniża kortyzol
    i przy okazji sprawia, że nawet chaos wygląda jak scenariusz sitcomu.

    Bo tak naprawdę – każdy dzień to trochę odcinek serialu o nas samych.
    Jednego dnia jesteśmy główną bohaterką, która walczy o harmonię i rozwój duchowy.
    Drugiego – tą, co w piżamie biegnie z kawą i zastanawia się, czemu kot patrzy na nią z politowaniem.



    ✨ I jeszcze jedno…

    Czasem te drobne sytuacje – spóźnienia, fajerwerki, zapach jajka w pociągu –
    to nie są „przeszkody”.
    To przypomnienia.

    Że życie ma poczucie humoru.
    Że nie wszystko da się zaplanować.
    Że harmonia to nie cisza, tylko taniec między hałasem a spokojem.

    I że nawet jeśli czasem czuję się jak wrak w slow motion,
    to wciąż jestem świadomym wrakiem, który wie, kiedy się zatrzymać i wypić kawę. ☕


    ☀️ Morał (bo zawsze musi być morał)

    Nie da się być duchowym i spokojnym 24/7.
    Czasem duchowość to po prostu umiejętność powiedzenia:

    > „Mam dość. I idę na drzemkę.”



    A równowaga to nie stan – to proces.
    Czasem w ciszy, czasem z jajkiem,
    czasem z psem, który nie chce wyjść,
    czasem z mężem, który też zaspał,
    a czasem z myślą:

    > „Dobra, przynajmniej będzie o czym napisać.” 😄



    💬 Zakończenie:
    Życzę Wam dnia bez chaosu (albo chociaż z takim, który da się obśmiać).
    Niech Wasze światło świeci nawet wtedy, gdy fajerwerki nie dają spać.
    A jeśli dziś coś pójdzie nie tak — pamiętajcie, że nawet Diwali zaczyna się od ciemności. 🌙✨

    Rzeczywistość w wersji „ogarnia mnie”. / Reality mode: it’s got me. 😅



    🇬🇧 ENGLISH VERSION

    Two days ago, I wrote about Diwali – the Festival of Lights that celebrates the victory of good over evil, light over darkness, and hope over chaos.
    Beautiful, right?
    Except that in my case, the “light” exploded from every direction so loudly that my dog and cat decided to become monks and refuse to go outside.

    For two days, I’ve been living in what I call “Zen on caffeine” – calm in theory, exhausted in practice.
    I haven’t slept.
    Neither has my husband.
    Nor have our pets.
    And last night, when another round of fireworks sounded like a slow-motion apocalypse, I thought to myself:

    > “I wonder if the gods have neighbours.”



    Because if they do, someone up there is definitely throwing celestial tantrums with confetti.


    Morning chaos (a.k.a. how to oversleep in the 21st century)

    Today, of all days, I overslept.
    My alarm must have reached a higher spiritual level, because it simply didn’t bother to wake me up.
    Not me, not my husband, not even my cat – who usually reacts to the sound of the fridge opening like lightning.

    I woke up at 7:20.
    I was supposed to be ready by 8:00.

    That exact moment when your brain just says: “No.”
    No, I won’t make it.
    No, I don’t care.
    No, I’m done.

    Kettle on. Makeup optional. Breakfast to go.
    And me – running to the train like life depends on it.

    I check the schedule – 8:00.
    Call Emma, my manager:

    > “Emma, I’m so sorry, but I’m not going to make it today… unless this train can fly.”
    Her answer?
    “Don’t worry, Eliza, just bring coffee.” ☕



    The smell test: eggs in a train carriage

    I finally sit down, proud that I made it.
    And then… the smell hits me.
    A woman opens her breakfast.
    Boiled egg. On a train.

    Not a subtle one, either.
    No, this was the full-on, “hello trauma, my old friend” kind of smell.

    I open my eyes – she’s Indian.
    And I think, maybe she didn’t sleep through Diwali either.
    Maybe that egg is her survival strategy.
    Maybe divine light led her straight to the lunchbox.
    I don’t judge.
    But my stomach does. 😅

    So I close my eyes and whisper to myself:

    > “You are calm. You are balanced. You are… oh my God, that egg again.”



    The psychology of small breakdowns

    Today I learned something important: sometimes it’s okay to complain.
    Not the endless, negative kind – but the honest, funny, “let me just scream into the void” kind.

    Because complaining, in small doses, purifies the soul.
    It’s like mental detox.
    You release the tension, name your emotions, and suddenly… the world feels lighter.

    You realise you can’t control the fireworks, or the schedule, or the lady with the egg –
    But you can control your reaction.



    Coffee cup reflections

    I used to think that inner peace meant nothing could shake me.
    Now I know it’s more about laughing at the things that do.

    You can be spiritual and still want to throw an egg out the window.
    You can meditate on life’s meaning and still swear under your breath when someone hits snooze on their alarm.
    You can be grateful for everything and still wish everything would just… stop for a minute. 😅


    The moral of the story

    You can’t be calm and enlightened 24/7.
    Sometimes spirituality just means saying:

    > “I’ve had enough. I’m taking a nap.”



    Inner peace isn’t silence – it’s the dance between noise and calm.
    Sometimes in stillness, sometimes with chaos, sometimes with coffee.

    And if all else fails, remember:

    > even Diwali starts in the dark.

  • PL: Wersja dwujęzyczna – bo nawet moje myśli potrzebują tłumacza 😅
    Przewiń w dół, żeby przeczytać po angielsku 🇬🇧
    EN: Bilingual version – because even my thoughts need a translator sometimes 😅
    Scroll down for English 🇬🇧

    🇵🇱 Kiedy będę bogata

    Zawsze mnie to bawi – to „kiedy będę bogata”. Bo powiedzmy sobie szczerze: niby czekam na to bogactwo, ale jakby mi ktoś je dziś dał, to pewnie bym się… przestraszyła. Bo co ja bym wtedy miała marzyć? Odpocząć? Kupować rzeczy, które po trzech dniach przestałyby mnie cieszyć? Nie, no błagam. Los dobrze wie, co robi. On mnie trzyma w stanie zawieszenia, żebym przypadkiem nie zaczęła się nudzić.

    Bo jak człowiekowi wszystko wychodzi, to przecież nie ma o czym pisać. A ja potrzebuję trochę chaosu, żeby żyć.

    🧠 Cierpliwość, czyli moja największa wada udająca cnotę

    Niecierpliwość to moje drugie imię. Ja bym chciała wszystko tu i teraz. Jak wrzucam post, to chcę, żeby po minucie był viralem, jak dodaję coś na bloga, to sprawdzam co pięć minut statystyki, a jak wklejam angielską wersję, to oczekuję, że Google się wzruszy moim wysiłkiem i natychmiast mnie zaindeksuje.

    Ale nie.
    Google ma zen.
    Google medytuje.
    Google każe mi czekać, jakby chciał mi przypomnieć, że sukces nie przychodzi z dnia na dzień – nawet jeśli bardzo, bardzo chcesz go przyspieszyć klikaniem w odśwież.

    Wtedy siedzę i gadam sama do siebie:
    – Eliza, cierpliwość to cnota.
    – Ale ja nie chcę być cnotliwa, ja chcę być skuteczna!

    I to właśnie w tej różnicy między „czekaj” a „działaj” rozgrywa się całe życie twórcy.

    Bo widzisz, jak zaczynasz budować coś od zera – stronę, książkę, markę, społeczność – to masz wrażenie, że to wieki. Publikujesz, poprawiasz, tagujesz, optymalizujesz, i… nic.
    Tylko Ty, Twoje myśli i Twój Buy Me a Coffee, który wisi jak pusta skarbonka w klasztorze.

    ☕ Buy Me a Coffee, czyli XXI-wieczny słoik na marzenia

    Kiedy pierwszy raz zobaczyłam, że ludzie dostają wpłaty za swoją twórczość, pomyślałam:
    „Ooo, to genialne! Ja też tak chcę!”

    Więc założyłam konto. Ustawiłam profil, opis, zdjęcie, nawet emoji kawy takie jak lubię ☕.
    Wklejam link wszędzie, gdzie się da – do bloga, do posta, do podpisu, nawet do snów.

    I nic.
    Cisza.

    Z jednej strony mnie to bawi, z drugiej – uczy pokory. Bo prawdziwe wsparcie nie przychodzi od razu. Ludzie muszą Ci zaufać, poznać Cię, polubić Twój sarkazm i zobaczyć, że nie jesteś kolejną osobą z internetu, która mówi: “Wesprzyj mnie, bo tak”.

    A ja nie chcę, żeby ktoś mnie wspierał „bo tak”.
    Ja chcę, żeby pomyślał: „Kurde, ona mówi prawdę. Ona mówi jak jest. To moje życie w jej słowach.”
    I wtedy – jeśli chce – może mi postawić tę symboliczną kawę.
    Nie dlatego, że jej potrzebuję. Ale dlatego, że to znak: „jestem z Tobą”.

    Bo wiecie, bogactwo bogactwem, ale w erze cyfrowej kawa to nowa waluta wdzięczności.

    💰 Po co mi w ogóle to bogactwo?

    Zadałam sobie to pytanie niedawno.
    Siedziałam wieczorem, zmęczona po pracy, z kubkiem herbaty w dłoni i otwartym laptopem, patrząc na kolejne zmiany w WordPressie.
    Nowe tagi, nowe linki, nowe języki.
    I w pewnym momencie przyszła ta myśl:

    > „A jeśli ja nie mam być bogata, tylko… zrozumiana?”



    Bo bogactwo nie jest zawsze materialne. Czasem bogactwo to spokój, autentyczność, zdolność do śmiechu z samej siebie.
    A tego, przyznam, nauczyło mnie życie.

    Bo ja nie marzę już o willi z basenem.
    Marzę o tym, żeby mieć wolność – pisać, mówić, tworzyć, inspirować.
    I nie liczyć każdego funta, kiedy chcę kupić komuś prezent.

    Bogactwo to nie liczby na koncie.
    To ludzie, którzy czytają Twoje słowa i się uśmiechają, bo czują, że ktoś wreszcie mówi ich językiem.

    Ale żeby było jasne – jak już wszechświat zdecyduje, że czas mnie nagrodzić, to ja się nie obrażę 😌

    🤯 Psychologia czekania

    Psychologicznie rzecz biorąc, czekanie na bogactwo to forma autosabotażu w przebraniu nadziei.
    Człowiek mówi: „Jak będę bogata, to wtedy…”
    – kupię dom
    – zacznę dbać o siebie
    – napiszę książkę
    – przestanę się stresować

    A prawda jest taka, że żadne „wtedy” nie nadejdzie, jeśli nie zaczniesz teraz.
    Bo bogactwo – w sensie emocjonalnym, psychicznym i finansowym – buduje się z codziennych decyzji.

    To jak z blogiem:
    Jednego dnia masz pięć wejść, drugiego – dziesięć, a po miesiącu patrzysz i myślisz: „Kurczę, to już kilkaset osób!”
    A potem tysiąc.
    A potem przychodzi ktoś, kto powie: „Twoje słowa mnie uratowały”.
    I wtedy wiesz, że właśnie stałaś się bogata – tylko w inny sposób, niż planowałaś.

    To jest psychologiczna ironia losu:
    Dostajesz to, czego potrzebujesz, a nie to, o co prosisz.

    🧩 Dlaczego wszechświat mnie trzyma w zawieszeniu

    Bo – jak to mawiam – gdybym była bogata, byłabym nieznośna.
    Już teraz mam tendencję do gadania bez przerwy, a gdyby jeszcze doszedł luksus i brak presji…?
    To byłaby katastrofa społeczna.

    Nie miałabym motywacji, żeby się rozwijać, tworzyć, analizować, kombinować.
    Nie miałabym tej iskry, którą daje głód – nie dosłownie, ale ten głód sensu, głód zrozumienia, głód rozwoju.

    To właśnie ten niedosyt trzyma mnie w ruchu.
    Bo jak człowiek za bardzo się nasyci, to przestaje szukać.
    A ja jestem stworzona do szukania.

    I tak się kręcę w tej mojej pętli życia: między kawą a Buy Me a Coffee, między postami a indeksacją w Google, między cierpliwością a przekleństwem po cichu w stronę algorytmów.

    Ale wiesz co?
    Ja już chyba lubię to zawieszenie.

    😂 Bo jak się nad tym zastanowić…

    To przecież bogactwo to też stres.
    Musisz mieć menedżera, księgowego, ludzi od PR-u, od filtrów na Instagramie.
    A ja?
    Ja mam siebie, Ciebie, i laptopa, który czasem działa, a czasem nie.

    Nie mam problemu z tym, że nie wszystko mogę kupić.
    Mam za to satysfakcję, że wszystko, co mam – zrobiłam sama.
    Bez sponsorów, bez zaplecza, bez drogi na skróty.

    Bo kiedyś, gdy ktoś zapyta:
    „Jak to zrobiłaś?”
    Chcę móc powiedzieć:

    > „Z cierpliwością, której nie miałam – ale się nauczyłam.”



    I wtedy, może nie będę bogata w funtach, ale za to będę milionerką w doświadczeniach.

    💡 Morał

    Cierpliwość to nie czekanie z założonymi rękami.
    To robienie swojego z wiarą, że efekty przyjdą, nawet jeśli nikt jeszcze nie widzi, jak ciężko pracujesz.

    I może właśnie dlatego los trzyma mnie w zawieszeniu – żebym miała co pisać, z czego się śmiać i kogo inspirować.

    Bo gdybym już miała wszystko, to nie miałabym… tego bloga.

    PS.
    Jeśli kiedyś zobaczysz na blogu link do Buy Me a Coffee, to znaczy, że się odważyłam – i możesz mnie tam symbolicznie wesprzeć ☕
    Na razie tylko o tym myślę. To, co dziś napisałam o tym programie, to po prostu moje przemyślenia.
    Bo wiesz, co innego pisać dla siebie, a co innego założyć konto i patrzeć, że nikt nie wpłaca.
    Nie lubię się dołować – ale zobaczymy, co postanowię. Może pewnego dnia kliknę „publish” i po prostu pójdę po tę kawę.



    A kiedy będę bogata?
    Nie wiem.
    Ale wiem jedno: już jestem szczęśliwa – a to najdroższa waluta świata.

    PL: Bogactwo zaczyna się tam, gdzie kończy się porównywanie.
    EN: Real wealth begins where comparison ends.

    🇬🇧 When I’m Rich

    It always makes me laugh – that phrase, “When I’m rich.”
    Because, let’s be honest: I say I’m waiting for it, but if someone handed me a fortune tomorrow, I’d probably panic.
    What would I dream about then? Taking naps? Buying things that stop making me happy after three days?

    No, thank you.
    The universe knows what it’s doing. It keeps me suspended in the middle of ‘almost’ so I don’t get bored.

    Because when everything goes right, there’s nothing left to write about.
    And I need a bit of chaos to feel alive.


    🧘‍♀️ Patience – my worst flaw pretending to be a virtue

    Impatience could easily be my middle name. I want everything here and now.
    If I post something, I want it to go viral in five minutes.
    If I update my blog, I refresh the stats every five minutes.
    And when I upload the English version, I expect Google to shed a tear of appreciation and index me instantly.

    But no.
    Google is zen.
    Google meditates.
    Google tells me to wait – as if reminding me that success doesn’t happen overnight, no matter how many times I hit “refresh.”

    That’s when I start talking to myself:
    “Eliza, patience is a virtue.”
    “I don’t want to be virtuous. I want to be effective!”

    That’s basically the story of every creator’s life – trapped between wait and act.

    Because when you start from scratch – a blog, a book, a brand – it feels like an eternity.
    You publish, edit, tag, translate… and nothing happens.
    Just you, your thoughts, and your Buy Me a Coffee page – sitting there like an empty tip jar in a monastery.


    ☕ Buy Me a Coffee – the modern jar of dreams

    When I first saw creators getting paid for their work online, I thought,
    “Wow, brilliant idea! I’m doing that too!”

    So I set it up.
    Profile, description, photo, cute coffee emoji – done.
    I shared the link everywhere: blog, posts, bio, even my dreams probably.

    And then… silence.

    It’s funny, but it also teaches humility.
    Because real support doesn’t come instantly.
    People need to know you, trust you, laugh with you – to see that you’re not just another internet soul shouting, “Support me!”

    I don’t want anyone to donate “just because.”
    I want them to think, “Damn, she’s saying what I feel but couldn’t put into words.”
    And then, maybe, they buy me a symbolic coffee – not because I need it, but because it says, “I’m with you.”

    In today’s world, coffee isn’t just caffeine. It’s the currency of appreciation.


    💰 Why do I even want to be rich?

    I asked myself that recently.
    One night after work, tired but wired, I sat with my tea and laptop, tweaking my WordPress tags, links, and translations.
    And then it hit me:

    > “What if I’m not meant to be rich – just understood?”



    Because wealth isn’t always material.
    Sometimes it’s peace, authenticity, and the ability to laugh at yourself.

    I don’t dream of a mansion anymore.
    I dream of freedom – to write, speak, create, and inspire.
    And to buy someone a gift without checking my balance first.

    Richness isn’t a number in your bank account.
    It’s when someone smiles while reading your words because they feel seen.

    But just to be clear – if the universe decides it’s finally my turn, I won’t argue 😌


    🤯 The psychology of waiting

    Waiting to “be rich” is basically self-sabotage wearing hope as perfume.
    We tell ourselves:
    “When I’m rich, I’ll…”
    – buy a house
    – take care of myself
    – write that book
    – stop stressing

    But truthfully, that ‘someday’ never comes unless you start today.

    Wealth – emotional, mental, or financial – is built from small daily choices.
    Just like a blog: one day you have five readers, then ten, then hundreds… and one day someone says, “Your words helped me.”

    That’s when you realise – you’re already rich, just not in the way you expected.

    🧩 Why the universe keeps me waiting

    Because honestly, if I were rich, I’d probably be unbearable.
    I already talk too much – imagine me with no stress and unlimited money.
    That would be a public safety issue.

    I’d lose the fire that comes from hunger – not literal hunger, but the hunger for meaning, progress, and truth.

    That gentle frustration is what keeps me creative.
    When you have too much comfort, you stop searching.
    And I was born to search.

    So I spin in my little loop: between coffee and Buy Me a Coffee, between patience and silent curses toward Google’s algorithms.
    And you know what?
    I’ve started to enjoy it.


    😂 Let’s be honest…

    Wealth also brings stress.
    You need managers, accountants, PR people, and image consultants.

    Me?
    I have myself, you, and a laptop that occasionally freezes.

    I can’t buy everything I want – but everything I have, I earned.
    No sponsors, no shortcuts.

    And one day, when someone asks,
    “How did you do it?”
    I’ll smile and say,

    > “With patience I didn’t have – but learned.”



    Maybe I’ll never be rich in pounds,
    but I’ll always be a millionaire in lessons.

    💡 Moral of the story

    Patience isn’t waiting with folded hands.
    It’s doing your thing with faith that it’ll work out, even if no one else sees your effort yet.

    Maybe that’s why the universe keeps me hanging –
    so I always have something to write about, laugh about, and grow through.

    Because if I already had everything…
    I wouldn’t have this blog.


    PS.
    If one day you see a Buy Me a Coffee link on my blog – that means I finally had the courage to set it up ☕
    For now, I’m just thinking about it. What I wrote here are only my thoughts.
    Because, you know – it’s one thing to write for yourself, and another to open an account and see… no one donating.
    I don’t like feeling discouraged – but we’ll see what I decide.
    Maybe one day I’ll just hit “publish” and go get that coffee.


    So, when will I be rich?
    No idea.
    But I already feel wealthy – and that’s the most expensive currency of all.

  • 📖 Tekst dostępny w dwóch językach:
    Najpierw wersja polska, a poniżej English version – scroll down to read in English. 🌍✨
    🇵🇱

    Wieczór. W Indiach niebo rozbłyska pierwszymi fajerwerkami, a w powietrzu czuć zapach kadzideł, przypraw i… ekscytacji. To Diwali — święto świateł, które co roku łączy miliony ludzi, niezależnie od religii, statusu czy miejsca na ziemi.
    I choć z pozoru to tylko kilka dni lamp, kolorów i hałasu, w rzeczywistości to święto ma w sobie coś więcej — historię, symbol i ogromną lekcję o człowieku.

    ✨ Co właściwie oznacza Diwali?

    Słowo Diwali pochodzi od sanskryckiego Deepavali — „rząd świateł”.
    Według tradycji symbolizuje zwycięstwo światła nad ciemnością, dobra nad złem, wiedzy nad ignorancją i nadziei nad rozpaczą.
    To moment, w którym ludzie zapalają w domach lampki oliwne, świeczki, a dziś — także lampki LED.
    Bo choć świat się zmienia, potrzeba światła w człowieku pozostaje ta sama.

    W mitologii hinduskiej święto Diwali upamiętnia powrót boga Ramy do Ajodhji po 14 latach wygnania i zwycięstwie nad demonem Rawaną. Mieszkańcy miasta, by uczcić jego powrót, zapalili tysiące lamp oliwnych, rozświetlając drogę bohaterowi.
    Od tamtej pory, każdego roku, ludzie powtarzają ten gest — zapalają światło w imię nadziei.

    Ale nie tylko hinduizm obchodzi Diwali.
    Dla sikhów to dzień, w którym Guru Hargobind Ji został uwolniony z niewoli.
    Dla dżinistów – dzień, w którym Mahawira osiągnął oświecenie.
    Dla wielu – po prostu święto nowego początku.

    Bo czym jest światło, jeśli nie nowym początkiem?

    🪔 Jak wygląda Diwali w Indiach?

    W Indiach Diwali trwa pięć dni. Każdy z nich ma swoje znaczenie, rytuały i symbole:

    1. Dhanteras – pierwszy dzień. Ludzie sprzątają domy, kupują złoto, naczynia i rzeczy, które mają przynieść pomyślność.


    2. Naraka Chaturdashi – dzień oczyszczenia i przygotowań do wielkiego święta.


    3. Lakshmi Puja – kulminacyjny dzień, poświęcony bogini bogactwa i dobrobytu. To wtedy domy rozświetlają się tysiącami lamp.


    4. Govardhan Puja – dzień dziękczynienia naturze i Bogu Krishna.


    5. Bhai Dooj – dzień poświęcony relacji między rodzeństwem, szczególnie bratem i siostrą.



    W praktyce — to kilka dni pełnych zapachu przypraw, dźwięku śmiechu, muzyki, kolorów i błysków fajerwerków.
    Niebo rozświetla się jak ekran — każdy chce pokazać, że jego światło jest mocniejsze, piękniejsze, bardziej kolorowe.

    💥 A skąd te fajerwerki?

    No właśnie.
    Gdy pierwszy raz rozmawiałam o Diwali z koleżanką z Indii, powiedziała coś, co rozłożyło mnie na łopatki:
    „Wiesz, te fajerwerki to nie tylko symbol światła nad ciemnością. Dla wielu starszych ludzi one oznaczają… moment, w którym elektryczność dotarła do Indii.”

    I pomyślałam: jakie to piękne.
    Bo przecież światło – to nie tylko duchowość. To też codzienność, rozwój, technologia, nadzieja, że jutro będzie jaśniej niż dziś.

    Wyobraź sobie te pierwsze wioski, w których zapaliły się żarówki.
    To musiało wyglądać jak cud.
    Po setkach lat ciemności, nagle jedno kliknięcie i — światło.
    Ciepłe, elektryczne, ludzkie.
    Dla nich to było coś więcej niż prąd. To była obietnica postępu.

    Może właśnie dlatego dziś, gdy niebo nad Indiami rozświetlają fajerwerki, w tym huknięciu i blasku słychać echo tamtej radości.
    Radości z tego, że światło wróciło — nie tylko do domów, ale i do serc.

    🇬🇧 Diwali w Wielkiej Brytanii

    Kiedy przeprowadzasz się do Anglii, myślisz, że zostawiasz za sobą egzotykę, zapach kadzideł i kolory, które widać z kosmosu. A potem przychodzi Diwali… i okazuje się, że Anglia też potrafi rozbłysnąć.

    W Londynie, Leicester, Birmingham czy Manchesterze ulice rozświetlają się tysiącami lampek, a niebo rozrywa się od fajerwerków.
    W parkach rozbrzmiewa muzyka, ludzie w sari i kurta tańczą, śpiewają, jedzą słodkości, które wyglądają jak biżuteria z cukru.

    Co ciekawe, nawet tu – w Wielkiej Brytanii – nie wszyscy obchodzą Diwali tego samego dnia.
    Jedni świętują w poniedziałek, inni we wtorek.
    Wszystko zależy od tradycji, regionu Indii, z którego pochodzi rodzina, a czasem od… kasty.

    To trochę tak, jakby w Polsce jedni obchodzili Wigilię 24 grudnia, a inni 25 – i obie wersje były „prawidłowe”.
    Dla Hindusów to naturalne – bo święto nie ma sztywnej daty, tylko duchowy rytm.

    🎆 Co oznacza puszczanie fajerwerków?

    Na pierwszy rzut oka: zabawę, radość, kolor, hałas.
    Ale w Indiach wszystko ma znaczenie.

    Fajerwerki to symbol zwycięstwa światła nad ciemnością.
    Ich błysk rozprasza mrok, a huk – według dawnych wierzeń – odstrasza złe duchy.

    W kulturze hinduistycznej uważa się, że światło i dźwięk oczyszczają przestrzeń – fizycznie i duchowo.
    Dlatego podczas Diwali ludzie wychodzą z domów, patrzą w niebo i razem „wybuchają” światłem.
    Bo światło to nie tylko energia — to emocja.

    W Indiach mówi się:

    > „Niech twoje światło świeci jaśniej niż problemy, które próbują je zgasić.”


    🕯️ Światło w człowieku

    Z biegiem lat coraz bardziej rozumiem, że te wszystkie święta – niezależnie od religii – mają jeden wspólny mianownik: potrzebę światła.
    Każdy człowiek go szuka.
    Jedni w Bogu, drudzy w miłości, inni w terapii, w muzyce, w pisaniu, w spacerze po lesie.

    Dla mnie światło to moment, gdy siedzę wieczorem z kubkiem herbaty i czuję spokój.
    Dla kogoś innego – gdy odpala pierwszą lampkę na Diwali i wierzy, że tym gestem rozświetla życie swoje i bliskich.

    Nie musisz być Hindusem, żeby zrozumieć Diwali.
    Wystarczy, że chociaż raz w życiu czułaś, że świat wokół Ciebie przygasa — a Ty mimo to zapaliłaś swoje małe, osobiste światło.

    🌍 Dlaczego świat potrzebuje Diwali?

    Bo przypomina nam o czymś, co coraz częściej gubimy w codziennym pędzie:
    że ciemność nie znika od razu, ale każde światło się liczy.

    W świecie, w którym łatwo nas przytłoczyć informacjami, strachem, krzykiem – Diwali jest jak przypomnienie, że można inaczej.
    Można rozświetlać życie małymi gestami: lampką w oknie, uśmiechem, dobrym słowem.

    Można być światłem dla kogoś, kto akurat zgubił swoje.

    💬 Moje małe Diwali w Anglii

    Wczoraj, gdy wracałam z pracy, widziałam przez okno sąsiadów z Indii.
    Cała rodzina w kolorowych strojach, dzieci z iskierkami w rękach, śmiech, muzyka i zapach przypraw.
    Na ich balkonie migotały światełka, a ja pomyślałam: kurczę, to naprawdę piękne.

    Bo gdziekolwiek jesteśmy, każdy z nas chce tego samego – trochę ciepła, trochę światła, trochę sensu.
    I może właśnie dlatego Diwali rozświetla nie tylko Indie, ale cały świat.

    Niebo w Anglii dziś też zapłonie.
    Jedni puszczą fajerwerki z radości, inni z tęsknoty.
    A ja zapalę małą świeczkę w oknie — za wszystkich, którzy wciąż szukają swojego światła.

    🌠 Refleksja na koniec

    Światło to nie tylko energia. To stan ducha.
    Nie zawsze świeci mocno. Czasem tylko się żarzy, ale wystarczy, by nie zgasnąć.

    Dlatego niezależnie od tego, czy dziś obchodzisz Diwali, Wigilię, Ramadan czy po prostu poniedziałek — zapal swoje światło.
    Dla siebie.
    Bo wszystko, co dobre, zaczyna się od iskry.

    ✨ „A Ty, co robisz, żeby siebie pokochać?” – zapytałam ostatnio pod jednym z moich tekstów.
    Dziś dorzucam kolejne pytanie:
    „A co robisz, żeby nie zgasło Twoje światło?”

    🪔 Światło zwycięża ciemność — tak jak dobro zwycięża strach.🪔 Light conquers darkness — just as goodness conquers fear.

    🇬🇧

    Evening falls.
    In India, the sky bursts with the first fireworks, and the air fills with the scent of incense, spices, and… excitement.
    It’s Diwali — the Festival of Lights that unites millions of people every year, regardless of religion, status, or where they live.

    And although it may seem like just a few days of lamps, colours, and noise — it carries something much deeper: history, symbolism, and a powerful lesson about humanity.


    ✨ What Does Diwali Really Mean?

    The word Diwali comes from the Sanskrit Deepavali, meaning “a row of lights.”
    It symbolises the triumph of light over darkness, good over evil, knowledge over ignorance, and hope over despair.
    It’s a time when people light oil lamps, candles, and nowadays — LED lights.

    Because even though the world changes, the need for inner light never fades.

    In Hindu mythology, Diwali marks the return of Lord Rama to Ayodhya after 14 years of exile and victory over the demon Ravana.
    The people of Ayodhya celebrated his return by lighting thousands of oil lamps to illuminate his path.
    Since then, that gesture has been repeated year after year — lighting the way for hope to return.

    But Diwali isn’t only celebrated by Hindus.
    For Sikhs, it’s the day Guru Hargobind Ji was freed from captivity.
    For Jains, it marks the enlightenment of Mahavira.
    And for many others, it’s simply a celebration of new beginnings.

    Because what is light, if not a new beginning?

    🪔 How Is Diwali Celebrated in India?

    In India, Diwali lasts for five days — each with its own rituals and meaning:

    1. Dhanteras – the first day. Homes are cleaned, and people buy gold, utensils, or items believed to bring prosperity.


    2. Naraka Chaturdashi – the day of cleansing and preparation.


    3. Lakshmi Puja – the main day dedicated to the goddess of wealth and prosperity, when homes glow with thousands of lamps.


    4. Govardhan Puja – a day of gratitude for nature and Lord Krishna.


    5. Bhai Dooj – a day celebrating the bond between brothers and sisters.



    In practice, it’s several days filled with the aroma of spices, laughter, music, color, and the sparkle of fireworks.
    The sky turns into a canvas — everyone wants their light to shine brighter, stronger, more beautifully.

    💥 Why the Fireworks?

    When I first talked about Diwali with a friend from India, she told me something that completely floored me:

    > “You know, these fireworks aren’t just about light conquering darkness. For many older people, they symbolise the moment electricity first reached India.”



    And I thought — how beautiful is that?

    Because light isn’t only spiritual — it’s practical. It’s progress, development, and hope that tomorrow will be brighter than today.

    Imagine the first villages where bulbs lit up the night — after centuries of darkness, one switch… and light.
    Warm, human, miraculous.
    To them, it wasn’t just electricity. It was a promise of change.

    Maybe that’s why even today, when fireworks explode over India, you can still hear the echo of that joy — the joy of light returning not only to homes, but to hearts.

    🇬🇧 Diwali in the United Kingdom

    When you move to England, you think you’ve left behind the exotic — the incense, the vivid colours, the chaos.
    And then Diwali arrives… and England lights up too.

    In London, Leicester, Birmingham, and Manchester, streets glow with thousands of lamps, and the sky bursts open with fireworks.
    Music fills the parks, people dance in sari and kurta, singing, laughing, sharing sweets that sparkle like sugar-made jewellery.

    Interestingly, even here, not everyone celebrates Diwali on the same day.
    Some on Monday, others on Tuesday — depending on their family’s region of India, or even caste.
    It’s like if in Poland, some people celebrated Christmas Eve on the 24th, others on the 25th — and both were right.

    For Hindus, that’s natural — Diwali follows not the calendar, but the rhythm of the soul.

    🎆 What Do the Fireworks Symbolise?

    At first glance — fun, colour, joy, chaos.
    But in India, everything carries meaning.

    Fireworks symbolise the victory of light over darkness.
    Their flashes dispel the night, and their sound — in ancient belief — scares away evil spirits.

    In Hindu culture, light and sound purify space — both physical and spiritual.
    That’s why, during Diwali, people step outside, look at the sky, and “explode” together in light.
    Because light isn’t just energy — it’s emotion.

    > “May your light shine brighter than the problems that try to dim it.”


    🕯️ The Light Within

    Over time, I’ve realised that every celebration — regardless of religion — shares the same core: the need for light.

    Everyone seeks it.
    Some in God, others in love, therapy, music, writing, or a quiet walk in the woods.

    For me, light is that moment when I sit with a cup of tea at night and feel calm.
    For someone else, it’s when they light their first lamp on Diwali, believing that a small flame can brighten their world.

    You don’t need to be Hindu to understand Diwali.
    You just need to have felt that the world around you was dimming — and still decided to light your own little flame.

    🌍 Why the World Needs Diwali

    Because it reminds us of something we easily forget — darkness doesn’t vanish instantly, but every light matters.

    In a world full of noise, fear, and overwhelm, Diwali whispers that it’s still possible to live differently.
    You can brighten life with small gestures — a lamp in the window, a smile, a kind word.

    You can be the light for someone who’s lost theirs.

    💬 My Little Diwali in England

    Yesterday, coming home from work, I saw my Indian neighbours through the window —
    the whole family in colourful clothes, children holding sparklers, laughter, music, and the smell of spices.
    Their balcony twinkled with lights, and I thought: How beautiful.

    Because wherever we are, we all want the same — a little warmth, a little light, a little meaning.
    And maybe that’s why Diwali doesn’t just light up India — it lights up the whole world.

    Tonight, the English sky will blaze too.
    Some will set off fireworks in joy, others in longing.
    And I’ll light a small candle in my window — for everyone still searching for their light.

    🌠 Final Reflection

    Light isn’t just energy — it’s a state of being.
    It doesn’t always burn bright; sometimes it just glows faintly — but that’s enough to keep it alive.

    So whether today is Diwali, Christmas Eve, Ramadan, or simply Monday — light your flame.
    For yourself.

    Because every good thing begins with a spark.

    ✨ “What do you do to love yourself?” I asked once.
    Today, I’ll add another question:

    > “What do you do to keep your light alive?”